W szkołach rozpoczął się sezon wycieczek. W maju, co najmniej raz w tygodniu nasi uczniowie wychodzili na miasto w celach edukacyjno-rekreacyjnych. Podczas lekcji muzealnej na Zamku Królewskim podglądali życie codzienne w kuchni, salonie i garderobie osiemnastowiecznej Warszawy. W pałacu Przebendowskich razem z Pierwsza Brygadą maszerowali do Niepodległości. Doznawali omamów w Domu Iluzji. Orbitowali z Gagarinem w Muzeum Zimnej Wojny, kilka razy byli w kinie i raz w teatrze.

Zajęcia w wyspecjalizowanych placówkach były bardziej atrakcyjne, niż rutynowe lekcje szkolne, ale niektóre z tych przedsięwzięć budziły moje wątpliwości.

Tak było ze spektaklem teatralnym pt. “Pasztety do boju”, który oglądałem z klasą 7g w stołecznym “Teatrze Komedia”.

Spektakl został zrealizowany na podstawie powieści napisanej przez francuską pisarkę Clementine Beauvais.
Książka w mądry i dowcipny sposób opowiada dzieje trzech uczennic prowincjonalnego liceum, które w internetowym plebiscycie na najbrzydsze nastolatki, organizowanym przez szkolnego hejtera, zdobyły wątpliwe tytuły: Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta.

Jednak napiętnowane dziewczyny nie załamały się! Postanowiły udowodnić, że nadwagę i niedoskonałości urody, można zastąpić zaletami ducha i umysłu. W tym celu wyruszyły na wielką wyprawę rowerową z rodzinnego miasta do Paryża.

W podróży towarzyszył im kontuzjowany żołnierz, poruszający się na wózku inwalidzkim – Karim, brat jednej z dziewcząt – Hakimy. Rezolutne nastolatki pokonały liczne przeszkody, hartując przy okazji, ciała i charaktery. Po drodze poznały smaki: miłości i przyjaźni oraz cenę sławy, bo ich wyprawa zdobyła medialny rozgłos. “Trzy Pasztety” wróciły do domu z tarczami – mocniejsze, mądrzejsze i … piękniejsze.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby realizatorzy warszawskiego widowiska nie dorzucili do tej historii swoich trzech groszy.
Twórcy przedstawienia zmienili francuskie realia na polskie lecz nie do końca. Reżyserka kazała wyruszyć dziewczynom na rowerową wyprawę z Nowego Sącza, ale zachowała ich oryginalne francusko-arabskie imiona, chyba tylko po to, żeby móc dopisać aktorom kilka fraz o polskiej ksenofobii. A kiedy bohaterki w dniu polskiego święta narodowego dotarły do Warszawy na scenie ni z gruszki, ni z pietruszki, zamiast biało-czerwonych, pojawiły się tęczowe flagi.

Zaś zupełnie kuriozalna była końcowa scena defilady wojskowej zwieńczona orędziem prezydenta Polski(kobiety), która przekonywała widzów, że prezentowana broń i defilujący żołnierze, nie służą do walki i obrony, ale są przestrogą, że każda armia może stać się przyczyną wojny.

W ten sposób pomysłowo zrealizowane i świetnie zagrane przez młode aktorki: Magdalenę Duszak, Ewe Sadowską i brawurową Mirelle Burcewicz przedstawienie, zostało w finale zawłaszczone i ośmieszone przez lewicowo-pacyfistyczne ideolo.

O wyborze lekcji realizowanych przez podmioty zewnętrzne, decydują rodzice uczniów. Wychowawca klasy ma głos doradczy. Zaś nauczyciel pomocniczy nie ma nic do gadania.

W połowie czerwca moja klasa ma zaplanowaną wizytę na wystawie – “Body Worlds” Są tam eksponowane ludzkie zwłoki spreparowane przez niemieckiego anatoma Guntera von Hagensa metodą plastynacji. Plastynacja to proces, w którym woda i tłuszcze w tkankach są zastępowane specjalnymi polimerami, co umożliwia zakonserwowanie ciał, zachowując ich naturalny wygląd.

Organizatorzy ekspozycji zapewniają, że wystawa służy wyłącznie celom edukacyjnym, co nie jest do końca oczywiste, ponieważ za bilety trzeba słono zapłacić.
A wystawianie na pokaz ludzkich szczątków w celach komercyjnych budzi, nie tylko mój, sprzeciw.
Nie pójdę!

Autor: Marek Szarek