Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jestem konserwatystą – ale niewierzącym. Nie wierzę w doktrynę, bo jestem uczulony na każdą ideologiczną utopię. Jestem więc praktykującym konserwatystą, ale nie wierzącym w konserwatyzm.
Po prostu nie chcę, aby ludzie „poprawiali” klimat. Nie chcę też, aby wymyślali nowoczesne modele dydaktyczne, dzięki którym będziemy wychowywać w szkołach nadludzi. Nie akceptuję feminatywów ani „w Ukrainie”. Wynika to z tego, że nie wierzę, aby ludzie byli w stanie zmienić świat na lepsze, gdyż nie wierzę w ludzi.
Zwłaszcza nie wierzę w tych, którzy wierzą w siebie tak mocno, że pragną oceniać i poprawiać Boga. To musi być jakiś kompleks Boga.
Nie wynika to nawet z moich przekonań religijnych. To jest raczej efekt doświadczeń historycznych w połączeniu z wrażliwością konserwatywną – bardziej ufam Bogu niż ludziom. Ten sposób myślenia opiera się na zasadzie, że jeżeli Europa przez dwa tysiące lat była chrześcijańska i przetrwała, to wolę, aby taka pozostała, gdyż nie wiem, co będzie, gdy przestanie być chrześcijańska.
Natomiast inni ludzie mają pewność, że będzie lepiej. Przeraża mnie to. Ich celem jest lepszy świat, ale ubocznym skutkiem jest budzenie potworów. To dla mnie zbyt duże ryzyko.
Wcale nie jestem wrogiem postępu. Chciałbym jednak, aby postęp wynikał z realnych potrzeb i doświadczeń, a nie z ideologicznych projektów. Przez całe moje życie zawodowe byłem związany z edukacją, którą nieustannie naprawiono według najnowszych doktryn i nigdy, ani razu, nie usunięto przy tym żadnego realnego błędu.
Dlatego odrzucam wszelkie ideologie. Nie tylko komunistyczną. Precz z klimatyzmem, liberalizmem, feminizmem, socjalizmem i precz z konserwatyzmem. Dla mnie to wszystko jedno. Na przykład liberalizm zawsze postrzegałem jako odwrócony komunizm. Nawet nieludzki fanatyzm neoliberałów przypomina mi fanatyzm komunistyczny.
Rozumiem, że taki sposób myślenia może drażnić, ale tylko trochę. Zwolennicy wielkich idei nie są przecież od tego, aby dyskutować z takimi ludźmi jak ja. Oni chcą nas uszczęśliwić nawet wbrew naszej woli metodami administracyjnymi poprzez wielkiego i troskliwego molocha biurokratycznego w stylu obecnej Unii Europejskiej. Bo każda utopia pragnie mieć swoją Unię Europejską.
Właśnie dlatego wolę, aby w Europie po staremu istniały państwa narodowe. One też nie są doskonałe, ale przynajmniej wiadomo, jakie są. Nie wiem natomiast, co powstanie, gdy ich już nie będzie. Intuicja podpowiada mi, że nic nie będzie. Jeżeli bowiem coś trzeba zniszczyć, aby coś zbudować, zazwyczaj skuteczne bywa tylko niszczenie.
Nie ma sensu powoływać się przy tym na Stany Zjednoczone – tam nigdy nie funkcjonowały państwa narodowe w europejskim sensie. Nie trzeba więc było niczego niszczyć. Ale nawet w przypadku amerykańskiego eksperymentu daleki jestem od uznania go za sukces. Tu również jestem bardzo ostrożny.
Powiem nawet więcej – ja się tak samo boję ludzi wierzących w Stany Zjednoczone, jak tych, którzy wierzyli w dawny Związek Radziecki. Zdecydowanie wyżej cenię tych, którzy wierzą w Yeti i UFO.
Zostaw komentarz