Od miesiąca targają Polską torsje paszkwilanckich i manipulatorskich publikacji sugerujących, że Karol Wojtyła – Jan Paweł II ukrywał prawdę o pedofilach w Kościele krakowskim. W podtekście mają one także „potwierdzać”, że już jako Papież chronił wszelkich sprawców zła przed sprawiedliwością. Oczywiście wszystko to skonstruowane zostało pod hasłem obrony ofiar księżowskiej pedofilii, choć tak naprawdę nikomu z atakujących Wojtyłę w żaden sposób na dobru ofiar pedofilii nie zależy. Głównym motorem działania jest w tej sprawie polityka, i to nie tylko w wymiarze polskim, ale międzynarodowym.
Za atakami na Wojtyłę poszły także uderzenia w postać jego wielkiego poprzednika i mentora, Księcia Niezłomnego polskiego Kościoła, Adama Stefana kardynała Sapiehy. Ci sami, którzy nie zdołali ponad czterdzieści lat temu zamordować Polskiego Papieża, usiłują w ten sposób zniszczyć pamięć o Nim i podważyć jego świętość. Ci sami, którzy nie zdołali siedemdziesiąt lat temu rozprawić się fizycznie z kardynałem Sapiehą, usiłują pośmiertnie obrzucić go błotem, aby zniszczyć pamięć jego postawy i dokonań.
Dochowanie rzetelności oraz należytej staranności przy gromadzeniu materiałów źródłowych oraz ich opracowaniu do publikacji należy do kanonów dziennikarskiej etyki. Niestety, autorzy publikacji uderzających w Jana Pawła II i polskie wartości w najmniejszym stopniu zadaniu rzetelności i staranności nie sprostali, a zamiast próby przedstawienia prawdy zaserwowali czytelnikom sporządzony – chyba w pełni świadomie – koktajl pomówień, niedomówień i zafałszowań, z prawdą nic wspólnego nie mający. Warto zatem choć trochę uporządkować zaprezentowane medialnie informacje, a przed wszystkim pokazać ich rzeczywiste konteksty.
Ale warto także zwrócić uwagę na kontekst, którzy rzuca się w oczy jako pierwszy po analizie opisywanego ciągu wydarzeń. Owa medialno-propagandowa operacja nie jest tylko atakiem na Kościół i Dekalog. W rzeczywistości mamy do czynienia z atakiem na Polskę, niepokorną i konsekwentnie upominającą się o zasady, które legły u podstaw Wspólnoty Europejskiej. Mamy do czynienia z kolejną formą i fazą hybrydowej wojny z Polską oraz z przyświecającym Polakom i kształtującym ich systemem wartości. A uderzenie w te polskie wartości właśnie teraz nie jest przypadkowe, bo przecież wybory w Polsce za pasem, zaś ostrze szantażu odmową przyznania środków z KPO wyraźnie się stępiło.
Uderzająca zbieżność „niezależnych” tez
Prawie równocześnie choć pozornie niezależnie od siebie, w publicznym obiegu informacyjnym pojawiły się dwie publikacje, mające na celu sponiewieranie zarówno postaci Świętego Jana Pawła II Wielkiego jako duchownego, jak też uderzenie przez to w jeden z najważniejszych kamieni węgielnych współczesnej polskiej tożsamości i suwerenności. Niejako przy okazji uderzają one w cały Kościół katolicki, którego wartości legły u tożsamościowych i etycznych podstaw Wspólnoty Europejskiej, z której od przynajmniej kilkunastu lat próbują je rugować lewaccy funkcjonariusze.
Wprawdzie Marcin Gutowski w reportażu „Franciszkańska 3” poprowadził narrację nieco inaczej niż Ekke Overbeek w książce „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”, ale najważniejsze postaci, główne tezy i wymowa obydwu publikacji są praktycznie tożsame. Reportaż Marcina Gutowskiego skupia się bardziej na atakach na samego Karola Wojtyłę, zaś publikacja Ekke Overbeeka osadzona została na znacznie szerszym tle (książka ma ponad pół tysiąca stron), jednak ciosy wymierzone zostały precyzyjnie w ten sam cel – Świętego Jana Pawła II Wielkiego.
Marcin Gutowski w swoim reportażu buduje sugestywną atmosferę zła grą przytłumionego światła i mrocznej muzyki, a Ekke Overbeek idzie w swym ataku jeszcze dalej, bowiem swoją próbę zohydzania Jana Pawła II osadza w szerszym kontekście, m.in. na tle przypadku, jaki miał miejsce w rodzinnym mieście Karola Wojtyły.
