Ostatni dzień naszej wędrówki po helleńskiej ziemi przywitał nas słońcem i przyjemną temperaturą. Przed nami m.in. zwiedzanie uznawanych za jeden ze 100 cudów świata, „zawieszonych w powietrzu” prawosławnych klasztorów (monastyrów), oraz wytwórni ikon bizantyjskich.

Ponieważ udawaliśmy się do klasztorów, nasza przewodniczka Agnieszka już poprzedniego dnia poprosiła, by panie włożyły długie spódnice i miały zakryte ramiona, a mężczyźni byli w długich spodniach.

Kilka klasztorów znajdujących się na szczytach masywu górskiego Meteorów podziwiałam wieczorem z balkonu naszego hotelu w Kalambace. Na tle majestatycznych gór, w promieniach zachodzącego słońca wyglądały wspaniale, a zarazem tajemniczo. Patrząc na nie zastanawiałam się jak się do nich dostaniemy bo żadna kolejka linowa tam nie funkcjonuje. Jak się potem okazało nie było to takie trudne, bo prowadzą do nich wybudowane schody i pomosty.

Rozpoczynając podróż już z daleka widzieliśmy niektóre z nich stojące dumnie na skałach. Przyglądając się im zastanawiałam się ile czasu, ile samozaparcia i energii, ile pracy i wysiłku włożyli mnisi by je wybudować. Przecież trzeba było dostarczyć na samą górę materiały budowlane, wodę i żywność a wówczas nie tylko, że nie było zaawansowanych narzędzi, ale i nie było dróg. Jedyną maszyną przy pomocy której wciągano na górę niezbędne materiały była winda napędzana siłą mięśni.
Po krótkiej jeździe autokarem dotarliśmy do podnórza liczących 6 milionów lat gór zbudowanych z piaskowców i zlepieńców. Nie są one wysokie bo średnia wysokość to ok. 500 m n.p.m.

Na ich szczytach znajdują się klasztory męskie i żeńskie. Najpierw były tylko męskie a później żeńskie. W XVI wieku było ich 24 (każdy na innej skale), do naszych czasów zostało tylko 6. Zamieszkuje je 17 mnichów i 40 mniszek, Do zwiedzania udostępnione są dwa. Wszystkie wraz z całym masywem wpisane są na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO.

Mnisi przybywali zewsząd uciekając przed toczącymi się wojnami znajdowali w wysoko położonych jaskiniach schronienie i bezpieczeństwo, do których można było się dostać tylko wspinając się po linach. Również wszelkie materiały potrzebne do życia wciągane były przy ich pomocy.

Pierwszy zwiedzaliśmy monastyr żeński. Droga do niego nie była zbyt trudna, bo szliśmy schodami co jakiś czas odpoczywając. Im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej zachwycały nas widoki na okolicę i znajdujące się na skałach monastyry. Nie byliśmy jedyną wycieczką. Przed nam była grupa z Polski, tak, że musieliśmy chwilę poczekać by wejść do klasztoru. Czekając przyglądałam się drabince linowej zwisającej z otworu będącego kiedyś wejściem. By przy jej pomocy dostać się do świątyni trzeba było być nie tylko sprawnym fizycznie ale i włożyć sporo wysiłku. Ostatni odcinek drogi prowadził schodami ustawionymi pod dosyć dużym kątem.

Klasztor nie jest duży ale urokliwy. Idąc niedużym ale bardzo ładnym korytarzem uwagę moją przykuło przepięknie obudowane ujęcie źródlanej wody. Na jego końcu znajduje się niedużych rozmiarów pomieszczenie na ścianach którego wisiało kilka ciekawych ikon. Z niego przeszłam na nieduży balkon i siedząc na znajdującej się na nim ławce podziwiałam roztaczający się wspaniały widok na góry i leżącą poniżej dolinę.

Po chwilowym odpoczynku udaliśmy się do kaplicy. Składa się ona z dwóch pomieszczeń których ściany pokryte są niesamowitymi kolorowymi malowidłami przedstawiającymi świętych i biblijne sceny.

