Za Wikipedią:

Są to ostatnie słowa przypisywane Juliuszowi Cezarowi. Juliusz Cezar padł ofiarą spisku, który przygotowali zwolennicy Senatu, w obawie, że ogłosi się on królem. Do grupy przeciwników Cezara należał również uchodzący za jego przyjaciela Marek Brutus.

Cezar został zamordowany w senacie w idy marcowe 44 p.n.e. Spiskowcy kolejno godzili w niego sztyletem, zadali mu nim 20 ciosów, po czym tymi słowami Cezar miał się zwrócić do Brutusa. Według innej wersji słowa te skierowane były do adiutanta Cezara, Decimusa Juniusza Brutusa, który również brał udział w zamachu. Według niektórych autorem powyższego cytatu jest William Shakespeare (w sztuce Juliusz Cezar; akt III, scena I), a same słowa w rzeczywistości z ust mordowanego Cezara nie padły.

Dzisiaj słowa te zadźwięczały w mojej pamięci bardzo wyraźnie. I bardzo szczególnie.

Zawsze, gdy tragicznie odchodzi jakaś znana postać z życia publicznego, a szczególnie politycznego, w wypadku, katastrofie, zamordowana, z rąk szaleńca, lub nasłanego nań zamachowca, lub też,  jak niedawno jeszcze zwykło się w Polsce czasów, które nastąpiły po Tragedii Smoleńskiej, domniemywać – seryjnego samobójcy, zastanawiamy się intensywnie nad różnymi przyczynami, i motywami, oraz wariantami tej śmierci,  snujemy przypuszczenia, narastają wokół niej różnorakie, niejednokrotnie sprzeczne teorie spiskowe, a wyjaśnianie takiej zagadki może być dla służb specjalnych i dziennikarzy śledczych nie lada wyzwaniem, zaś w mediach publicznych, a dzisiaj i na portalach społecznościowych, tematem nie tylko dnia, ale i wielu następnych dni, tygodni, i miesięcy, a nawet lat, i nigdy nie okazać się do całkowitego wyjaśnienia możliwe.

Czy odchodzący Cezar rozpoznał swoich zamachowców? Z tego, co podaje nam przekaz historyczny – prawdopowobnie tak, ale czy faktycznie zdołał wypowiedzieć takie slowa? O tym wiadomo już tylko tyle że być może tak właśnie wyglądał ostatni akt sztuki politycznej, jaką tworzyły jego rządy, i która wraz z jego śmiercią definitywnie dobiegła końca. Dzisiaj duża część takich informacji także z natury rzeczy nie może od razu przedostać się do wiedzy powszechnej. Wyniki śledztw, prowadzonych – o ile prowadzone są faktycznie rzetelnie, i bez „specjalnego” politycznego zamówienia lub kontekstu sytuacji, podawane są przez dochodzeniowców zazwyczaj bardzo skąpo, i w sposób specyficznie, proceduralnie wytonowany, a bardzo często odnosi się wrażenie, że niewiele w istocie wyjaśniają.

Śmierć Prezydenta USA – demokraty Johna Kennedyego, pozostawiła po czasach śledztw i procesów tak wiele znaków zapytania, że do dzisiaj nie jesteśmy w stanie, opierając się nawet na wielu dobrych źródłach, odpowiedzieć jasno z jakich przyczyn zginął, i kto był wówczas „zamawiającym”, a kto faktycznym wykonawcą tego „wyroku”.

Śmierć brytyjskiej Księżnej Diany, o której wiemy, że nieszczęśliwy wypadek samochodowy w podparyskim tunelu zakończył jej żywot, także pozostawiła więcej niedomówień niż faktycznych odpowiedzi. Przebieg wydarzenia wprawdzie ustalono, pokazano nam całą sytuację, ale odpowiedzi na faktyczną przyczynę tego nieszczęścia do dzisiaj brak. Podobnie ma się sytuacja ze śmiercią Olafa Palmego, socjaldemokratycznego premiera Szwecji, który zginął z rąk zamachowca, śmiertelnie postrzelony na ulicy w Sztokholmie. Do dziś dnia nie wiemy dlaczego tak się stało, i nikomu jak dotąd nie udało się postawić jasnej hipotezy co do tego, kto był tutaj faktycznym sprawcą, lub zleceniodawcą, a kto nacisnął spust.

