Sporo rzeczy i spraw mnie wpienia, ale chyba ostatnio i najbardziej Rafał Trzaskowski.

Przeżyłam lata z Bożym Narodzeniem i bez Bożego Narodzenia, z Mikołajem i Dziadkiem Mrozem. Czyli dwoma nieprzystającymi ze sobą światami – domowym, normalnym i pozadomowym, cudacznym, ale tłumaczonym: „no cóż; socjalizm”. I puk, puk, puk w czoło, co oznaczało że jest to sfiksowany ustrój.

Tak więc w tym moim, normalnym świecie jeszcze nie teraz, ale za jakieś dwa tygodnie zaczynała się gorączka świąteczna. Bożo Narodzeniowa.

Pierwszym znakiem były zające. Jeśli jakieś okno nie było „udekorowane” wiszącym i kruszejącym zającem, to było to dziwne okno. Potem zaczynało się trzepanie dywanów, makatek ze ściany, zasłon. Ponieważ wtedy był śnieg więc trzepano najpierw na trzepaku, a potem kładąc dywan na śniegu i walac weń trzepaczka. Zostawała czarna plama na śniegu, ale za to dywan wygladał jak nowy.

Zaczynalo pachnieć pastą do podłogi, bo panie domu pastowały i froterowały (nożnie) podłogi, które pokrywały te odświeżone dywany. Dzieci za wbieganie w brudnych butach na te lśniące podłogi i te czyściutkie dywany dostawały porządnego klapsa. Ja też kiedyś dostałam Od babci, bo była najbliżej i mogła nie odkładać kary i wymierzenia sprawiedliwości.

Potem zaczynało się pisać kartki z życzeniami. Mniej więcej takie same, ale zakładało się, że szczere. Ja wrzucałam te kartki (wtedy bez kopert) do skrzynki pocztowej, mocząc nogi i uważając, żeby nie wleźć do czystego mieszkania w tych mokrych buciorach. Bo sprawiedliwość itd.

Choinek jeszcze nie było na bazarach, bo by się „osypały”. Choinki przywożono tuż przed Świętami i wtedy zaczynał się wielki ruch, bo chinki były drapakami, ale zdarzały się ładniejsze. I wszyscy polowali na te ładniejsze. U mnie choinkę wystawiało się na balkon. Ci, którzy nie mieli balkonu zamieniali zająca na choinkę. Zając do garnka. Choinka za okno. Bo choinka wędrowała do mieszkania dopiero rankiem Wigilijnym i wtedy była strojona, tak, aby podczas Wieczerzy wyglądała cudnie i można było zapalić na niej świeczki.

Teraz Święta – jako Święta bezprzymiotnikowe – może mikołajkowe, może zimowe, może rodzinne, a ostatnio łososiowe (kolęda w tle, rodzina przy stole i kto jest najbardziej w tym dniu potrzebny – łosoś marki…, czy z marketu….). Ale nawet łososia bym zniosła.

Nie zniosłam plakatu wywieszonego w Warszawie. Bo nawet na łososia (którego można by ostatecznie przyjąć za zmutowanego karpia) może bym machnęła ręką. Ale plakat z chińską altanką (jest taka w Ogrodzie Botanicznym) nad lodowiskiem, po którym smykaja łyżwiarze – to co to, to nie!. Taka Szopka to jest naprawdę szopka, ale żałosna, złośliwa i pozbawiona jakiegokolwiek sensu.

Podobał mi się wpis jednej z pań, tezlż zgorszonych tym idiotycznym pomysłem: czy dla osób, które nie jeżdżą na łyżwach świąt nie będzie?

Wedle tego plakatu dla nikogo nie będzie. Będzie tylko KOMERCJA. Taki Braveran i łosoś czy krem odmładzający (ekologiczny oczywiście) zastąpią nam wszystko inne.

Ale czy naprawdę zastąpią?

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.