Jest faktem, że opisywany przez Overbeeka Sławek z Wadowic istnieje, ale obudowywanie tezy, że jego dramatycznemu doświadczeniu winien jest Wojtyła jest nadużyciem wyjątkowym nawet w skali pozostałych manipulacji tego autora. Przypadek wspomnianego Sławka miał miejsce w 1980 r., kiedy Karol Wojtyła był już Papieżem Janem Pawłem II. Nie mógł on zatem tuszować tego aktu pedofilii. Teza o obronie ofiar pedofilii także nie znajduje tu uzasadnienia, ponieważ już przed kilku laty sprawa ta została zamknięta przyznaniem się do winy i przeprosinami ze strony kapłana, który wyrządził krzywdę Sławkowi. A właściwie od wielu już lat dojrzałemu panu Sławomirowi.
Ale uderzenie w ukochane przez Karola Wojtyłę Wadowice jest takim zwyczajnie podłym zabiegiem budowania czarnego klimatu całej opowieści Overbeeka. W miejsce lansowania przez wielu cynicznych czy antyklerykalnych prześmiewców miasteczka jako „kremówkowego papalandu”, maluje on mroczną krainę dzieciństwa Karola Wojtyły, w której nie tyle za rogiem, ale wręcz w samym sercu miasta czai się księżowska pedofilia. W dodatku na podstawie pojedynczych przypadków Overbeek usiłuje kreować obraz całościowy. Owa próba dekonstrukcji sentymentalnego obrazu „Papieskich Wadowic” jest u tego autora niewątpliwie zabiegiem celowym – osłabia bowiem całość ciepłego i pozytywnego wizerunku Polskiego Papieża.
Jakby wspomnianych dwóch atakujących było mało, pod antywojtyłowsko-antysapiehowską akcję podpiął się – chyba nieco na ślepo, byle zaistnieć – dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” Artur Sporniak. Tym swoim zaangażowaniem pogrążył on ostatecznie mit cenionego niegdyś czasopisma, jako periodyku pragnącego uchodzić za mądry, zrównoważony i opiniotwórczy.
Wojtyła wiedział… i przeciwdziałał
Główną tezą zarówno reportażu Marcina Gutowskiego jak też książki Ekke Overbeeka jest insynuacja, jakoby Karol Wojtyła o degeneracyjnych zachowaniach księży opisywanych w tych materiałach wiedział i… nic z tym nie zrobił, nie przeciwdziałał, nie napiętnował. Teza ta jest z gruntu fałszywa i niegodziwa, a przywoływane w reportażu oraz książce materiały źródłowe dowodzą czegoś dokładnie odwrotnego niż chcieliby autorzy owych medialnych elukubracji.
Wspomniani autorzy swoje wywody oparli na bardzo wybiórczo wykorzystanych informacjach z zasobu archiwalnego Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczących spraw księży Józefa Loranca (czyny lubieżne wobec dziewczynek) i Eugeniusza Surgenta (deprawowanie chłopców), oraz o rzekomej pedofilii ks. Bolesława Sadusia, którą wyinterpretowali czy raczej nadinterpretowali z archiwalnych akt. Idąc „za ciosem” owego reportażu i publikacji książkowej, w podobny sposób zaatakowano osobę Księcia Niezłomnego, kardynała Adama Stefana Sapiehy, sugerując w piętrowo zbudowanej na fałszywych przesłankach hipotezie, jakoby on także miał skłonności pedofilskie. I zakładając, że skoro był on mentorem Karola Wojtyły, to ten ostatni świadomie ukrywał przypadki pedofilii w Kościele krakowskim.
Tymczasem jako pierwsi sprawy księży Loranca, Surgenta i Sadusia opisali na łamach „Rzeczpospolitej” redaktorzy Tomasz Krzyżak i Piotr Litka. Analiza akt zgromadzonych w zasobie IPN pozwala przyznać, że ci właśnie autorzy uczynili to rzetelnie a wnioskowanie przeprowadzili nader starannie i precyzyjnie. Wykazali oni niezbicie, na podstawie chronologicznego zestawienia informacji źródłowych dotyczących ks. Loranca i ks. Surgenta, że Karol Wojtyła natychmiast po ujawnieniu deprewacyjnych zachowań tych duchownych podjął środki dyscyplinujące oraz karne wobec nich w zakresie, jakim dysponował jako Arcybiskup Metropolita Krakowski.
Sprawa ks. Loranca
Ks. Loranc, będący duszpasterzem Archidiecezji Krakowskiej, a zatem bezpośrednim podwładnym kardynała Karola Wojtyły, został potraktowany przez Metropolitę z całą surowością przewidywaną przez ówcześnie obowiązujący Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. – suspendowany, czyli pozbawiony uprawnień kapłańskich i wysłany na leczenie psychiatryczne. Nie mając możliwości przeprowadzenia postępowania karnego, w Kurii dopilnowano także, aby ksiądz stanął przed świeckim sądem. Kiedy funkcjonariusze bezpieki dowiedzieli się o tym, aresztowali ks. Loranca przebywającego w odosobnieniu w klasztorze Cystersów w Mogile. Po odbyciu skróconej na mocy amnestii z okazji XXX-lecia Polski Ludowej kary więzienia oraz leczeniu, ks. Loranc pracował jako pomoc administracyjna w parafii w Zakopanem, a później – po przywróceniu mu uprawnień kapłańskich – jako kapelan szpitala w Chrzanowie. Nie stwierdzono w tych latach żadnych niegodziwych zachowań z jego strony.
Sprawa ks. Surgenta
Natomiast ks. Surgent pracował wprawdzie w Archidiecezji Krakowskiej, ale był kapłanem Archidiecezji Lwowskiej z siedzibą w Lubaczowie, zatem ukaranie go należało do właściwego przełożonego. Karol Wojtyła usunął go z Metropolii Krakowskiej (urlopował i odmówił mu prawa powrotu, czyli wydalił go z archidiecezji). Wiadomo także, że ówczesny administrator w Lubaczowie bp. Jan Nowicki zwrócił ks. Surgentowi uwagę na niestosowność jego praktyk i nakazał mu ich zaprzestanie. Ks. Surgent także odbył karę więzienia, ale po jej zakończeniu nie powrócił do swojej diecezji (było to już po śmierci biskupa Nowickiego) ale podjął posługę na Pomorzu, w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej a później pelplińskiej. W tym zacieraniu śladów za sobą niewątpliwie pomógł ks. Surgentowi fakt, że SB zwerbowała go jako swojego tajnego współpracownika pod ps. „Georg”. A kiedy po kilku miesiącach odważył się odmówić tej współpracy bezpieka uznała, że ze względu na swoją niemoralność bardziej zaszkodzi Kościołowi jako pozostający na wolności, niż jako ścigany za pedofilię. Tak wyglądała moralność dzisiejszych rzekomych obrońców ofiar pedofilii.
Sprawa ks. Sadusia
W sprawie ks. Sadusia rzekomą formą ukrywania jego niewłaściwych skłonności miało być wysłanie go za granicę w celu pracy naukowej. Redaktorzy Tomasz Krzyżak i Piotr Litka wykazali w swojej publikacji, że w tym przypadku nie ma żadnych udokumentowanych informacji, jakoby miał on preferencje pedofilskie. Mowa jest jedynie o zarzutach rzekomego romansu z kobietą, względnie utrzymywania stosunków z młodymi mężczyznami, co jako żywo prawnie zabronione nie było. Co ciekawe, wiadomości tych nie potwierdzały obserwacje SB, której ks. Saduś był wieloletnim tajnym współpracownikiem pod pseudonimami „Brodecki” i „Kanon”. Oddelegowanie ks. Sadusia do pracy za granicę bezpieka uznawała za sukces, w związku z jego inteligencją zakładając, że za granicą będzie agentem jeszcze bardziej przydatnym niż w kraju. Ze względu na dziennikarskie supozycje, że Wojtyła „umożliwił ks. Sadusiowi szybką ucieczkę za granicę” warto zauważyć, że przygotowania ks. Sadusia do wyjazdu za granicę trwały co najmniej rok. Pierwotnie miał to być wyjazd do USA, później do Niemiec, ostatecznie ustalono, że miejscem osiedlenia i pracy naukowej ks. Sadusia będzie niewielkie miasteczko Gaubitsch leżące ok. 50 km od Wiednia.
Zatem podawane przez Gutowskiego i Overbeeka informacje o rzekomym pedofilskim skandalu w udziałem ks. Sadusia należy między holenderskie bajki włożyć. Niestety, żaden z obrońców prawa do wolności wyboru preferencji seksualnych, ani praw grup LGBT nie wystąpił w obronie nieprawdziwie pomówionego przez dziennikarzy ks. Sadusia.
Szukanie „zła” za wszelką cenę
Za niepotwierdzonymi tezami artykułu dot. rzekomej pedofilii ks. Sadusia podążył m. in. dziennikarz portalu „naTemat” Jakub Noch, który podał, że w oficjalnym liście do Arcybiskupa Wiednia kard. Franza Königa Karol Wojtyła nic nie napisał o pedofilskich skłonnościach ks. Sadusia. Zatem zdaniem owego dziennikarza przemilczał. Problem w tym, że tego typu informacje, nawet gdyby były prawdopodobne, raczej nie byłyby przekazywane oficjalną drogą pocztową. A skoro ks. Saduś pedofilem nie był, nie istniał powód, aby takie fałszywe zarzuty wobec niego formułować. Zatem kolejny dziennikarz idąc na łatwiznę formułuje tezę tyleż drastyczną ile nieprawdziwą i nie popartą żadnymi dowodami. Wojtyła nic nie przemilczał, bowiem nie miał czego przemilczeć.