Zamachy na postaci publiczne bywają wręcz bardzo efektowne, i w tej efektowności wydaje się czasami tkwić ich tajemnica. Gdy bowiem cieszący się dzisiaj wolnością, 61 letni już Mehmet Ali Ağca po oddaniu śmiertelnych, jak obliczał, strzałów do Jana Pawła II 13 maja 1981 na Placu Św. Piotra w Rzymie został zatrzymany, przesłuchany, osądzony, osadzony w więzieniu, i teoretycznie wiadomo było że to on, i jego ręka była tą właściwą – wykonującą zbrodnicze zamówienie, na światło dzienne wciąż wypływały kolejne fakty i informacje, w różny sposób modyfikujące jego faktyczną rolę w zamachu, a po jego ułaskawieniu i wyjściu na wolność, w roku 1999, sam dawał często wyraz innym, sprzecznym, niezwykłym wręcz, ale i zastanawiającym teoriom tego słynnego zamachu. Dla świata, pomimo że to on jednak pozostał jego sprawcą, faktycznych źródeł i zleceniodawców nie ujawniono, i raczej nieprędko je poznamy.

Właśnie dlatego też te historyczne, i literackie słowa: I ty, Brutusie, przeciw mnie, nieprzypadkowo chyba odezwały się teraz w mojej pamięci. One przecież – wcale a wcale, i w ogóle – nie muszą odnosić się do niedawnej, wyjątkowo tragicznej śmierci byłego włodarza Gdańska, Śp. Prezydenta Pawła Adamowicza. Ale jednak znamy je z historii cywilizowanej Europy absolutnie nieprzypadkowo. Byliśmy i teraz świadkami czynu przerażającego, i jednocześnie zaskakująco, przerażająco spektakularnego, którego żałobnym skutkiem – finałowym Requiem Aeternam, żyjemy obecnie. Zawsze jednak w takich sytuacjach, jakie towarzyszyły śmierciom wielkich tego świata, dochodziło do gwałtownych zajść na arenie, tak społecznej, jak i politycznej. Działy się one także nieprzypadkowo. Bowiem przypadki zdarzają się w takich okolicznościach niezmiernie rzadko, i jak pokazuje po stuleciach historia, bywają one raczej dobrze, i precyzyjnie, a wręcz z wyrachowaniem zaplanowanymi akcjami.

Patrzmy więc uważnie na to co teraz nastąpi. A następuje już teraz bardzo wiele, i można się nad tym zastanawiać, skąd jest taki właśnie, a nie inny efekt tego niebywałego czynu i zdarzenia. I gdzie, w czym tak naprawdę, i w jakim zamierzeniu tkwi jego przyczyna. Idy marcowe są wszak jeszcze przed nami…

Krótka dygresja. Jeden z najsławniejszych szachistów świata, amerykański arcymistrz XX wieku – Robert (Bobby) Fischer, w swojej głośnej partii przeciw najsilniejszemu podówczas komputerowi szachowemu świata, pokonał maszynę, oddając przeciwnikowi… królową! Pozwolił mu ją sobie zbić, czyli uśmiercić, i wycofać z pola gry. Dzięki temu ruchowi wygrał tę partię. Ku zaskoczeniu wszystkich obserwujących to wydarzenie, przewidział po prostu, że konstruktorzy maszyny, programując jej logarytm z setek tysięcy możliwości i rozwiązań znanych z innych partii, takiego ruchu – mimo wszystko – nie przewidzą. I nie pomylił się ani trochę, po tym samobójczym – zdawałoby się posunięciu, logarytm potężnego komputera stracił zdolność obliczeniową i zablokował się całkowicie. Zwyciężył czynnik ludzki, przwrotność, a nieobliczalny Fischer wygrał partię, i zarobił setki tysięcy dolarów. Zadziałał spryt arcymistrza, siła umysłu strategicznego, i czysto hazardowa wola wygrania w grze o bardzo wysoką stawkę.

Dzisiaj prawie każdy kieszonkowy telefon komórkowy to komputer setki razy silniejszy od tego, przeciw któremu walczył wtedy Bobby Fischer…

Życie to jednak nie tylko gra w szachy, a polityka to, niestety, nie tylko sportowa walka. I nie tylko zabawa. W niej gra toczy się o stawkę zawsze najwyższą, i niestety, nie zawsze jest nią ludzkie życie. Zaś prawdziwy Juliusz Cezar… Najprawdopodobniej swoich ostatnich słynnych słów nie wypowiedział nigdy, bo jako śmiertelnie ranny, mordowany człowiek, a nie aktor na scenie, w sztuce Wiliama Shakespeare (Szekspira), prawdopodobnie w ogóle nie zdołałby wypowiedzieć już czegokolwiek. Nie wiadomo też, czy użyłby ich w ogóle w formie pytania, czy też, przewidziawszy wcześniej to, co być może nastąpi, jeszcze cicho to tylko, osuwając się już do wieczności, skonstatował.

A czy wiemy też właściwie, o jakiego Brutusa tam wówczas tak naprawdę chodziło? Nie… Tego – także nie do końca wiadomo. A może, zwyczajnie, żadnego Brutusa w ogóle tam wtedy nie było?