Obiecałam Helence Pyz, że opisze cuda, jakich byłam świadkiem i o jakich mogę zaswiadczyć. Że się zdarzyły.
Dziś o takim, który zawsze mi się przypomina, kiedy słucham (oglądam) Mszy Świętej z Jasnej Góry. Moja Babcia brała ślub na Jasnej Górzy i darzyła wielką miłością Częstochowę i Klasztor i Cudowny Obraz z cudowna Madonną. Tam udawała się ze swoim prośbami i swoimi smutkami.
Jako 70+ zachorowała na raka pęcherza. Leczenie miało być ciężkie: (wlewki „chemii”), no i dla babci bardzo upokarzające. Bo była panią starej daty.
Pojechała więc do Częstochowy. I nie poprosiła o uleczenie, bo uważała, że jeśli przeżyła troszkę więcej niż 70 lat i doczekała urodzin ślicznej prawnuczki i ukochanego prawnuka, to otrzymała wszystko, czego można od życia oczekiwać.
Poprosiła Matkę Boską o zamiane choroby – też na raka, jeśli już musi go mieć, ale nie tak strasznie umiejscowionego. Pomodliła się, wróciła do Warszawy. I po dwóch dniach dolegliwości ustały. Rak zniknął! Nie po wlewkach czy jakimkolwiek leczeniu. Po prostu pęcherz był całkiem zdrowy.
To lekarze powiedzieli: cud. Przebadali na wszystkie strony, oglądali wcześniejsze prześwietlenia i wyniki badań, biopsje wycinków. Raka jakby nigdy nie było.
W kilka miesięcy później babcia dostała żółtaczki. lekarze stwierdzili: rak woreczka żółciowego. Chorowała dwa tygodnie, bez żadnych cierpień.
Umarła pogodzona z Bogiem, losem, pobłogosławiwszy dzieci, wnuki i prawnuki. Zasnęła. Usmiechając się. I tak ją zapamiętałam. Pogodnie śpiącą.
Żegnajacy ją ksiądz, który znał historię choroby, powiedział: „Twoja wiara Cie uzdrowiła…”
Tak było.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz