Nie chodzi tu, bynajmniej, jedynie o to, że prawica nie uzyskała parlamentarnej większości i zapewne straci władzę, ale o to, że w wyniku wyborów nastąpiła zmiana w samej prawicy.
Skrajnie negatywna, bazująca „na konserwatywnych wartościach” i lęku kampania przyniosła efekt w postaci tego, że do Sejmu nie dostały się kompetentne, propaństwowe osoby w rodzaju Jadwigi Emilewicz, Błażeja Pobożego, Pawła Lisieckiego czy Jarosława Krajewskiego, natomiast wzmocnione zostało hałaśliwe skrzydło „radykalnie betonowe”.
Oznacza to, że prawdopodobnie prawicy grozi zagrzebanie się w „okopach świętej trójcy” i żerowanie na ewentualnej społecznej frustracji spowodowanej błędami nowej władzy, lecz bez prawidłowego rozpoznania przyczyn własnej porażki.
Tymczasem przyczyny porażki są dość jasne i widzą je nawet co rozsądniejsi politycy prawicy. Jednak, spodziewam się, że ich głos w partii zostanie stłumiony przez aktywną w nowym Sejmie frakcję konfesyjną, która nigdy nie zrezygnuje z archaicznego już modelu prawicy, jako politycznej reprezentacji konserwatyzmu religijnego.
W wyniku wyborów, prawicy grozi regres – mentalne cofnięcie się na skazane na porażkę pozycje wyznaniowe, związane z najbardziej konserwatywnym nurtem polskiego Kościoła.
Problem polega na tym, że reprezentowana przez nich formacja z roku na roku, konsekwentnie traci zaplecze społeczne, co jednoznacznie pokazują nawet kościelne statystyki. Polski kościół nie znalazł jak dotąd żadnej sensownej formuły nawiązania kontaktu z nowym pokoleniem, zaś kościół papieża Franciszka po prostu nie jest prawicowy. W efekcie – konfesyjna baza prawicy wymiera – w sensie dosłownym. Z każdym kolejnym rokiem patetyczne odwołania do „nauczania Jana Pawła II” i „wartości chrześcijańskich” będą coraz bardziej pocieszne.
Badania społeczne pokazują wyraźnie postępującą sekularyzację społeczeństwa, w którym „argument wiary” coraz bardziej trafia w próżnię.
Prawica polityczna musi zatem wybrać: albo chce nadal być polityczną reprezentacją wyznaniowości, albo musi sobie znaleźć nową formułę.
Jestem przekonany, że Polska potrzebuje jak kania dżdżu nowoczesnej prawicy niekonfesyjnej. Prawicy opartej nie na moralnych postulatach wyznania, ale na koncepcjach ściśle politycznych, odwołujących się do spraw państwowych nie poprzez perspektywę „chrześcijańskiej nauki społecznej”, ale przede wszystkim poprzez racjonalną ocenę wydolności państwa jako „maszyny społecznej” złożonej z jednostek, które mają swoje cele autonomiczne.
Jednym słowem – jako urządzenia, które działa najlepiej, jeśli jak największa grupa jednostek rozumie swój własny interes jako funkcję wzmocnienia państwa.
Takie „cybernetyczne” rozumienie państwa nie wyklucza dyskursu etycznego, ale wprowadza w niego antyuniwersalistyczny komponent partykularny jako integralną część polityczności. Pozwala na promowanie postaw kooperacyjnych kosztem radykalnego arywizmu, lecz bez popadania w skrajność kolektywizmu. Pozwala na promowanie „wartości rodzinnych i patriotycznych” bez odwoływania się do komponentu wyznaniowego.
Pozwala też na odejście od liberalno-lewicowego rozumienia wolności wyłącznie w rejestrach emancypacyjnych – wolność staje się tu naturalną platformą realizacji celów jednostkowych, lecz państwo zachowuje sobie możliwość realizacji własnej wolności rozumianej jako sprawczość – jako realizacja celów państwowych w oderwaniu od interesu poszczególnych jednostek.
Konflikt tych wolności powinien być rozstrzygany na zasadzie procesu sądowego, który bazuje nie na dyskursie „uniwersalnych wartości” suflowanych przez instytucje międzynarodowe, ale przede wszystkim na dyskursie prawa krajowego, które wynika z krajowego procesu demokratycznego. Należy kategorycznie bronić tego charakteru państwa, opierając się zarzutom, że „nieskrępowana demokracja może doprowadzić do faszyzmu”.
„Skrępowana” demokracja może bowiem równie dobrze doprowadzić do upadku podmiotowości państwa i stać się demokracją „fasadową” – ustrojem, w którym kadłubowe państwo realizuje interesy przeciwne woli własnego demosu.
W szczególności, nowoczesna prawica musi opowiedzieć się za zachowaniem maksymalnej suwerenności państwa, jaka tylko jest możliwa w danym otoczeniu międzynarodowym i nie zezwalać na cesje władzy w obszarach strategicznych na rzecz podmiotów zewnętrznych nawet wówczas, jeśli wiąże się to z doraźnymi korzyściami. Obszary strategiczne, to są te, od których bezpośrednio zależy ciągłość państwa: polityka demograficzna, energetyczna, obronna, bezpieczeństwa wewnętrznego, zagraniczna i żywnościowa.
Uważam, że jest najwyższy czas na debatę społeczną na temat prawicy w Polsce. Jaka jest i jaka być powinna?
Konfesyjny model prawicowości odchodzi do lamusa, lecz nie widać jeszcze wyraźnie sił społecznych, które mogłyby nadać prawicowości nowy impuls. Wynika to w znacznej mierze z ogromnych zaniedbań teoretycznych. Prawicowa myśl polityczna jest w wielkim kryzysie, zredukowana do jałowych rozważań wokół wyznaniowego paradygmatu i prowadzona poprzez perspektywę transcendentalną, odwołującą się do chrześcijańskiego personalizmu. Koncepcja ta redukuje właściwości człowieka do mitycznej „autentyczności” – rzekomo wywodzącej się wprost od Boga i cechującej „naturalnym” poszukiwaniem dobra rozumianego jako funkcja uniwersalnej miłości. Powątpiewam w jej prawdziwość nie tylko w zakresie tego, czy Bóg istnieje czy nie, ale przede wszystkim w zakresie poprawności odczytania owej „autentyczności”.
Człowiek jest istotą bardziej złożoną a celem polityki nie powinna być realizacja tej czy innej tego wizji, ale dużo bardziej przyziemna realizacja możliwości jego ziemskiej egzystencji, gwarantującej możliwie duży obszar indywidualnej wolności przy zachowaniu zdolności adaptacyjnej i bezpieczeństwa struktury społecznej tę wolność gwarantującej.
To tutaj – w przestrzeni opisanej cybernetycznie a nie etycznie rozgrywa się prawdziwa gra polityczna i na tym powinna skupić się nowoczesna prawica i tylko odwołując się do tak zdefiniowanych pojęć odzyska język pozwalający jej na realny powrót do polityki w perspektywie nadchodzących dekad odrywając się od konfesyjności i prostego republikanizmu.
Obecnie jest bowiem tak, że prawica – poza skompromitowaną swastyką – nie ma nawet własnego sztandaru. W tym sensie, prawica musi zdobyć się na swój własny „progresywizm”, który aktywnie proponuje współczesne modele społeczne na innej zasadzie, niż emancypacyjna lewica i gwarantujący jej nieustanny postęp liberalizm.
Zostaw komentarz