Jednak owo austriackie dziennikarskie „pseudośledztwo” ma także swoje drugie dno, a jego celem jest zasugerowanie dwuznacznych działań Karola Wojtyły w innym zakresie. Oto ks. Saduś miał rzekomo być „bankierem” kardynała Wojtyły, przechowującym jego dewizowe środki finansowe, uzyskiwane ze źródeł zagranicznych. Problem w tym, że bezpieka miałaby dzięki temu dokładne informacje o prywatnych dochodach i wydatkach kardynała, a nie ma podstaw do uznania, że takową precyzyjną wiedzę miała.
Zainteresowanych szczegółowym opisem losów wspomnianych kapłanów odsyłam do rzetelnych i obszernych artykułów Tomasza Krzyżaka i Piotra Litki na łamach „Rzeczpospolitej”.
Kontynuatorzy manipulacji bezpieki
Znacznie wyższy stopień manipulacji cechuje sprawę rzekomej pedofilii Arcybiskupa Adama Stefana kard. Sapiehy. Ten aspekt nagonki na Kościół krakowski i Karola Wojtyłę rozpętała na swoim portalu internetowym „Gazeta Wyborcza”, dając tym samym jasny dowód antypolskiego zaangażowania. Dziennikarze tego tytułu powołali się w swoim materiale na „dwa niezależne dziennikarskie śledztwa”… Ekke Overbeeka i Marcina Gutowskiego, mimo, że książka wtedy jeszcze się nie ukazała a reportaż nie został nadany. W tę narrację ochoczo włączył się wspomniany dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, który także nie podjął jakiejkolwiek próby weryfikacji ogłoszonych „rewelacji”.
Dziennikarska nierzetelność nakłada się w tej sprawie na podejmowane ponad siedemdziesiąt lat wcześniej przez bezpiekę próby fałszowania materiałów wobec Księcia Niezłomnego. Aż trudno uwierzyć, że to tylko przypadek? Wygląda raczej na przemyślanie podjętą próbę kontynuacji.
Informacje i wycięte z kontekstu fragmenty ubeckich materiałów w „sprawie” Sapiehy przekazała dziennikarzom profesor Joanna Tokarska-Bakir z Uniwersytetu Warszawskiego, która prawdopodobnie także przyjęła je za pewnik. A sposób pozyskania i wykorzystania tej informacji przez dziennikarzy, przy braku jakichkolwiek prób jej weryfikacji, pokazuje standardy – a raczej antystandardy – przyświecające atakującym Świętego Jana Pawła II.
Degeneraci, agenci, ubecy oraz ich pogrobowcy
Najważniejszymi antybohaterami tej opowieści są ks. Anatol Boczek, wieloletni agent bezpieki o pseudonimie „Luty”, człowiek wysoce zdegenerowany i zdeprawowany, którego sama bezpieka traktowała z rezerwą i pogardą, jako źródło niezbyt wiarygodne, oraz jego oficer prowadzący ppor. UB Krzysztof Srokowski. Tragiczną ofiarą sprawy jest postać ks. Andrzeja Mistata, niegdyś m. in. wikariusza w Papieskich Wadowicach (1960-1963). Dlaczego osoba ks. Andrzeja Mistata jest tu tak istotna? Otóż w okresie tuż powojennym był on osobistym sekretarzem Arcybiskupa Metropolity Sapiehy.
Ks. Anatol Boczek, nienawidzący kardynała Sapiehy, w swoich donosach zmyślał informacje o rzekomych seksualnych ekscesach hierarchy wobec kleryków i młodych księży. Informacje te nie zostały poparte przez żadne inne źródła, mimo, że bezpieka szykująca się w latach czterdziestych do rozprawy z krakowskim Arcybiskupem Niezłomnym skrzętnie zbierała wszelkie, najdrobniejsze nawet zarzuty i posądzenia. Czytając donosy ks. Boczka można odnieść wrażenie, że przekazywał on komunistycznym funkcjonariuszom wyobrażenia swoich niespełnionych fantazji i wynaturzonych skłonności. Ekke Overbeekowi do medialnego wyroku na Sapiehę i Wojtyłę owe Boczkowe donosy wystarczyły. Marcin Gutowski oraz Artur Sporniak donosy ks. Boczka także potraktowali poważnie, ale zapewne ze względu na moralną ocenę donosiciela (alkoholik, degenerat seksualny, agent bezpieki i jeden z gorliwych uczestników komunistycznego ruchu tzw. „księży patriotów”) woleli powołać się na „odpis zeznania” ks. Andrzeja Mistata, podający podobne okoliczności, ale spisane procesowo.
Dziennikarze „GW” i „TP” przyjęli za fakt, że zeznanie owo miało zostać złożone w tzw. procesie Kurii Krakowskiej, który odbywał się w 1953 r., nie zwracając uwagi, że faktycznie datowane jest 10 sierpnia 1949 r. i w oryginale pochodzić miało z akt procesu dotyczącego współpracy ks. Mistata ze Zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość” w 1945 r. oraz jego kontaktów z generałem Władysławem Andersem w Rzymie.
