Wzrost cen na podstawowe produkty spożywcze połowy Polaków nie obchodzi, bo wykształceni, z wielkich miast i bogaci nie poniżają się, aby patrzeć na ceny bułek czy mleka. Podobnie na ceny paliwa, czynszu itd. Nie muszą się przejmować wzrostem cen leków, uslug medycznych, bo stać ich na to, aby leczyć sie za niemal każdą cenę, a operować za granicą.
Ale teraz i w nich uderzono: podrożały uslugi weterenaryjne. Może ich stać będzie w dalszym ciągu na czipowanie, robienie ekg, kastrowanie i terapię hormonalną suczek i piesków, ale wzrost tego rozaju cen na pewno wbudzi ich oburzenie.
Co innego – stac mnie, co innego „jak można?” No, bo psy bezpańskie nie będą leczone tylko usypiane, a te emeryckie – no cóż! Emerytka będzie musiała wybrać czy ma kupić leki dla siebie lub iść do dentysty, czy kupić leki dla pieska i iść na czyszczenie jego zębów. To straszna alternatywa.
Mleka można nie pić, bo to produkt od gwałconej krowy, cukier to biała trucizna, jaja pochodzą od gwałconych kur, łososie i tak nie dla byle kogo. Byle komu ma wystarczyc na chleb. Wiadomo, że na tym tez przezyje.
Może zreszta pojawi sie przedwojenny obyczaj, ze swiezy chleb i bułeczki beda dla bogatych, a reszta poczeka do wieczora i kupi czerstwy. Podobno zdrowszy.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz