W tym roku szkoła zaczęła się 4 września, więc te kilka dni, jakie zostały mi od czasu powrotu znad morza do rozpoczęcia pracy, przeznaczyłem na wycieczkę sentymentalną.

Z poznańskiej autostrady zjechałem już po godzinie, żeby zażyć Polski, jaką lubię. Polski wiejskiej i małomiejskiej, polnej i leśnej, pachnącej igliwiem, dymami z grillów i obornikiem. Mazowsze zostawiłem za Bzurą, a pierwszy postój zrobiłem na Nizinie Wielkopolskiej – w Łęczycy.
Z fasonem zajechałem na łęczycki rynek, płosząc gołębie i senny, kamienny spokój miasteczka. Łęczyca nie uniknęła plagi kamieniozy, pokrywającej place polskich miast betonowymi skorupami. Szwendałem się po rynku bez planu. Obejrzałem klasycystyczny gmach ratusza i zatrzymałem się pod pomnikiem Matki Boskiej, żeby odczytać napis na cokole, informujący, że pomnik ufundowali mieszkańcy Łęczycy na pamiątkę wypędzenia z miasta Niemców w 1918 roku.
Łęczycki rynek okalają niewysokie kamieniczki z oficynami zajętymi przez drobny biznes. Miejscowi przedsiębiorcy usiłują nadążyć za duchem czasów. W miasteczku zauważyłem salony: groomera, tatuażu i barbera. Rozśmieszyło mnie to cudaczne nazewnictwo, ale byłem kontent, że z polskiej prowincji znikają wszędobylskie kiedyś lumpeksy i bida sklepiki typu – „szmelc mydło i powidło”, i że przemija też era gentryfikacji, w której rej wiodły siedziby banków oraz agencje sieci komórkowych, że kończy się czas dziadostwa i czas urbanistycznego korporacjonizmu, co wieszczę być może na wyrost, ale z zadowoleniem.
Zmienia się też polska wieś. Domy, które mijałem, miały nowoczesne, pasywne bryły. Szare, dyskretne elewacje nie biły po oczach, a na dachach leżała grafitowa ceramika. Przeminęła moda na architekturę szlachecką. Polska prowincja nie buduje już dworków z gankami wspartymi na kolumienkach. Najzamożniejsi gospodarze rezygnują z rokokowych fontann w ogrodach i z gipsowych lewków podobnych do wyondulowanych pudli warujących przy wejściach. Z ogrodzeń nie straszą toporne balasko-kariatydy, podtrzymujące cementowe wieńce płotów.

Z Łęczycy miałem żabi skok do Tumu. Wieże monumentalnej archikolegiaty widoczne były z daleka. Wznosiły się wysoko nad morzem traw, niczym maszty samotnej karaweli nad falami. Kiedy podjechałem bliżej, zauważyłem, przycumowany do kolegiaty drewniany kościółek, zwieńczony smukłą wieżyczką sygnaturki, podobnej do komina holownika, wprowadzającego do portu wielkie cielsko Titanica.
Archikolegiata była otwarta dla zwiedzających.
Od czasu mojego ostatniego pobytu niewiele się tu zmieniło. Główna nawa świątyni wciąż stoi surowa i pusta. Jedynie sklepienie przykryte zostało drewnianymi deskami polichromii. Średniowieczne dekoracje sufitu spłonęły w czasie Potopu, a odrestaurowane w XVIII wieku wnętrza, uległy powtórnemu zniszczeniu podczas ostatniej wojny, kiedy kościół zbombardowało Luftwaffe. W czasach PRL-u Republika Federalna Niemiec w akcie zadośćuczynienia sfinansowała częściowo dzieło odbudowy, o czym dowiedziałem się z napisu umieszczonego na metalowej plakiecie wmurowanej w ścianę kolegiaty. Patrzyłem na niewielką plakietę dokumentującą fakt federalnej hojności, zastanawiając się, jakiej wielkości musiałaby być tablica upamiętniająca całe dzieło niemieckich zniszczeń Polski?
– Tablica góra? Tablica wielka, jak Giewont, czy jak Mount Everest?

Od tych rozważań oderwał mnie dopiero widok głównego zabytku świątyni.
Z czułym rozbawieniem oglądałem romański portal, na którym, jakiś zapewne sprowadzony z Niemiec (znowu te Niemcy) mistrz, wyrzezbił w kamieniu piaskowca „Opłakiwanie”. Na tympanonie portalu przedstawiona jest Matka Boża trzymająca na kolanach ciałko Chrystusa. Taka Pieta nazywana bywa w ikonografii – Pieta corposculum, ale tumska Pieta łamie zasady ikonografii, bo Jezus leżący na kolanach Matki nie jest już dziecięciem, a jeszcze nie mężczyzną. Po bokach Maryi unoszą się dwa kanciaste anioły z połamanymi skrzydłami. Jeden anioł podtrzymuje stopy, drugi głowę Jezusa. Przedstawienie z aniołami należy do innego porządku – Piety anielskiej, zaś cały zespół jest jednym z nielicznych zachowanych zabytków romańskiej sztuki rzezbiarskiej w Polsce.

Ostatni raz byłem w Tumie pod Łęczycą 30 lat temu. Było to miejsce zapomniane przez turystów. Teraz w pobliżu kolegiaty powstała rekonstrukcja średniowiecznego grodziska oraz skansen. Przy plebanii stanął dom noclegowy, więc pomyślałem, że mógłbym namówić koleżanki i kolegów nauczycieli z mojej szkoły na wycieczkę do Tumu.
Nie wiem czy zdołam przekonać koleżeństwo, ale mam nadzieję, że dzisiejszy wpis zachęci kogoś z grona Znajomych? Moja propozycja może wydawać się nie na czasie, bo teraz modne są wyprawy do tokarczukowych Gebersdorfów, ale namawiam.

Autor: Marek Szarek