Niedawno, przy okazji wyburzeń, rewitalizacji, podpaleń (należy wybrać w zależności od strony, którą się reprezentuje) część gdyńskich – i nie tylko – dziennikarzy odkryła „Pekin”. Miejsce legendarne, na wpół rzeczywiste, na wpół surrealistyczne, nie mające prawa istnieć. Ale na przekór wszystkiemu istniejące. Bo choć od bogatego Śródmieścia, Sea Towers, InfoBoxu i domów za miliony złotych, dzieli nas tylko kilka przystanków, to tu jesteśmy w innym świecie. Świecie zbudowanym głównie z prowizorki. Tu nie ma wodociągów. Nie ma kanalizacji. Ba, nie ma nawet chodnika.

Od kilkudziesięciu lat gdyński „Pekin” się nie zmienia. Tworzą go głównie szopy, baraki i sklecone z niczego domy. Część budynków wyburzono, inne istnieją i trzymają się dzielnie. Niektórzy mieszkańcy poumierali, inni się przenieśli, dostali przydziały na inne lokale. Ale wiadomo, w życiu bywa różnie. Ktoś dostał, ktoś nie. Bo czegoś nie dopilnował, nie wiedział, nie umiał. Bał się, bo nie miał papierów. Dlatego dziś w części domów nikt nie mieszka już od lat, w niektórych żyją wielopokoleniowe rodziny.

Gdyński „Pekin” to dla miasta wyrzut sumienia. Ale to także okazja do zarobku, bo z góry, na której „zbudowano” to nie-miejsce, rozciąga się piękna panorama z widokiem na Zatokę. Dziś, poza autochtonami, mieszkają tu także Ormianie, Ukraińcy i wszyscy ci, którzy nie mają innej opcji. Łatwych rozwiązań nie ma, bo świat nie jest czarno-biały, w przeciwieństwie do zdjęć. Ale przecież tu także dzisiaj zmartwychwstał Chrystus. A razem z nim, w co chcemy wierzyć, nadzieja i szansa na nowe życie. Nawet jeśli to już kolejna, pomimo kilku niewykorzystanych wcześniej. To przecież tam mieszkają ludzie. Tacy jak ja czy Ty.


Autor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz, publicysta, bloger.