Problem w tym, że owo zeznanie ks. Mistata znane jest tylko w odpisie, a na ślad oryginału nie natrafiono ani w aktach procesu ks. Mistata, ani w żadnych innych przebadanych materiałach. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że oryginał taki istniał, ale został wyłączony przez bezpiekę do jakichś innych akt śledczych czy operacyjnych. Okrutnie sponiewierany i brutalnie złamany w śledztwie ks. Andrzej Mistat mógł nawet taki dokument pod dyktando bezpieki podpisać. Kwestionować prawdopodobieństwo takiego przebiegu wydarzeń może tylko ktoś, kto nie przeszedł przez kazamaty bezpieki.
Sądząc jednak z opisu zarzucanych Arcybiskupowi zachowań seksualnych oraz prawie dokładnej zbieżności tego opisu z informacjami pochodzącymi z doniesień ks. Boczka z tego okresu, bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza, że „rewelacje” ks. Boczka ubrano w formę procesową i podpisano imieniem i nazwiskiem ks. Mistata. Co ciekawe, donos ks. Boczka powstał w 1950 roku ale zawarte w nim „rewelacje” zmaterializowały się w rzekomym zeznaniu ks. Mistata już w roku 1949. Pozwala to na postawienie tezy, że zeznanie owo nie tylko zostało sfałszowane, ale również antydatowane.
Rozkaz – zniszczyć i splugawić
Szczegóły prawdopodobnego sfałszowania „odpisu” owego nie istniejącego w oryginale zeznania ks. Mistata rzetelnie opisali na łamach „Rzeczypospolitej” Tomasz Krzyżak i Piotr Litka w artykule „Skompromitować kardynała”. Wskazali oni, że odpis przygotowany został dla potrzeb ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i skierowany został na ręce płk Julii Brystygierowej, jednej z najważniejszych namiestniczek sowieckich w Polsce, zajmującej się walką z Kościołem katolickim i polską tożsamością narodową. Autorem „odpisu” – a według zawartych w nim informacji, także funkcjonariuszem, który miał odebrać to „zeznanie” – był ppor. Krzysztof Srokowski z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, będący oficerem prowadzącym ks. Anatola Boczka, jako agenta bezpieki. Wszystkie inne, datowane później – i dodajmy, zachowane oryginałach – zeznania ks. Mistata spisali dwaj inni oficerowie WUBP i brak śladów udziału w tym śledztwie ppor. Srokowskiego.
W trzy lata później, po zdefraudowaniu funduszu operacyjnego przeznaczonego na opłacanie agentury Srokowski zdezerterował z resortu i postanowił ukryć się… u ks. Anatola Boczka pełniącego ówcześnie posługę w Poroninie. Ujęty został w restauracji na Gubałówce, podczas zakrapianej kolacji z ks. Boczkiem. Na ławie oskarżonych zasiadł pod zarzutami wspomnianej defraudacji, a także fałszowania dokumentów. Dodatkowymi deliktami były grożenie bronią przechodniom oraz dekonspiracja agenta, z którym pił wódkę w lokalu publicznym. Usunięty z partii i resortu skazany został na pięć lat więzienia, ale faktycznie odsiedział tylko trzy. Patrząc na skalę przestępstw Srokowskiego tak niewielki wymiar kary wydaje się dziwny i każe na sprawę spojrzeć znacznie uważniej. W miłosierdzie resortu wierzyć nie sposób. Tym bardziej, skoro ktoś miałby usiłować oszukać jedną z najważniejszych funkcjonariuszek i sowieckich władczyń w Polsce.
Tomasz Krzyżak i Piotr Litka postawili tezę, że Srokowski ukarany został za sfałszowanie owego „odpisu zeznania” ks. Mistata, czyli próbę wprowadzenia w błąd przełożonych z resortu. Analizując ciąg wydarzeń oraz treść dokumentu i kontekst okoliczności jego opracowania jestem przekonany, że skazanie za owo fałszerstwo było tylko przykrywką mającą uniemożliwić Srokowskiemu ujawnienie faktycznych okoliczności mistyfikacji. W moim przekonaniu fałszywka wykonana została nie w celu wprowadzenia w błąd MBP, ale wręcz na polecenie płk Brystygierowej, w ramach przygotowań do procesu kard. Sapiehy w 1950 r. Do procesu nie doszło, bowiem Książę Niezłomny – w żargonie bezpieki „figurant Sapieha” – zmarł w Krakowie 23 lipca 1951 roku. Dla realizującej sowieckie plany bezpieki, dążącej do pokazowego upokorzenia i unicestwienia polskiego Kościoła, był to niewątpliwie cios. A problemy charakterologiczne Srokowskiego mogły spowodować dekonspirację niezrealizowanego, ale wciąż „ściśle tajnego” planu, jako elementu walki z Kościołem.
