„Zapewniam wszystkich przerażonych i zachwyconych, że Donald Trump nie został wybrany prezydentem RP.”

Napisałem to na TT, na którym „szalałem” dziś rano (podobnie jak na FB), ponieważ ogarnęła mnie bezsilna złość. Kpiłem, bo to jedyne lekarstwo na głupotę. Nie będę tu rozważał, jakie znaczenie ma dla nas i czy ma w ogóle rezultat amerykańskich wyborów. Pewnie ma i to duże. W każdym razie dla Europy ma na pewno. Poczekamy, zobaczymy. Mniejsza o to. O czym innym chcę napisać.

Donald Trump wygrał i zostanie 45 prezydentem USA. Należało mu pogratulować, zapewnić o sojuszu, gotowości do współpracy i na razie wystarczy. Tak, jak to zrobił Hollande, Merkel, a nawet Putin. Takie dyplomatyczne bleble, jedyne możliwe w tej sytuacji. Nienawidzę dyplomacji, lecz czasem jest ona potrzebna.

Tymczasem w Polsce! Słów brak.

O ile nie dziwię się płaczom dziennikarzy TVN24, marksistowsko-leninowskim ocenom ekspertów tej telewizji, to jestem w stanie ich zrozumieć: postawili, stracili, a w dodatku to dziennikarze. W polityce jest mniej więcej tak: jeśli taki Wroński jest prywatną osobą i reprezentuje wyłącznie siebie, to głupoty, które pisze spotkają się z uśmiechem, potępieniem, a on sam, albo zostanie „polubiony”, albo nazwany „ruskim agentem”. Podobnie dziennikarz, ponieważ, tak, jak Wroński nie ma wpływu na obecne i przyszłe decyzje polityczne, poza propagandą skuteczną lub nie. Tak to rozumie się na świecie. Jeśli zaś osoba, która piastuje stanowisko obieralne lub nominalne pozwala sobie na idiotyczne uwagi pod adresem zwycięzcy wyborów w innym państwie, to jest to kompletny brak szacunku dla swojego kraju. Tak! Dla swojego, ponieważ tamci politycy też słuchają i ocenią to właściwie w swoim czasie. To jest polityczna głupota.

Posłowie PO i byli ministrowie nie zdziwili mnie, lecz tylko udowodnili, iż myślą jedynie o własnym interesie. Niestety, niektórzy posłowie i politycy z kręgów obecnej władzy wpisali się w krytykę wyniku amerykańskich wyborów. Nie przytoczę tweetów, bo to i tak nie ma już znaczenia. Dziwi mnie najbardziej polski minister spraw zagranicznych. Nie można w dniu elekcji głosić publicznie, że szuka się „dojścia do sztabu Donalda Trumpa” (to jest sens, a nie cytat), bo to oznacza, że: po pierwsze, postawiło się tylko na jedną kartę, co źle świadczy o naszej dyplomacji, po drugie: wspierało się tylko jedną stronę, co z punktu widzenia każdego demokratycznego społeczeństwa oznacza, iż obcy kraj usiłował wpłynąć na suwerenne wybory kraju drugiego. Nie śmiejcie się, ponieważ nie powinno być nam do śmiechu. Donald Trump będzie miał wpływ na świat przez następne cztery lata, a może i dłużej, czy tego chcemy, czy nie i ktoś koło niego może te słowa zrozumieć w ten sposób. Nie tylko koło niego, bo po przeciwnej stronie świata także i wykorzystać dla swoich celów. Nie może też minister konstytucyjny mówić, niejako do elekta, że dopilnujemy spełnienia obietnic i wypełnienia postanowień poprzedniej administracji. Nawet nie wspomnę, jak można odebrać te słowa i jaką sugestię zawierają.

Naraziłem się tym postem strasznie. Trudno, mogę być skwitowany terminem „esbek” lub „ruski agent”, ale chciałbym, by w końcu Polska potrafiła wykorzystać szansę dla siebie. Trump jest dla nas szansą i dziwie się, że jeszcze żaden z polityków tego nie zauważył. Nie napiszę dlaczego, ponieważ nie ma to w tej chwili żadnego sensu. I tak nikt nie zauważy, albo skwituje to w/w epitetami.