W cieniu dymiących kominów Auschwitz, Majdanka i Dachau wciąż tli się jedno z najbardziej niebezpiecznych kłamstw współczesnej Europy: określenie „polskie obozy koncentracyjne”. To nie jest niewinny skrót myślowy. Nie jest też zwykłym lapsusem językowym. To sformułowanie, które od dziesięcioleci przesuwa odpowiedzialność za niemieckie zbrodnie na naród, który był ich ofiarą.
Nie ulega wątpliwości, że po II wojnie światowej w Niemczech następował proces stopniowej zmiany języka opisu własnej haniebnej przeszłości. Coraz częściej zamiast słowa „Niemcy” pojawiały się określenia „naziści” lub „hitlerowcy”. Historycy opisują ten proces jako próbę oddzielenia odpowiedzialności państwa i społeczeństwa od odpowiedzialności lll Rzeszy. Sam efekt zmiany języka jest celowy. Gdy znika narodowość sprawców, rozmywa się odpowiedzialność. Zbrodniarze stają się anonimowi. System przemocy traci swoje państwowe i narodowe oblicze. Historia zostaje pozbawiona najważniejszego elementu, czyli odpowiedzi na pytanie: kto był katem?
W okupowanej Warszawie na tramwajach wisiały tablice z napisem: „Nur für Deutsche”. Nie „tylko dla nazistów”. Nie „tylko dla hitlerowców”. Było napisana ”Dla Niemców”. To prosty przykład, niezwykle wymowny dowód pokazujący, kto tworzył system. Niemcy, nie jacyś naziści czy hitlerowcy.
Niemieckie obozy koncentracyjne powstały z rozkazu niemieckiego państwa. Były finansowane przez niemiecki aparat władzy, strzeżone przez niemieckich funkcjonariuszy i stanowiły element niemieckiej polityki ludobójstwa. Polska była krajem okupowanym. Nie miała żadnego wpływu ani na ich powstanie, ani funkcjonowanie. Dlatego każde użycie określenia „polskie obozy koncentracyjne” jest historycznym fałszem.
Niepokój budzi również sposób prowadzenia polityki pamięci. Zdarzały się uroczystości i wystawy, podczas których marginalizowano lub pomijano cierpienie Polaków. Każdy taki przypadek powinien być przedmiotem rzeczowej krytyki, bo pamięć historyczna nie może być selektywna. Pamiętacie jakie
emocje wywołała wystawa „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Sam tytuł wielu osobom wydał się niefortunny, ponieważ mógł sprawiać wrażenie ocieplania wizerunku ludzi służących w armii III Rzeszy. Jednocześnie warto pamiętać, że część mieszkańców ziem wcielonych do III Rzeszy została do Wehrmachtu przymusowo wcielona, a ich losy były bardzo różne. Historia wymaga tu precyzji i rozróżnienia między przymusem, kolaboracją oraz świadomym udziałem w zbrodniach.Np. Tusk twierdzi,że jego dziadek został na siłę wcielony.(Ja mu nie wierzę).
To właśnie dlatego spór o słowa nie jest akademicką dyskusją. Słowa budują pamięć narodów. Jeśli przez lata będzie się powtarzać, że obozy były „polskie”,że UPA to bohaterowie Ukrainy, to kolejne pokolenia zaczną w to wierzyć. A wtedy fałsz stanie się dla nich prawdą.
Polska ma obowiązek reagować na każde przekłamanie. Nie z pychy ani z potrzeby prowadzenia historycznych wojen, lecz z szacunku dla milionów ofiar. Prawda nie potrzebuje propagandy. Potrzebuje odwagi. To samo dotyczy niemieckich zbrodni i ludobójstwa na Wołyniu.
Bo naród, który pozwala pisać swoją historię cudzym piórem, prędzej czy później odkryje, że przestał być jej bohaterem, a został oskarżonym. I wtedy odzyskanie prawdy będzie znacznie trudniejsze niż jej obrona dzisiaj.A ci wszyscy , którzy próbują to relatywizować stoją w jednym szeregu obok tego faceta na zdjęciach.
Zostaw komentarz