Warto w tym miejscu podkreślić, że walka z postacią Księcia Niezłomnego nie zakończyła się z chwilą śmierci kardynała Sapiehy. Funkcjonariusze IV Departamentu MSW do końca istnienia komunistycznego reżimu realizowali to zadanie, po objęciu Metropolii Krakowskiej przez Karola Wojtyłę określane jako „odmitologizowanie postaci kard. A. Sapiehy, a przez to osłabienie autorytetu kard. K. Wojtyły w skali kraju”. To cytat z jednego ze sprawozdań Wydziału IV krakowskiej KWMO. Zainteresowanych odsyłam do lektury akt przechowywanych w zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej.
Umiejętność czytania ze zrozumieniem czyli o braku dobrej woli i daru rozumu
Jest faktem, że zachowane akta komunistycznych organów represji są lekturą specyficzną, a ich czytanie wymaga elementarnego zrozumienia okoliczności ich powstawania i celów, dla jakich były tworzone. Nie jest prawdą, że wszystkie one są fałszywe i falsyfikowały rzeczywistość. Ale właśnie dlatego używanie ich w dyskursie, czy to naukowym, czy publicystycznym, wymaga szczególnej ostrożności i staranności. Wyrywanie z kontekstu pojedynczych sformułowań czy sugestii pasujących do tworzonej narracji, bez analizy całości dokumentu i kontekstu jego wytworzenia oraz przeznaczenia dowodzi, że dziennikarze, a w przypadku kard. Sapiehy także znana pani profesor, albo nie skorzystali z umiejętności czytania ze zrozumieniem, albo niestety nie kierowali się dobrą wolą.
Dokumenty wytwarzane czy gromadzone przez komunistycznych zbrodniarzy działających z upoważnienia sowieckiej Rosji, miały na celu zniszczenie polskiej tożsamości i systemu wartości oraz ludzi, którzy pozostawali tym wartościom wierni. Rosja komunistyczna była tylko jednym z etapów wschodniego imperializmu, którego obecnym wcieleniem jest dzisiejsze imperium Putina, kontynuujące tradycje nienawiści do Polski i do cywilizacji europejskiej. Faktem wiadomym powszechnie jest głębokie przesycenie rosyjską agenturą zarówno Niemiec, Francji i wielu innych państw Zachodu, jak również zbiurokratyzowanych struktur Unii Europejskiej. Jak dowodzą niedawne wydarzenia wokół Parlamentu Europejskiego, pieniądze na agenturalną działalność mogą płynąć z różnych kierunków – choćby i z Kataru. Jednak mocodawca operacji jest niewątpliwie jeden i stale ten sam – postsowiecka i antyeuropejska idea rosyjskiego imperializmu i panowania nad światem. Dla której zawsze polskość podobnie jak katolicyzm były obiektami największej nienawiści.
Czyny pedofilskie są przestępstwem wyjątkowo ohydnym. Zatem autorzy podejmujący tak trudny temat tym bardziej powinni kierować się wolą dojścia do prawdy. Tymczasem zarówno reportaż jak też książka nakierowane zostały nie na ustalenie prawdy, ale na zadanie ciosu postaci Karola Wojtyły – Świętego Jana Pawła II, a także Kościołowi katolickiemu oraz Polsce i polskiej tradycji. Takie ustawienie tematu pokazuje rzeczywiste intencje przyświecające autorom. Wyrok został ustalony wcześniej, w centrali KGB oraz w opiniotwórczych kręgach oświeconego lewactwa Zachodniej Europy. Jeżeli kogoś dziwi połączenie tych dwóch elementów, warto zastanowić się skąd płyną środki na podważanie systemu wartości leżących u podstaw powstania Wspólnoty Europejskiej i komu najbardziej zależy na wewnętrznym rozsadzeniu UE przez promocję w krajach członkowskich antychrześcijańskiej patologii i degeneracji.
W tle obu publikacji leży próba budowania Polski bez szacunku dla Jana Pawła II oraz własnych korzeni i wartości, uległej i ulegającej lewackim manipulacjom. Marcin Gutowski urodził się jeszcze w czasach PRL, dorastał jednak już w wolnej Polsce. Być może nie ma świadomości, że do owej wolności Polski znacząco przyczynił się właśnie atakowany przez niego wyjątkowo zawzięcie a niesprawiedliwie Jan Paweł II. A być może świadomość tę ma, ale ją odrzuca. Ma do tego prawo, ale powinien także mieć poczucie uczciwości i odpowiedzialności. Jednak jego największym autorytetem i równocześnie „wiarygodnym źródłem” wiedzy o Janie Pawle II jest były przełożony benedyktynów oraz arcybiskup jednej z diecezji w USA, usunięty przez Papieża z urzędu Rembert Weakland, który nie tylko pozostawał w „sporze teologicznym” z Janem Pawłem II, ale także osobiście niszczył dowody pedofilii księży w swojej diecezji, a ze środków kurii zdefraudował 450 tys. dolarów, aby opłacać milczenie swojego kochanka.
