Rosja nie prowadzi wojny wyłącznie rakietami i czołgami. Prowadzi ją agentami, sabotażystami i ludźmi, którzy za pieniądze są gotowi wykonać każde polecenie. Najnowsza sprawa pokazuje, że zagrożenie nie jest teorią ani politycznym straszakiem.

Do sądu wpłynął akt oskarżenia przeciwko obywatelowi Ukrainy, który – według prokuratury – działał na rzecz rosyjskiego wywiadu. Śledczy zarzucają mu nie tylko organizowanie prowokacji poprzez niszczenie polskich miejsc pamięci i malowanie napisów mających skłócić Polaków z Ukraińcami, ale również przygotowywanie ataku z użyciem drona na przejazd Prezydenta Rzeczypospolitej Karola Nawrockiego, podczas defilady z okazji Święta Wojska Polskiego. Według ustaleń śledztwa analizował trasę przejazdu, możliwości techniczne drona oraz sposoby ominięcia systemów zabezpieczeń. Został zatrzymany przez ABW jeszcze przed planowaną defiladą.

To już nie są przecieki ani medialne spekulacje. Skierowanie aktu oskarżenia oznacza, że prokuratura uznała zgromadzone dowody za wystarczające, by sprawę przedstawić sądowi. O winie oskarżonego rozstrzygnie sąd, ale sama skala zarzutów pokazuje, z jak poważnym zagrożeniem mamy do czynienia.

I właśnie tutaj zaczyna się polityczny paradoks.

Przez lata politycy obecnej koalicji rządzącej i sprzyjający im komentatorzy chętnie oskarżali prezydenta o rzekomą prorosyjskość. Łatka „człowieka Kremla” była rozdawana wyjątkowo hojnie – często bez twardych dowodów, za to z dużym politycznym zyskiem.

Tymczasem dziś okazuje się, że – według aktu oskarżenia – rosyjski wywiad miał przygotowywać zamach na głowę polskiego państwa.

To rodzi oczywiste pytanie. Czy Kreml planował likwidację swojego rzekomego sojusznika? Czy może jednak przez lata część opinii publicznej była karmiona propagandową narracją, w której każdego przeciwnika politycznego najłatwiej było nazwać „prorosyjskim”?

Można ostro krytykować prezydenta. Można nie zgadzać się z jego decyzjami. To istota demokracji. Ale oskarżenia o działanie w interesie Rosji powinny opierać się na faktach, a nie na politycznych kalkulacjach. Gdy takie zarzuty stają się elementem codziennej walki partyjnej, tracą swoją wagę. A to jest prezent dla Kremla.

Rosja nie pyta o narodowość ani partyjne sympatie. Werbuje Polaków, Ukraińców i przedstawicieli innych państw. Nie interesuje jej paszport, tylko użyteczność. Celem jest jedno – skłócić społeczeństwo, osłabić państwo i wzbudzić chaos.

Największym sukcesem rosyjskich służb nie byłby udany zamach. Największym sukcesem jest sytuacja, w której Polacy sami przestają odróżniać realne zagrożenia od politycznej propagandy, a bezpieczeństwo państwa staje się kolejnym narzędziem walki o słupki poparcia.

Akt oskarżenia nie kończy tej sprawy. Wręcz przeciwnie – dopiero ją otwiera. Ale już dziś obnaża coś niezwykle ważnego. Rosyjskie zagrożenie jest realne. Agentura działa. Służby mają co robić. I może najwyższy czas, by politycy – zamiast bezrefleksyjnie rozdawać oskarżenia o „prorosyjskość” – zaczęli ważyć słowa. Bo bezpieczeństwo Polski jest zbyt poważną sprawą, by robić z niego narzędzie bieżącej propagandy.