Majowy spływ kajakowy Welem, na który zaprosiłem kolegów nauczycieli, udał się nadzwyczajnie – żaden kajak nie wywrócił się na bystrzach, nie zawisł na zwalonych w poprzek nurtu konarach i nie minął mety, za którą ziało Piekiełko. Marta, bez szwanku, ominęła gniazdo dzikich łabędzi, Bartkowi udało się, między meandrami rzeki, odsłuchać litanii w telefonie i wszyscy szczęśliwie dotarli do celu, choć nie wszystkim uszło to na sucho! Nauczyciel muzyki wrócił z mokrą głową, bo chciał wysiąść z kajaka na środku wody.
Wieczór po rejsie upłynął w naszym wiejskim domu w Księtem, jeszcze szumniej, niż szumiał Wel. Muzyk śpiewał arie z repertuaru Wodeckiego, polonista przygrywał na gitarze, a nauczyciele wspomagający pomagali w czym mogli – najbardziej w jedzeniu i piciu.
Rozochocony sukcesem pierwszej imprezy, postanowiłem kontynuować kajakową przygodę i po cięższą sięgnąłem zbroję. Na kolejny spływ zaprosiłem kolegów i koleżanki z dawnej klasy licealnej.

– Bój się Boga – biadoliła Cesia. Nawet nie wiemy czy twoi kombatanci potrafią, wiosłować czymś innym, niż łyżką do zupy!

Potrafili, bo stawili się na starcie, prawie, w komplecie. Zabrakło jedynie obu Mariolek. Jedna z nich, zamiast kajakiem wolała, płynąć luksusowym wycieczkowcem po Morzu Śródziemnym, druga złamała rękę.
Dla pozostałych zawodników wypożyczyłem kajaki w sprawdzonej firmie pana Szatkowskiego w Lidzbarku Welskim.
Aby ograniczyć ryzyko do minimum, wybrałem środkowy, łatwiejszy odcinek rzeki do przebycia. Wel płynął tam spokojną, łagodnie meandrującą strugą, otoczoną szerokim pasem torfowisk, z których sterczały gęste częstokoły uschniętych drzew. Rzeka omijała trudne do sforsowania zwałki leśne, przemierzając dziewicze tereny Welskiego Parku Krajobrazowego.
Wystartowaliśmy w rejonie wsi Koszelewki, żeby zostawić za sobą ciąg jezior przepływowych, które dla leciwych amatorów wioślarstwa, byłyby niełatwą przeszkodą do pokonania.
Szczególnie wymagania stawiało Jezioro Tarczyńskie. Jego długi na kilka kilometrów akwen przy niesprzyjającym wietrze i wysokiej fali, potrafił, dać w kość nawet wytrawnym kajakarzom.
Jedynym jeziorem, przez które płynęliśmy, było niewielkie, okolone lasem Jezioro Zakrocz.
Przykazałem eskadrze, trzymać się blisko lewego brzegu, ale z dala od gniazd łabędzi wysiadujących, o tej porze roku, pisklęta. Albowiem w przeszłości, nieraz, zdarzało mi się, walczyć z agresywnymi ptakami, atakującymi kajaki.
Długie i twarde jak pręty zbrojeniowe szyje łabędzi, nie poddają się, nawet, uderzeniom wioseł.

Lecz tym razem nie spotkaliśmy agresywnych ptaków i łatwo znaleźliśmy wypływ rzeki z jeziora.
Po kilku godzinach spokojnego wiosłowania, wpłynęliśmy na najpiękniejszą część Welu. Toń wodna była przejrzysta jak kryształ. Dno rzeki wyścielały zielone, długie, falujące jak włosy topielicy, wodorosty. Na wyściełanych piaskiem głębiach widzieliśmy, zawisłe pod wodą, płynące pod prąd trocie i ruchliwe ławice rybiego drobiazgu.
Pierwszy obóz rozbiliśmy w Kotach. To wieś położona na dawnej granicy oddzielającej Prusy Wschodnie od Zachodnich. Nie było czasu na oglądanie starych kamieni granicznych, bo chciałem przed zmrokiem, doprowadzić eskadrę do mety. Jeszcze raz przypomniałem weteranom, że spływ musimy zakończyć przed mostem kolejowym w Podciborzu.
Ponieważ za nim czaiło się niebezpieczne bystrze z wysoką falą i sterczącymi z wody głazami.
Silny nurt, wykopał pod mostem kilkumetrowy dół wodny z kłębiącymi się na powierzchni wirami. Wywrotka na bystrzu mogła sprawić, że wiry wciągną pechowego kajakarza w głębinę i rozbiją mu głowę o zalegające na dnie kamienie.
Niestety, przegapiłem znak wskazujący miejsce, w którym mieliśmy wysiąść z kajaków i zakończyć spływ. Popłynęliśmy dalej – prosto w gardziel niebezpiecznej katarakty.
Stare kości zostały rzucone ! – krzyknąłem do Cesi i ruszyłem do przodu, aby dać przykład, jak przepłynąć mamy. Rozpędziliśmy naszą łupinę na maksa i pomknęliśmy na spotkanie ryczącej kipieli. Kajak wystrzelił przed siebie, jak chart puszczony ze smyczy, najpierw skoczył w górę, później uderzył burtą o wystający z wody głaz, ale wytrzymał, nie zboczył z kursu. W bryzgach wody, grzmocie wodospadu i rozpylonej w powietrzu pianie, przepłynęliśmy bystrze.

Reszta eskadry popłynęła szczęśliwie naszym śladem.
Moment grozy przeżyliśmy, tylko raz, obserwując kajak Ewy i Grzesia, który stanął (kajak, nie Grześ) w poprzek progu, przechylił się, nabrał wody i prawie utonął. Ale zręczny balans Ewy, przywrócił łódź do pionu, ratując załogę od wywrotki.

Wieczorem po spływie zmęczeni ale dumni weterani bawili się przy ognisku do późna. Były śpiewy, tańce i zabawy.

Magda uraczyła nas recitalem oryginalnej poezji śpiewanej, Sylwia oryginalnymi szaszłykami, a wiosenna noc gwiazdami.

Następnego dnia – oznajmiłem Cesi, co następuje:
Skoro tak dobrze nam idzie – załóżmy profesjonalną firmę kajakową! Bazę noclegową będziemy mieli w Księtem, ty zajmiesz się strefą kulinarną, a ja zostanę kapitanem rejsów po Welu.

Well, well, well – przytaknęła żona.
Zimą będziesz nauczycielem, wiosną kajakarzem, latem straganiarzem. Tym sposobem cały rok spędzisz między; tablicą, rzeką i ulicą !

Autor: Marek Szarek