Natomiast Ekke Overbeek usiłuje przyjąć postawę edukatora i uświadamiacza Polaków. Takie wrażenie można odnieść z wywiadu przeprowadzonego z nim w jesieni 2021 r. Warunków życia w Polsce komunistycznej najzupełniej nie rozumie i chyba zrozumieć nie chce. W jego urojonych wizjach Polacy są rusofobami, obarczonymi traumą plebejskiego i niewolniczego pochodzenia. No cóż, być może jako potomkowi szlachetnych handlarzy niewolników wszystko mu się tak kojarzy. Problem w tym, że nie ma do zaproponowania Polakom nic lepszego, niż to, co Polacy już dawno znają i w dodatku w wersji znacznie lepszej i mądrzejszej niż handlarze niewolników. Jednak każdy, kto przeczyta ze zrozumieniem wspomniany wywiad zauważy, że Ekke Overbeek głosi tezy będące kwintesencją propagandy Kremla wobec obecnej Polski. Zaś swoją opartą na kłamstwie i manipulacji publikacją oferuje Polsce i światu jedynie potwarz i mowę nienawiści.
Argumenty ad meritum
Zwracając uwagę na fałszywość tez przedstawionych przez Marcina Gutowskiego i Ekke Overbeeka et consortes, czyli wszystkich ich kontynuatorów i naśladowców, warto zwrócić uwagę na merytoryczne argumenty potwierdzające nieprawdziwość ich tez.
W toku dyskusji podniesiono m.in. kwestię procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Świętego Jana Pawła II Wielkiego. Procedury tych postępowań wymagają dogłębnego zbadania wszelkich aspektów aktywności publicznej i prywatnej osoby wynoszonej na ołtarze. W procesach badane są wszelkie dokumenty, a zatem także archiwalia kościelne mogące rzucać światło lub wątpliwości na osobę zaliczaną w poczet świętych czy błogosławionych. Gdyby zatem były jakiekolwiek dokumenty mogące poddać w wątpliwość postawę i postępowanie Karola Wojtyły – Jana Pawła II wobec zjawiska i przypadków pedofilii, niewątpliwie zostały one szczegółowo zbadane. Beatyfikacja i kanonizacja Polskiego Papieża świadczy o tym, że postępowanie Jana Pawła II nie budziło wątpliwości, czyli było właściwe.
W ziemskim wymiarze potwierdzeniem właściwej i pełnej troski postawy Karola Wojtyły wobec przypadków pedofilii jest fakt natychmiastowej reakcji w postaci ucięcia możliwości dalszych działań pedofilskich oraz izolowania sprawców i kierowania ich na leczenie psychiatryczne.
Z kolei potwierdzeniem właściwej postawy Jana Pawła II wobec tych zjawisk jest fakt, że niedługo po wyborze na Papieża podjął on działania prowadzące do aktualizacji Kodeksu Postępowania Kanonicznego, którego nowe formuły obowiązują od 1983 r. M.in. uściślono zapisy dotyczące przestępstwa pedofilii i doprecyzowano kryteria ich karania, co w kodeksie z 1917 r. ujmowane było bardziej ogólnie.
Wreszcie najpoważniejszym argumentem, na który zwrócili uwagę tylko nieliczni wypowiadający się w tej sprawie jest dowód wypływający właśnie z materiałów bezpieki, wybiórczo użytych przez Gutowskiego i Overbeeka. Oto gromadząca, przetwarzająca i wytwarzająca owe materiały bezpieka nie postawiła podobnych zarzutów Karolowi Wojtyle. Dlaczego? Przecież imperium sowieckie oraz rodzimi komuniści nienawidzili go wprost zoologicznie. Jak widać mieli jednak pełną świadomość, że zgromadzone przez nich materiały stanowią dowód właściwego postępowania Metropolity Krakowskiego. Nie były to już czasy, w których na ławie oskarżonych posadzono pod fikcyjnymi zarzutami biskupa Czesława Kaczmarka, a Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego z braku szans na oskarżenie izolowano administracyjnie w ośrodkach odosobnienia. Próba pójścia wprost drogą płk Brystygierowej przygotowującej fałszywki przeciwko kard. Sapiesze była w przypadku Wojtyły znacznie trudniejsza. Sfabrykowanie kompromatów, czyli materiałów kompromitujących Karola Wojtyłę zagrożone było ryzykiem zbyt szybkiego ich podważenia, czyli kompromitacji bezpieki. A prawdziwych materiałów świadczących przeciwko Karolowi Wojtyle po prostu nie było.
