Regularnie słyszę i czytam o „charge d’affaires ambasady USA”. Z tego, co widzę to w ten sposób o szefie amerykańskiej placówki piszą nawet niektóre nasze ministerstwa, urzędy i większość mediów. Jest to błąd. Bix Aliu jest charge d’affaires USA, a nie ambasady USA, tak samo jak Georgette Mosbacher była ambasadorem USA, a nie ambasadorem ambasady USA.
Charge d’affaires to szef placówki i reprezentuje państwo wysyłające tak samo jak ambasador z tą różnicą, że jest akredytowany nie tak jak ambasador przy głowie państwa, a przy ministrze spraw zagranicznych. Zgodnie z konwencją wiedeńską o stosunkach dyplomatycznych charge d’affaires przysługują przywileje takie jak ambasadorowi (nuncjuszowi, posłowi, internuncuszowi) czyli ma np. prawo używania flagi i godła państwa wysyłającego np na samochodzie.
Mówiąc krótko mówimy „I sekretarz ambasady Niemiec”, „radca ambasady Wielkiej Brytanii”, ale „ambasador Ukrainy” i „charge d’affaires USA”.
Już nieco anegdotycznie można dodać, że tajemnicą poliszynela w CD jest to, że charge d’affaires wydają najlepsze przyjęcia, bo kierując czasowo placówkami chcą się „poczuć”. Tajemnicą poliszynela polskiej służby dyplomatycznej jest z kolei to, że gdy ktoś był dłuższy czas charge to po przyjeździe ambasadora zazwyczaj musi się szybko ewakuować z placówki. Mądry i doświadczony ambasador wykorzysta fakt, że ma na placówce kogoś, kto zna wszystkich. Mniej mądry, albo zakompleksiony pierwsze co zrobi to wykończy delikwenta. Tych drugich jest, jak łatwo się domyślić, więcej.
Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)
pajac