Samanta urodzila się łysa jak kolano. No może miała na czubku głowy jakieś pojedyncze włoski albo meszek, ale bez powiększającego szkla albo oczyma duszy nie szło ich zauważyć. Cała familia długo wyczekiwała na pojawienie się czegoś włochatego na błyszczącym skalpie. Zaglądali pod czapeczkę pytając „a gdzie włoski? Co to za goła główka?ciu ciu, a ti ti”.

Nawet ktoś wpadł na pomysł z trychologiem, ale pojawił się kłopot logistyczny, bo co niby miałby on badać. Trycholog bada wyrwany włos, a tu nie było czego wyrywać.
Czas płynął, dni goniły się sprintem, a Samanta nie wyhodowała żadnych loczków, warkoczyków, ani innej koafiury.
Zamartwiała się jej matka, dwie ciotki, zaprzyźniona sąsiadka oraz babcie- ta po mieczu i ta po kądzieli. Ojciec upił się raz, potem drugi, a że żaden włos córce z tego powodu nie wyrósł, to dał sobie spokój z wódką i wrócił do piwa. Od piwa też nie rosly, ale nie szukajmy logiki tam, gdzie jej nie ma.

Na początku było łatwiej, bo noworodkom zawsze zakłada się czapeczki. Potem też, ale w gorącej pogodzie lepiej je zdjąć, żeby dziecka nie przegrzać. Tutaj był kłopot, bo łysina była łysiną i już. Matka wstydziła się przed sąsiadami tej bezwłosej córki i szukała sposobu na ukrycie łysego problemu. Może powinna spokojnie czekać, ale że sprawa nie posuwała się nawet o włos, ona dzieliła ów włos na czworo.

Potem zaczął się nowy kłopot. Matka Samanty wpadła w nalogowe niemal odwiedzanie sklepów z ubrankami dla dzieci i z każdej takiej wyprawy przynosiła nowe nakrycie głowy dla swojej córki. Z czasem trzeba było kupić nową szafę, a potem jeszcze zamontować wielki pawlacz w przedpokoju, bo nie sposób było wszystkiego nigdzie pomieścić. Wkrótce potem okazało sie, że wszystkie okoliczne sklepy i sklepiki szukają nowych wzorów czapek, czapeczek, hustek lub kapelusików. W tę niecodzienne szranki weszły też punkty z mniej lub bardziej używaną odzieżą i facebookowe grupy. Ach, jakże ładne one były! Jednokolorowe, wielobarwne, z troczkami, z kwiatkami, fikuśne, frymuśne, wymyślne, pospolite i oryginalne. W kolorach ( tfuu!)tęczy albo mięty, albo malinowym.

Gdy jeden z pokojów zapełniły okrycia małej główki, ojciec Samanty uderzyl ręką w stół i zakrzyknął : basta!
Postanowił stanąć na wysokości zadania i po męsku, rozwiązać problem. Tym sposobem rozpoczęła się wędrówka po gabinetach uczonych, mądrych I utytułowanych. Dermatolodzy drapali się po głowie szukając sposobu na łysy kłopot. Niektórzy rwali sobie swoje włosy z głowy, bo tak bardzo przejęli się sprawą!
Zalecali płyny i liotony, wcierki i okłady, kremy, maści, smarowidła. Pojawiły się cuda, cudawianki, nowości, nowinki i swieżynki. Każda zawierała moc witamin od A do Z. Były w nich mikro i makroelementy w dawkach wszelkich od homeopatycznych po końskie.

I nic..

Probowano ziół rwanych o świcie i tych, co zakwitają o północy. Któraś babka wybrała się do starej zielarki z Podlasia, ale i jej specyfiki z niedźwiedzim czosnkiem włącznie nie zbliżyły do celu nawet o hmmm..włos. Uprzedzam, że urynoterapia też nic nie pomogla. Za to przy pomyśle wyciągu ze skrzydła nietoperza jedna z ciotek zakrzyknęła: basta! Postanowiła zabrać Samantę do znanej sobie specjalistki od hipnoterapii. Było całkiem fajnie, bo mała wyspała się za wszystkie czas ukołysana różdżką naszej specjalistki.
Reszty specyfików nie pamiętam. Był chyba jeszcze miód manuka z Australii, woda święcona z Częstochowy i peruwiańska maść ze smalcu świnki morskiej.

I nic..

Samanta rosła a problem razem z nią, ale z czasem wszyscy przyzwyczaili się do sytuacji. Ba! Zaczęli dostrzegać w niej pozytywy! Można było odpuścić sobie postrzyżyny. Nie bylo potrzeby kupować szamponów i odżywek do włosów. Z czasem okazało się też, że można sporo zaoszczędzić na wypadach do fryzjera, a to przecież nie lada wydatek. Gdyby podsumować wszystkie zabiegi, a wiadomo, że ich multum, bo i farbowanie, i trwała, woskowanie, laminacje, podcięcie końcówek i grzywki.. To może lepiej nie liczyć. Samanta też nie narzekała na brak włosów
Stała się fanką Shinead o’ Connor, Skin że Skunk Anansie i innych bezwłosych gwiazd sceny i ekranu. I może czasem marzyły się jej długie warkocze abo burza rudych włosów, ale wtedy myślała, że są sprawy ważne i ważniejsze.

Jako dorosła wybrała sobie zawód modystki i projektantki czapek. Założyła firmę, która stała się światowym gigantem. Zarobiła kupę kasy i była SZCZĘŚLIWA

Morał?

Do szczęścia włosy nie są potrzebne. Ono leży w nas, sami je tworzymy budując swój wewnętrzny świat.

Obraz Elisa z Pixabay