Po wyjściu zeszliśmy do podnóża góry gdzie czekał autokar i udaliśmy się do najwyższej i najbardziej wysuniętej skały Meteorów. To na niej zbudowany został największy monastyr męski Wielki Meteor, a właściwie klasztor Przemienienia Pańskiego w którym przechowuje się najwięcej dokumentów i relikwii. Jest najważniejszym a zarazem najstarszym z zachowanych obiektów sakralnych.

Pierwsze wspólnoty religijne powstały tu już w X wieku. Jednak dopiero 400 lat później powstał prawdziwy klasztor – Megalou Meteorou, zwany też Wielkim Meteorem (1336 r). Legenda głosi, że jego założyciel św. Atanazy, na szczyt dostał się na skrzydłach orła. W XIV wieku mnisi stworzyli swoją republikę. Monastyry zgromadziły ogromne skarby, czerpiąc zyski z posiadłości ziemskich w Tesalii, Wołoszczyźnie i Mołdawii. Od XVIII w. klasztory zaczęły podupadać. Był to skutek kłótni opatów, nieumiejętnie budowanych i konserwowanych budynków oraz erozji.

Gdy podjechaliśmy do podnóża góry ruszyliśmy do tego największego monastyru drogą wijącą się wokół niej. Idąc co chwilę zatrzymywaliśmy się bowiem widoki były urzekające. Widzieliśmy m.in., w całej okazałości monastyr żeński który wcześniej zwiedzaliśmy. Przepięknie się prezentował na tle gór i zieleni. Żadne najlepiej wykonane zdjęcia nie oddają panującego klimatu i atmosfery, to trzeba zobaczyć na żywo.

Ostatni odcinek drogi składał się ze schodów które łagodnie wznoszą się w górę nie sprawiają problemów z ich pokonaniem. Zostały wykute dopiero w XX wieku.
Po wejściu na górę wyszliśmy przez bramę na ładny dziedziniec z kolumnową altaną. Roztaczał się z niego przepiękny widok na góry i monastyry.

Ponieważ kościół Przemienienia Pańskiego jest mały musieliśmy trochę odczekać, aż grupa turystów z niego wyjdzie. Czekając w przedsionku można było zapalić świece żółte i białe za żywych i zmarłych członków naszych rodzin. Co też uczyniliśmy.

Już przez otwarte drzwi kościoła widać było, że cała świątynia pokryta jest malowidłami o treści religijnej i bogatej stylistyce. Wchodząc do środka uderza mnie różnorodność fresków. Najstarsze z nich powstały w 1483 r., i znajdują się na ścianach sanktuarium i w kopule, natomiast malowidła w nawie i narteksie pochodzą z 1552 r. Przedstawiają one Bogurodzicę Tronującą, Trzech Mędrców i sceny Męki Chrystusa, historię życia Chrystusa od Narodzenia po spotkanie ze św. Tomaszem i liczne postaci świętych.

Po wyjściu z kościoła udaliśmy się do pomieszczenia w którym znajdowała się licząca sobie kilka wieków drewniana kilkuset litrowa cysterna na wodę. Następnie przeszliśmy do wieży wyciągowej z balkonem z 1520 r., na którą mnisi byli wciągani przy pomocy sieci na górę. Stojąc przy gigantycznych rozmiarów kołowrocie, kilka metrów od niego za naszymi plecami, na ścianie wisiała sieć wykorzystywana do ich transportu.

Niestety zamknięta była kaplica czaszek (ossuarium) w której na drewnianych regałach, spoczywają równo poukładane czaszki dawnych ihumenów (przeorów).

Nasze zwiedzanie monastyru zakończyło się na wieży widokowej. Przewodniczka Agnieszka dała nam czas wolny na zakup pamiątek w przykościelnym sklepiku. Można było kupić w nim prawdziwe skarby: lampiony, ikony, publikacje. Ikony zakupione na terenie klasztoru w którym znajdują się co najmniej 40 dni mają status poświęconych. Ja zakupiłam ikonę św. Pawła, który chociaż na terenie Meteorów nigdy nie przebywał to jednak w Grecji głosił Ewangelię.

