W przestrzeniach Nowa Konfederacja kolejna debata – tym razem wokół książki Lukasz Sakowski „Jałowe łono Europy”. Debata o wymieraniu białych mieszkańców Zachodu.

Powiem tak.

Można na ten temat wiele dyskutować, analizować mniej czy bardziej konkretne powody rodzinnych decyzji, sugerować mniej czy bardziej udaczne propozycje działań proprokreacyjnych.

W istocie jednak, moim zdaniem, problem jest natury fundamentalnej i wiąże się z czymś, co nie stanowi żadnej kategorii analitycznej i w związku z tym w ogóle nie mieści się w dyskursie materialistycznym, zwłaszcza marksistowskim.

Chodzi proszę Państwa o duchowość.

Każda kultura zaczyna się od wspólnej wizji czegoś, co jest większe niż pojedynczy człowiek. Czegoś – jak mawiają filozofowie – transcendentalnego.

Czy jest to wiara w duchy przodków, wszechpotężne bóstwo, panteon bogów, jakąś pra-jednię czy nirwanę – taka wspólnotowa wizja jest społecznie przetwarzana w kulturę, formę bytowania ludzi, która umożliwia im wspólne trwanie. Cywilizacje, czyli takie formy wspólnego trwania, które historycznie odcisnęły swój ślad przez tysiąclecia wymagają jednak czegoś więcej – wymagają, aby ta wspólna wizja skłaniała ludzi do prokreacji.

Wymaga to wbudowanego w tę wizję optymizmu – egzystencja pojednycznych ludzi musi mieć głębszy sens – musi służyć czemuś, co również jest określone transcendentalnie.

Nawet daleki od zachodnich wzorców buddyzm jest w tym sensie optymistyczny. Danie życia kolejnemu człowiekowi jest w jego ramach „dobrym uczynkiem” – w logice Samsary umożliwia bytom znajdującym się niżej w hierarchii odrodzenie się w formie bliższej doskonałości. Każdy nowy człowiek jest darem, poprzez który pośledniejsze byty mogą zbliżyć się do świadomości Buddy i osiągnąć nirwanę. A w buddyzmie dar jest zasługą, aktem miłości i ten, kto go czyni sam swój los w transcendentalnym wymiarze poprawia!

Niezależnie jak konkretnie optymizm transcendentalny jest wbudowany w daną kulturę – jest on warunkiem koniecznym jej długiego trwania.

Problemem kultury Zachodu jest zaś rozpowszechnie poglądu gnostyckiego, czyli takiego, w którym życie ludzkie nie jest „darem”, okazją do „dobrego uczynku” w wymiarze transcendentalnym, ale raczej czymś niekoniecznym, zupełnie przygodnym – czymś, co ma bardziej charakter osobistego wysiłku podobnego do ćwiczeń na siłowni, niż uczestnictwa w „czymś większym niż człowiek”. Dla gnostyków życie jest więzieniem, przykrym stanem niewoli ducha.

Trudno o tym wszystkim opowiedzieć w jasny sposób, więc odwołam się do osobistego doświadczenia. Będzie już ze 40 lat temu, jak moja dawna przyjaciółka, wrocławska artystka Małgorzata Kazimierczak przy okazji jakiejś rozmowy pokazała mi zdjęcie ruin zigguratu starożytnego miasta Ur.

„Zobacz, Zbyszek – to jest Ur – najstarsze miasto świata” – powiedziała.

I powiedziała to tonem, który zapamiętałem do dziś. Ten ton był pełen patosu. Wyrażał, że mówi się o czymś świętym. Miasto Ur było symbolem czegoś przekraczającego ramy ludzkiej egzystencji. Czegoś ponadczasowego – najgłębszej istoty człowieczeństwa. Tego, że nie żyjemy tu tylko dla siebie, ale dla czegoś więcej – dla mitu, który nadaje temu wszystkiemu jakiś sens.

Wybitny francuski pisarz, historyk i polityk, Andre Malraux jest autorem ważnego kompendium historii sztuki. Jego trzytomowe opus magnum nosi tytuł: „Nadprzyrodzone, Nierzeczywiste, Ponadczasowe”. Trudno o lepsze ujęcie istoty kultury i nie bez powodu Malraux w takich kategoriach ujmował też Sztukę – tę przez duże „S”.

Sensem kultury jest mit. Nie ma żadnego innego.

Nawet modernizm miał swój mit – bardzo starożytny mit Argonautów – mit poznania, jako wiecznej podróży ludzkości, która dzięki nauce i technologicznemu postępowi stanie się równa bogom. Dzięki nauce zdobędzie „złote runo” – coś takiego, jak „kamień filozoficzny” alchemików, coś, co wyniesie nas boski poziom bytowania. Był to mit hermetyczny, prawie pogański, ale był – dla niego warto było żyć!

Dziś mit ten próbuje rewitalizować „pankosmizmem” Elon Musk, ale kultura Zachodu jako całość stała się pesymistyczna. Zsekularyzowane chrześcijaństwo stało się religią wyłącznie doczesnej troski a ekologizm wręcz mówi, że rodząc dzieci wyrządzamy krzywdę planecie. Cała reszta jest pusta – parafrazując Nietzschego – już nawet nie „Bóg umarł”, ale właśnie mit umarł!

I tutaj, moim zdaniem, leży prawdziwa przyczyna klęski demograficznej Zachodu. Nasza kultura nie oczekuje nowych ludzi w żadnym innym wymiarze niż czysto doraźny – ekonomiczny. Ludzie są potrzebni wyłącznie po to, aby płacić podatki i w ten sposób składać się na nasze emerytury. Niczego więcej od nich nie chcemy. Jeśli tę funkcję mogłyby przejąć roboty, to tym lepiej!

W tej sytuacji nie zdziwię się wcale, jeśli zaraz pojawi się kolejny tend kulturowy – równolegle do lęku przed sztuczną inteligencją pojawi się kult sztucznej inteligencji – na nią zostanie scedowany utracony optymizm i to ona poniesie dalej mit nadający sens ludzkości jako „poprzedniego etapu” na drabinie bytu. Zamiast dzieci urodzimy inteligentną maszynę i tak dopełnimy misję Argonautów.