Polska jest krajem pełnym paradoksów. O jednym z nich piszemy w najnowszym raporcie Centrum Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie – „Rynek pracownika w państwie przedsiębiorców”.

Na czym polegają te paradoksy?

Niby mamy bardzo niskie bezrobocie, niby w niektórych miejscach (zwłaszcza w okolicach Specjalnych Stref Ekonomicznych), znalezienie pracowników graniczy z cudem (czy ktoś w ogóle to zauważa Wojciech Przybylski?), niby pracownicy mogą przebierać w ofertach, ale ich pozycja przetargowa w negocjacjach z przedsiębiorcami, zwłaszcza na prowincji, wciąż jest niska.

Z innej strony, niby cała polityka polskiego państwa od lat 90. przesiąknięta jest „proprzedsiębiorczościowym” paradygmatem, inspekcja pracy nic nie może, właściciele firm śmieją im się w twarz, a politycy nawet nie myślą o tym, żeby zrobić coś wzmacniającego pozycję pracowników, a jednocześnie przedsiębiorcy w przeważającej większości czują, że ktoś chce ich „dojechać”, czego świetnym przejawem jest choćby dyskusja wokół Polskiego Ładu.

W raporcie próbujemy pokazać, jak jest. Kluczowe wnioski są trzy:

1) oddolne próby dogadywania się między przedsiębiorcami a pracownikami w Polsce nie działają – ci pierwsi zwykle nie traktują pracowników podmiotowo (a imigrantów zarobkowych często jak niewolników), ci drudzy mając problemy wolą rozwiązywać je na własną rękę. W efekcie poziom pokrycia umowami zbiorowymi (czy to zakładowymi, czy branżowymi) wynosi w Polsce niecałe 20%, przy średniej UE na poziomie jakichś 70%. Dlatego tak ważną rolę muszą odgrywać prawo pracy i inspekcja pracy, a gamechangerem polepszającym pozycję pracowników było wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej – to była prawdziwa rewolucja godnościowa na rynku pracy i jeśli coś dobrego zostanie po rządach PiS, to umieściłbym w pierwszej „trójce”.

2) Państwowa Inspekcja Pracy nie ma ani narzędzi, ani pieniędzy, ani pracowników (za chwilę spora grupa przejdzie na emeryturę i nie będzie już komu kontrolować….), ani prestiżu. No nic nie ma, taka jest prawda, może poza 100-letnią historią. W oficjalnym stanowisku kierownictwo wprost pisze, że pracownicy boją się rozmawiać z inspektorami, bo co on może – nałożyć mandat w wysokości de facto max 2 tys. PLN?! Niektóre firmy mają wręcz specjalny fundusz na takie mandaty i w d… mają kontrole, bo zatrzymanie linii produkcyjnej kosztowałoby ich kilkadziesiąt razy więcej. Działania Państwowej Inspekcji Pracy to niezwykła egzemplifikacja „państwa teoretycznego”. Zaryzykuję tezę, że czasem lepiej, żeby tych kontroli nie było, niż żeby inspektorzy musieli narażać siebie i autorytet państwa na śmieszność (TO NIE JEST WINA INSPEKTORÓW, PODKREŚLAM). Nawet jeśli w samej Inspekcji nie działo się ostatnio dobrze, to nowa szefowa tej instytucji ma sensowną wizję zmian. Pytanie, czy ktoś z decydentów odważy się potraktować ją i PIP poważnie.

3) Dialog społeczny w Polsce leży i kwiczy. Niby to wiemy, ale pandemia po raz kolejny pokazała, jak bardzo. W Polsce mamy państwo prawa – prawa silniejszego. I tak było także przed rządami Zjednoczonej Prawicy. Przeważnie tym silniejszym są związki pracodawców, więc rynek pracy wygląda jak wygląda.

I jeszcze jedno, bo bym zapomniał – pandemia to był czas (zmów paradoks) dobrej koniunktury w Polsce, więc sytuacja pracowników się nie pogorszyła (Jadwiga Emilewicz miała rację:)) Ale jak koniunktura się pogorszy, a my nic nie zrobimy z instytucjami rynku pracy, to będziemy mieć dramaty.

Link do raportu tutaj. Dziękuję m.in. Danusia Kedzierska i Dominik Owczarek za wiele cennych uwag i kontaktów.

Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.