Po zakupach udaliśmy się z mężem do małego przykościelnego muzeum sztuki sakralnej. Oglądaliśmy w nim w nim mi.in. ikony w tym XIV-wieczny dyptyk przedstawiający Matkę Bolesną i Chrystusa Cierpiącego, iluminowane manuskrypty, rzeźbione krucyfiksy, relikwiarze i artystycznie haftowane całuny liturgiczne. Niestety po zrobieniu kilku zdjęć okazało się, że jest to zabronione i nie mogliśmy dalej fotografować.

Po wizycie w monastyrach udaliśmy się w dalszą drogę. Kilka razy zatrzymywaliśmy się w miejscach z których rozciągał się wspaniały widok na dolinę i na widoczne w oddali klasztory.

Jadąc dalej dotarliśmy do wytwórni ikon bizantyjskich, przed którą leżały bezpańskie psy. Jak zwykle znalazły się osoby które je głaskały nie zastanawiając się, że są one nieszczepione i pogryzienie grozi kłopotami.

Po przekroczeniu progu wytwórni czekał na nas poczęstunek składający się z greckich win i innych trunków. Niektóre z nich były dosyć mocne. Następnie szef produkcji opowiadał jak powstają ikony. Z warsztatu weszliśmy do sklepu i oniemieliśmy. Półki zastawione były olbrzymią ilością ikon, pięknych waz, zdobionych talerzy. Można było nabyć również srebrną, złotą i metalową biżuterię. Nie mogłam się oprzeć i kupiłam małą ikonę z certyfikatem przedstawiającą naszą Matkę Boską Ostrobramską.

Ze sklepu wyruszyliśmy w dalszą drogę, do Salonik a właściwie Thessalonik. Nazwa tego miasta pochodzi od imienia księżniczki córki Filipa II. Ale zanim tam dotarliśmy czekała nas kilkugodzinna jazda podczas której przewodniczka Agnieszka opowiadania nam historie mijanych okolic. Okolice Larissy słynną z upraw kukurydzy, bawełny, tytoniu i oliwy. Nie ma tu przemysłu, ludzie żyją z rolnictwa i turystyki. Kiwi uprawia się w okolicy Salonik.

Oliwki przyszły z Izraela a bawełna z Krety. Wyroby bawełniane nie są w Grecji drogie. Najlepszej jakości wyroby tekstylne i opatrunki są z upraw w okolicy Olimpu. Odpady wykorzystuje się jako paszę dla zwierząt. Z Polski importuje się pieczarki, jabłka i ziemniaki które na rynku osiągają wysoką cenę. Dopiero od niedawna Grecy odkrywają smak grzybów będących w ich kuchni nowością. Gorące lato trwa 6-m-cy, zdarzają się susze, w związku z tym woda w Grecji jest bardzo droga. Po drodze mijamy najwyższe szczyty masywu Olimpu długości 51 km i szerokości 11 km.

Było wczesne popołudnie gdy dotarliśmy do Thessalonik. Położone są wzdłuż wybrzeża Morza Egejskiego u podnóża góry Chortiatis (1201 m n.p.m.). Miasto zostało założone przez króla starożytnej Macedonii Kasandra. Nazwa pochodzi od imienia jego żony, siostry Aleksandra Wielkiego a córki Filipa II. Za czasów rzymskich było stolicą prowincji, a następnie siedzibą biskupów. W Bizancjum stało się drugim co do rangi miastem po Konstantynopolu. W średniowieczu było często napadane i przechodziło z rąk do rąk. Byli tu krzyżowcy, Wenecjanie a po nich przez 500 lat Turcy. Saloniki były także miejscem rodzinnym Mustafa Kemal Paszy – Atatürka. Na przestrzeni wieków stały się zróżnicowanym etnicznie miastem orientalnym z dużym udziałem ludności żydowskiej, która osiedliła się po wypędzeniu z Hiszpanii. Było nazywane żydowskim miastem, ponieważ zamieszkiwała je największa diaspora żydowska licząca 60 tys mieszkańców.

Po odzyskaniu przez Grecją niepodległości na początku XX wieku i po wysiedleniu ludności tureckiej i Słowian, zaczęli napływać Grecy z Azji Mniejszej.

