Po latach, zwłaszcza po odejściu Taty, który zgasł w samotności tuż przed pandemią, zauważam coś, czego wcześniej nie dostrzegałem. Coś co uświadamia mi, że chcąc nie chcąc, jesteśmy w jakimś stopniu kopiami swoich rodziców. Dziedziczymy po nich naprawdę wiele, nawet jeśli z tym dziedzictwem walczymy.
Mój Tato był zasadniczo nieobecny. Pojawiał się i znikał. Przez długi czas miałem o to do niego żal, ale po czasie zrozumiałem, że nikt go nie nauczył wychowywania dzieci, bycia ramię w ramię ze swoim synem. Ale starał się jak potrafił. Sam, podejrzewam, miał spaprane dzieciństwo.
Tata był odkąd się urodziłem kierownikiem internatu. Jak sam mawiał – największego w Polsce południowej internatu o profilu mechanicznym. Z tego tytułu dysponował wieloma czerwonymi pieczątkami, zarówno okrągłymi jak i podłużnymi. W ramach zabaw przybijaliśmy je sobie z siostrą na plecach, rękach i nogach. I ja też jestem od kilkunastu lat dyrektorem, ale nie mam już tylu ważnych pieczątek…
Andrzej zabierał mnie często na wycieczki, ale nie takie indywidualne, znaczy tylko ja i on, ale grupowe. Był trenerem piłki siatkowej, więc jeździliśmy po całej Polsce, ja, on i kilkanaście zawodniczek. Plus taki wiecznie nietrzeźwy kibic z trąbką myśliwską. Jak Tata miał do omówienia poważniejsze tematy, zajmowały mną się siatkarki. Jako takie ersatzmatki.
Pamiętam, jak kiedyś Tato zorganizował nam wyjazd rodzinny do Lublińca samochodem terenowym rumuńskiej marki ARO. To podobno najbardziej usterkowy samochód w tej szerokości geograficznej. Ale dojechaliśmy. Tamten wyjazd na dwa dni był dla mnie jak odwiedziny Raju. Wszystko tam było tak piękne i zdumiewające. Ta intensywna zieleń lasu, to nieczynne od lat kąpielisko, w którym znalazłem złotą obrączkę. I ARO, którego szumu silnika nigdy już nie zapomnę, i które stało się obiektem moich marzeń.
Czasem byłem zły na Ojca, że nie wie nawet do której klasy chodzę. Jak można było nie wiedzieć takich rzeczy? Można, sam czasem mylę się odnośnie do własnych dzieci. Czas tak szybko leci. Zdecydowanie za szybko.
Dwa tygodnie temu kupiłem sobie taki malutki kawałek wędzonej kaczki. 105 zł za kilogram, zapłaciłem 25 złotych za ten kawałeczek. I dotąd go nie zjadłem, a termin spożycia już jutro. Dlaczego? Dlatego, że jestem taki sam jak mój Tato. Nie wierzę w własne szczęście, a jak mi się coś takiego cudownego przydarzy, to chodzę wokół tego oszołomiony. I czuję się jakbym na takie coś nie zasłużył.
Myślę, że Tato mnie oraz moją siostrę bardzo kochał, ale nie potrafił tego odpowiednio wyrazić. Zresztą nie bardzo wiadomo, jak w tamtych okolicznościach miałoby wyglądać to ODPOWIEDNIO. Po latach dopiero, z jego gestów, pojedynczych słów, spojrzeń układam sobie w całość tę Jego ojcowską miłość do mnie. Jak puzzle.
Myślę, że nie jestem ani gorszym, ani lepszym tatą dla swoich dzieci. Jestem podobny do swojego Taty, z kilkoma korektami odnoszącymi się do Jego, momentami nazbyt oszalałej nonszalancji. Staram się bardziej niż On stąpać po ziemi. Ale czy to prawda? Nie wiem.

Zostaw komentarz