Bronić, czy nie bronić? Fałszywy dylemat
Polacy, wstrząśnięci „rewelacjami” ogłoszonymi na antypolskie i antyeuropejskie zamówienie stanęli przed dylematem – bronić Jana Pawła II czy uwierzyć w destrukcyjne tezy antypolskich dziennikarzy? Dylemat okazał się pozornym. Nie tylko widoczne gołym okiem manipulacje Marcina Gutowskiego i Ekke Overbeeka oraz autorów idących w ślad za nimi, ale także prawidłowa weryfikacja źródeł, na które się powołują, wskazują jednoznacznie, że choć uderzenie wymierzone zostało brutalnie, to precyzja zarzutów jest żadna. Zachowanie elementarnych zasad dziennikarskiego warsztatu przy rudymentarnej wiedzy na temat dziejów Polaków i Kościoła w czasach PRL pozwoliłoby jednak autorom zachować przynajmniej pozory obiektywizmu. Chyba, że im na tym nie zależało?
Prawdopodobnym założeniem mocodawców owej specjalnej operacji było przyjęcie, że odbiorcy nie będą czytać czy słuchać ze zrozumieniem, ale ulegną sugestiom manipulacji. Nachalność i ohyda postawionych przez publicystów tez jest bowiem odwrotnie proporcjonalna do ich prawdziwości.
Jeżeli spojrzeć z dystansu na całość problemu i zbiór spraw przedstawionych przez Gutowskiego i Overbeeka, widać że są to odosobnione przypadki, zebrane na siłę w jednym miejscu, aby spotęgować wrażenie zła. Owo nagromadzenie zła – informacji o degeneracji i deprawacji, a także fałszywych „świadectw” – zarówno w reportażu jak też książce buduje odczucie, jakby odbiorca zetknął się z szambem. Ten zabieg autorów jest w pełni świadomy, a cel oczywisty – obryzganie owym szambem Świętego Jana Pawła II.
Analiza wszystkich publikacji mających uderzyć bezpośrednio lub pośrednio w Świętego Jana Pawła II jednoznacznie wskazuje, że jest to akcja skoordynowana znacznie dalej niż w redakcji TVN czy komputerze holenderskiego pseudobadacza o proputinowskich skłonnościach. Rączość, z jaką na żer w ślad za tymi publikacjami, a nawet natychmiast po ich zapowiedzeniu, rzucili się inni nieprzychylni Polsce i Polakom dziennikarze czy niektórzy politycy tzw. totalnej opozycji wskazuje, że czekali tylko na komendę i spuszczenie ze smyczy. Bardzo źle w świetle wydarzeń ostatnich tygodni wypadli parlamentarzyści, którzy zamiast jednogłośnie bronić dobrego imienia Świętego Jana Pawła II, czyli polskiej godności, suwerenności i racji stanu, wyciągali z czytników karty do głosowania. Ponownie strzelili sobie w stopę, gdy zamiast odnieść się do sprawy merytorycznie zarzucili swoim konkurentom, że używają osoby Jana Pawła II w kontekście wyborów. Ale może dzięki ujawnieniu intencji owych publikacji i prezentowanych postaw przynajmniej niektórzy myślący ludzie – czytelnicy, słuchacze, wyborcy – zaczną wyciągać wnioski z zachowań i zaangażowań liderów mediów czy tuzów politycznej sceny. Bo opowiedzenie się po stronie Jana Pawła II jest jednoznacznym wyborem dobra i prawdy, zaś relatywizowanie oparte na sowieckich tezach i ubeckich kombinacjach jednoznacznie sprzyja złu.
Święty Jan Paweł II Wielki broni się przed atakami paszkwilantów swoim prawdziwym i niepodważalnym dorobkiem. Nie oznacza to jednak, że społeczeństwo polskie nie powinno bezpośrednio reagować na owe paszkwile. Jak najbardziej powinno, bowiem broniąc dobrego imienia Świętego Jana Pawła II faktycznie bronimy polskiej tożsamości i suwerenności. Zarówno w wymiarze krajowym, jak też wspólnotowym, europejskim. Bronimy autentycznej cywilizacji Zachodu przeciwko najazdowi podszytej nienawiścią mentalności „multi-polit-kulti”, służącej deprawacji Europy i przygotowującej grunt najazdowi ze wschodu. Brońmy zatem Polski przed najazdem ruskiego miru, najazdem nie tylko militarnym, ale także ekonomicznym, informacyjno-propagandowym i każdym innym.
Autor: Michał Siwiec-Cielebon
Dziennikarz, historyk, działacz opozycji antykomunistycznej, wyróżniony nagrodą IPN „Świadek Historii”, wnuk z-cy dowódcy 12. Pułku Piechoty Ziemi Wadowickiej majora Michała Siwca, asystent posła na Sejm RP VIII kadencji dra hab. prof. UP Kraków Józefa Brynkusa, kustosz Muzeum Tradycji Niepodległościowej Ziemi Wadowickiej im. 12 PP.
Zostaw komentarz