Zaskoczę Was, ale zupełnie nie obchodzi mnie to, co się stało we Francji. Sami są sobie winni. Współczuję rodzinom niewinnych ofiar, ale nie współczuję Francji. Szczególnie, gdy słucham wypowiedzi Hollande i Merkel, pełnych fałszu, pustosłowia, sloganów o wolności, równości i braterstwie. Niedobrze mi się robi od słuchania idiotycznych wypowiedzi „ekspertów” i dziennikarzy, drżących o przetrwanie ich multikulturowej poprawności politycznej. To jest chore. I jeszcze te dyskusje „znawców”, którzy nigdy prochu nie wąchali, albo od wielu lat zajmują się jedynie „piarem”. Jak, co było celem, po co, na co? Jeden wielki bełkot. Służby mają rozwiązać ten problem. Ale bzdura! Służby nie są od rozwiązywania problemów politycznych, ale od ścigania, łapania i zapobiegania. Problem leży zupełnie gdzie indziej i kto inny powinien go rozwiązać.

To jest wojna

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że jesteśmy w stanie wojny. Tak. Jesteśmy i Francja nagle znalazła się na pierwszej linii. Jest to wojna pomiędzy Rosją, a USA o nowy podział świata. Przypatrzmy się bowiem komu te zamachy służą. Odpowiedzmy na pytania: czy cały ten cyrk z „uchodźcami” był zorganizowany po to, by wprowadzić bandytów islamskich do Europy?

„Mądry człowiek ukryje liść w lesie” napisał Chesterton.

To jest odpowiedź na to pytanie. Przecież paryscy bandyci spod znaku Islamu nie przyjechali z „uchodźcami”, a potem poszukali sobie bomb i karabinów, tylko skorzystali z przygotowanej wcześniej infrastruktury. Wbrew pozorom, zamachy te musiały zostać wcześniej przygotowane, czyli rozpoznano miejsca, zaplanowano dojścia i sposób wykonania. Symultaniczne akcje wymagają dobrych przygotowań. Wtedy dopiero wzywa się wykonawców. Zgadzam się z poglądem, że zamachów dokonali szaleńcy, których Islam produkuje tysiącami, ale uważam, iż właściwymi sprawcami są dobrze ubrani ludzie, siedzący często w drogich restauracjach Paryża i Londynu, dobrze wykształceni „Europejczycy”, zarządzający często ogromnymi pieniędzmi. Tych ludzi przyjmują chętnie politycy oraz finansiści. Nie „uchodźcy” są tu problemem, ale europejski establishment. Islamizacja Europy nie zaczęła się od ISIS, tylko o wiele wcześniej – od układów polityczno-finansowych głównych krajów UE z tzw „światłym Islamem” z Arabią Saudyjską na czele. Awantura z „uchodźcami” nie zaczęła się przecież w roku 2015, ale o wiele wcześniej. W ostatnich miesiącach została jedynie odpowiednio nagłośniona i skierowana na tory polityczne. Można więc, było przewidzieć czym to się skończy.

Kto korzysta na tych zamachach?

I tu pewnie nie zostawicie na mnie suchej nitki, ale na pewno nie Państwo Islamskie. Z ich punktu widzenia taka akcja jest samobójstwem, ponieważ wszystkie główne siły tego świata, właśnie teraz zjednoczą się przeciwko tym bandziorom. W ich regionie globu także maja śmiertelnych wrogów, a w dodatku zagrażają żywotnym interesom Arabii Saudyjskiej i Iranu. Nie łudźmy się, przywódcy ISIS myślą precyzyjnie i logicznie. Kto zatem odnosi z tego największa korzyść? Pierwszy kraj to Rosja. Weszli do Syrii, rozpoczęli działania zbrojne z problematycznym skutkiem, ale wysłali Ameryce zdecydowany przekaz: „nie odpuszczamy, nic nie zrobicie bez układów z nami”. Administracja Białego Domu zaczyna straszyć Kreml, lecz nic poważnego jeszcze się nie dzieje, poza ciągłymi obietnicami wzmocnienia „flanki wschodniej” NATO.

Co teraz?

Przejrzałem Internet rosyjsko, niemiecko i anglojęzyczny. Jest jeden wspólny ton. Porozumienie wszystkich sił w celu zdecydowanej rozprawy z terroryzmem. Wspaniała idea. Tylko oznacza to w obecnej sytuacji, że do realizacji owego celu konieczne będzie porozumienie Waszyngtonu z Moskwą. Jak myślicie co jest dla Amerykanów ważniejsze? Zabezpieczenie interesów USA w krajach arabskich i na Bliskim Wschodzie, czy obrona Polski, na przykład? Ropa, czy „wschodnia flanka NATO”? Dla mnie odpowiedź jest jasna i prosta. Jesteśmy sami, proszę państwa. Sami, karmieni słodkimi słówkami oraz dyplomatycznym blabla. Nasi sojusznicy bez mrugnięcie okiem sprzedadzą nas ponownie. Tak zawsze było w historii i tak będzie teraz, a wszelkie nasze protesty skwitowane zostaną nonszalanckim oświadczeniem, potępiającym „tradycyjną antyrosyjską histerię Polaków”. Nie będę już pisał o dalszych możliwych implikacjach takiego światowego porozumienia „przeciwko terrorystom”, bo ważniejsze są dla mnie sprawy polskie. Dlatego też nie wspomniałem o Chinach i Izraelu, który również swoją wojnę rozgrywa na terenie Europy, ani o „ojczyźnie terrorystów”, która zyska na tym kolejne petrodolary.

Czy nam grożą wydarzenia podobne do paryskich?

Nie wiem. Osobiście uważam, że jeszcze nie w najbliższej przyszłości, ale nie da się tego przewidzieć i raczej to Rzym, Londyn, a może i Berlin powinien teraz bać się bardziej. U nas, Islamiści to prosty wróg do zwalczenia. Wystarczy tylko chęć. Obawiam się zupełnie czegoś innego, a mianowicie cynicznego wykorzystania ludzkiej tragedii przez przywiązanych do stołków urzędników. „Nie zmienia się przecież koni w trakcie przeprawy przez rzekę.”. Wiele razy to słyszałem i znów słyszę ten ton w mediach. Mam nadzieję, że tym razem władza nie podda się presji, ponieważ „konie” już padły, a my „nie przeprawiamy się przez żadną rzekę” tylko spokojnie oglądamy wydarzenia w telewizji. To nie służby specjalne i policyjne nas ochronią, ale politycy i ich zdecydowane decyzje, umożliwiające tym służbom działanie. Potrzebujemy oficerów operacyjnych, a nie urzędników i tłumaczy artykułów prasowych. Mam też nadzieję, że nie damy po raz kolejny „przestawić się” na tory wygodne dla innych, ale zajmiemy się egoistycznie naszym interesem. Tak, jak każde państwo na tym najlepszym ze światów. Nadal uważam, że to nie jest nasza wojna, a nasz przeciwnik leży zupełnie gdzie indziej. Możemy, w przypływie histerii zapalać znicze pod ambasadą Francji, lecz nie traćmy z oczu prawdziwych zagrożeń, bo te mogą nas zniszczyć w o wiele większym stopniu niż amerykańska wojna z terroryzmem. Nie twierdzę, iż za zamachami w Paryżu stoją agenci rosyjscy lub amerykańscy, ale niewątpliwie polityka tych krajów umożliwia takie akcje.

Pamiętajmy o tym i nie wpadajmy w panikę.

I tyle na temat tych zamachów. Nazwijcie mnie jak chcecie, napiszcie, że się nie znam, lecz pomyślcie trochę szerzej i uwolnijcie się od przewidywalnej narracji mediów, wspomaganej dyżurnymi ekspertami. Pomyślcie, na Boga, pomyślcie.