Na początku był krzyk
Po nim nastał wrzask
Potem był potop
Łez

Chwila. Ile to czasu? Tyle co mgnienie oka?
Mówi się „krótka” chwila, więc może być także „dłuższa”. Czasem mówimy „wejdź na chwilę” i kończymy rozmowę po godzinie. Wychodzi na to, że chwila może być sekundą, kwadransem, połgodziną. Może poszerzać się, rozdymać jak balonik. Pojemna jest i czasowo wieloznaczna.
A ta konkretna była dłuższa? Wiem i nie wiem. Ta trwała tyle, by coś się mogło wydarzyć i stać nieodwracalnym.
Takim na zawsze.
Na amen.
I nic, i nikt nie jest w stanie zrobić z tym czegokolwiek.
Nic i nikt.

Potem był koniec świata.
Potem nic nie było jak dotąd.

Okazuje się, że chwila może zatrzymać czas. Wtedy zastyga się w bezruchu, w bezczynie, w bezżyciu. Można wówczas patrzeć i nic nie widzieć.
Oczy pozostają otwarte. Szeroko.
Zarazem wydają się być zamknięte. Szeroko.

Zdarza się, że w takiej chwili, po chwili jak ta, świat przestaje wydawać odgłosy. Milknie. Staje się bezgłośny, bezdźwięczny. Traci linię melodyczną, do której przyklejały się słowa piosenek. Nie słychać głosów ludzi. Oni poruszają bezdźwięcznie i bezsłownie ustami, robią miny, gesty, machają rękami. Wokoło jest jakiś bieg, każdy nabiera pędu i bezładnie mknie. Postaci ludzi i zwierząt. Jakieś ptaki nad głową. Stopklatka. Bezruch. Bezwład. Ciemność w jasny dzień. Bezksiężycowa noc w środku dnia. Bezgwiezdna i bez księżyca, co kiedyś nie dawał spać w czasie pełni.

Bo było tak.
„Mamo, mamo, jedźmy, proszę, jedźmy, nie bądź taka…
Proszę..
Obiecuję że ..
Już więcej nie będę…”

Anna, Krzysztof, Kacper.

Dla ich całej trójki to była duża i poważna sprawa. Zmiana miejsca zamieszkania nie jest łatwa. Trzeba było zmienić jedno duże miasto na drugie wieksze. Przeprowadzka może wyczekiwana, ale i tak jest mniej lub bardziej trudna. Czasem w tym już „starym”, stającym się „poprzednim” miejscu pozostawia się kawałek siebie.
Tak dosłownie pozostają po nas odciski palców na schodach, na drzwiach klatki schodowej.
Albo strzepnięte z kołnierza płaszcza włosy.
Albo ślady mokrych butów na stopniach schodów. Po kątach chowają się wspomnienia, chwile z życia, które minęło i które dalej płynie.
Tak mniej dosłownie pozostaje po nas jakiś zapis w pamięci sąsiadów. Coraz częściej skąpy lub żaden w rozlewajacej się anonimowości blokowisk.

Budynek, jego mury, odrapana klatka schodowa, drzewo przed blokiem, wszystko kojarzy się z jakimiś wydarzeniami, z ludźmi, którzy pojawiali się i znikali robiąc miejsce następnym. Miejsce- kawałek naszej własnej historii. Przesiedziane na ławce wieczorne godziny. Trawnik, na ktorym rozkładało się do zabawy koc i bawilo w dom albo sklep. Płytki chodnikowe, których pęknięcia zna się od lat i przeskakuje, bo ta pęknięta oznacza jakieś nieszczęście. Nie jest łatwo spakować do dostawczaka firmy od przeprowadzek swoje dotychczasowe życie i odjechać bez oglądania się za siebie. Zresztą to takie dziwne, specyficzne odczucie. Na pozór pozostawia się tylko miejsce, mury, ale przecież także kawałek, trochę siebie. Są osoby, którym łatwo przychodzi przeprowadzka. Mogą przemieszczać się między miastami, a nawet krajami.
Jak widać, każdy przeżywa po swojemu i inaczej.

Myślę, że każdy z tej trójki przyswajał zmiany, na swój sposób zlewał z nową rzeczywistością. Kacper długo tęsknił za tym poprzednim miasem, szkołą, kolegami. Być może dlatego, gdy usłyszał o możliwości wypadu do P i odwiedzin rodziny,w domu nie było już innego tematu.

Więc pojechali. Po raz ostatni.

Bo było tak, że szli dobrze sobie znaną ulicą dobrze sobie znanego miasta. Dzień był piękny, jasny, ciepły choć równie dobrze mogło być pochmurno i chłodno. Wokół pełno było światła z witryn, neonów, latarni, lamp, slonca. I ludzi pełno. I samochodów. Tętniące życiem i pędem miasto przepełnione pośpiechem i niedoczasem, spóźnieniem, gonitwą.
Nic nadzwyczajnego. To był zwykły dzień.
Do czasu.

Szli ulicą. Jedną jej stroną. Tej ulicy.
Szli chodnikiem. Przepisowo, jak należy. Być może rozmawiali.
Prawdopodobnie rozglądali się wokół. Porównywali jak jest, a jak było. Szukali tego, czego już nie ma, a do niedawna istniało.
Mieli plany, rozpisany w punktach przebieg dnia, tego co okazał się być ostatnim.

Bo gdy tak szli, Kacper zobaczył po drugiej stronie ulicy swoich kolegów ze starej szkoły. Ech… Głupi dzieciak. Wiedział, że tak nie można, że tak nie należy, że to zakazane.
To była ta chwila, gdy w tej swojej radości pobiegł do kolegów, tych po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Potem na oczach wszystkich uniósł się w górę, pofrunął, spadł. Uniósł go pęd samochodu, którego mogło nie być, ale był.

Nie. Nie można już było niczego zrobić.
To była ta właśnie chwila o nieznanej długości. Raczej krótka, bo wszystko trwało tyle, że niektórzy nie zdążyli zauważyć i zobaczyć. Anna widziała.
Potem już nic nie było jak kiedyś.

Fabularyzowane,ale na podstawie prawdziwego wydarzenia. Chłopiec miał dziesięć czy jedenaście lat, nie pamiętam. Wbiegł na ulicę, bo po jej drugiej stronie zobaczył kolegów, których chciał spotkać. Zginął na miejscu potrącony przez jakieś auto.