Gry battle royale wywołują u graczy skrajne emocje. Fani elektronicznych igrzysk śmierci uważają te tytuły za spełnienie marzeń, a pozostali patrzą na nie z przymrużeniem oka, zarzucając im wieczne tkwienie w „wczesnym dostępie”, plagi cheaterów oraz odgrzewanie tej samej rozgrywki przez kolejne, niemal identyczne tytuły. Po ostatnim wysypie podobnych tytułów bezdyskusyjnie koronę objął Playerunkown’s Battlegrounds (PUBG), bijąc rekord sprzedanych kopii oraz światowy rekord aktywnych graczy na steamie kiedy to 30 grudnia 2017 r. grało w niego jednocześnie 3,1 mln osob. Nie wszystko było jednak idealne. Gra była nieustannie zalewana falami krytyki od strony recenzentów oraz samych graczy z powodu nierównej i brzydkiej grafiki, drewnianych animacji, topornego sterowania, dziesiątek irytujących błędów, wysokiej ceny oraz paskudnych mikropłatności, fatalnej optymalizacji, agresywnej społeczności oraz fali oszustów, których to w samym styczniu 2018 r. zostało zbanowane około milion.

Całe te zamieszanie wykorzystało studio Epic Games znane m.in. z takiej serii jak Gears of War, tworząc darmowego, bajkowego i pionierskiego Fornite: Battle Royale. Już po pierwszych dwóch dniach od premiery, gra zanotowała milion aktywnych graczy. Aktualnie liczba ta urosła do ponad 40 milionów. Ta konkurencja nie spodobała się twórcom PUBGa, którzy zarzucali studiu Epic Games plagiat i grozili postępowaniem karnym. Społeczność Battle Royale podzieliła się na dwa obozy, spierając się o to która gra jest najlepsza.

Pierwszą rzeczą, która odróżnia Fortnite od PUBGa jest cena, która w przypadku tego drugiego wynosi około 73 zł + mikropłatności, których cena nieraz przebija samą wartość gry. Fortnite również oferuje mikropłatności, ale na o wiele mniejszą skalę, a sam w sobie jest darmowy, więc zagrać może w niego dosłownie każdy.

Do tego dochodzi szata graficzna i mechanika. PUBG stara się naśladować rzeczywistość, ale wciąż w oczy rzucają się nierówności graficzne oraz mechaniczne. Grafika tam jest po prostu brzydka i przestarzała, a ociężale poruszające się postacie non stop zacinają się o najmniejsze przeszkody. W Fortnite grafika jest skrajnie cukierkowa niemal jak rysowana pastelami. Gra jest pozbawiona jakiegokolwiek mroku, krwi czy brutalnych elementów. Nawet na samym początku zamiast z samolotu wyskakujemy z latającego szkolnego autobusu, a nasza śmierć jest łagodzona poprzez uroczego robota, który teleportuje ciężko rannych nas do lobby. W grze nie ma pojazdów, a sama mapa jest o wiele mniejsza. W przeciwieństwie do PUBGa na świat patrzymy tylko z widoku TPP. Modele postaci są zrobione karykaturalnie, posługują się nieproporcjonalnymi dla człowieka przedmiotami i skaczą nawet na kilka metrów. Nie wiem, czy takie rozwiązanie pasuje do mrocznego z założenia trybu Battle Royale.

Sztandarową i innowacyjną mechaniką, którą do Battle Royal wprowadził Fortnite jest możliwość budowania. W tej grze niszczymy gigantycznym kilofem różne struktury w celu pozyskania surowców, aby następnie moc zbudować własne. Naprawdę! Zbudować tutaj można dosłownie wszystko, nawet jeżeli łamie to prawa fizyki. Jesteś pod ostrzałem przeciwnika? Nie ma problemu! W sekundę wybuduj ścianę odgradzającą Cię od kul oponenta! Masz wystarczająco surowców? Zbuduj platformę pod samymi chmurami i stamtąd odstrzeliwuj przeciwników karabinem snajperskim! Tutaj ogranicza cię tylko twoja własna wyobraźnia!

Warto wspomnieć, że najlepiej w takie gry gra się z kolegami. To właśnie elementy kooperacyjne dają w nich najwięcej frajdy. Mi samemu bardziej podszedł Fortnite ze względu na swoją dostępność dla wszystkich graczy (darmowość oraz bardzo dobrą optymalizację) przy równoczesnym zachowaniu battle royalowych mechanik znanych z PUBGa oraz wprowadzeniu ciekawych innowacji. Gra studia Epic Games nie jest jednak dla wszystkich. Tych szukających mroku, strachu, brutalności, realizmu i immersyjnej rozgrywki odsyłam do Playeruknown’s Battlegrounds.