Saloniki są obecnie najważniejszym miastem północnej Grecji a także głównym ośrodkiem greckiej Macedonii, i dużym ośrodkiem akademickim. Studiuje tu 160 tys studentów w tym z Polski. Jako ciekawostkę można wymienić że nie płaci się za egzaminy poprawkowe.

Nie ma zabytków starogreckich za to sporo bizantyjskich jak np. kościół Hagia Sofija z VIII w. Najbardziej popularny jest jednak kościół-katedra św. Demetriusza z V wieku. Męczennik ten, pochodzący z bogatej rzymskiej rodziny zginął w Salonikach 26.X.306 r., za to, że jako prokonsul będąc chrześcijaninem nie tylko, że nie wykonał rozkazu cesarza Maksymiana (lub Dioklecjana) nakazującego wymordowanie wszystkich chrześcijan w mieście, to jeszcze głosił Ewangelię. Na rozkaz cesarza mając 23 lata został w więzieniu przebity dzidami.

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od wpisanej na listę UNESCO katedry pod wezwaniem św Demetriusza, która jest największym kościołem w Grecji (43,58 m x 33 m.).

Na przestrzeni wieków los jej nie oszczędzał. Wzniesiona w V w. wskutek pożaru uległa częściowemu zniszczeniu w VII w. Po odbudowie na początku X w. została rozgrabiona podczas najazdu arabskiego na miasto oraz w XII w podczas najazdu normańskiego. Po zajęciu miasta przez Turków w 1493 roku świątynia została przekształcona w meczet, a nagrobek św. Demetriusza został z niej usunięty. Gdy Saloniki w 1912 zostały przyłączone do Grecji, powróciła do kościoła prawosławnego. Pięć lat później w 1917 roku podczas wielkiego pożaru miasta uległa niemal całkowitemu zniszczeniu, została odrestaurowana w pierwotnej postaci.

W świątyni szczególnym kultem otaczane są relikwie św. Demetriusza. Według przekazów od IX wieku do momentu przekształcenia budynku w meczet nieustannie wydzielały one, w niewytłumaczalny sposób, wonny olej. Po 1912 zjawisko to miało powtarzać się tylko sporadycznie.

Z katedry udaliśmy się pod szesnastowieczną Białą Wieżę znajdującą się przy nadmorskiej promenadzie. Ze względu na rozmiary 30 m wysokości i 10 m średnicy widać ją było z daleka. Nie jest szczególnie imponującą budowlą. Była częścią fortyfikacji miejskich, zbudowanych przez Turków po zajęciu przez nich miasta w 1430 r. Służyła im jako garnizon, więzienie oraz do końca XIX wieku jako miejsce publicznych egzekucji.

W 1826 roku stała się miejscem kaźni janczarów zbuntowanych przeciw sułtanowi Mahmudowi II. Z tego powodu miejsce to zostało nazwane Krwawą Wieżą. Po przejęciu w 1912 r., Salonik przez Greków, aby pozbyć się odium rzezi budynek został przemalowany na biało jako symbol oczyszczenia i nazwany Białą Wieżą.

W jej wnętrzu mieści się muzeum sztuki bizantyjskiej, posiadające bogatą kolekcję ikon, mozaik, zabytków sztuki sakralnej oraz przedstawiająca życie codzienne w Bizancjum. Dach wykorzystywany jest jako taras widokowy. Ze względu na ograniczenia czasowe do środka nie wchodziliśmy.

Następnie przeszliśmy do znajdującego się nieopodal pomnika Aleksandra Macedońskiego. Idąc do niego nadmorskim bulwarem minęliśmy drzewa z gorzkimi pomarańczami, które pamiętam z okresu gdy mieszkałam we Wrocławiu, bo rosły na jednej z wrocławskich ulic. Zawsze zastanawiałam się jak to się dzieje, że mimo siarczystych mrozów jakie bywały w latach 70-tych i 80-tych drzewa te nie wymarzły.

Po kilku minutach doszliśmy pod pomnik. Został on wykonany z brązu i odsłonięty w roku 1974. Jest wspaniałą kompozycją konia i wojownika. Przedstawia Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego) dosiadającego swojego konia Bucefała. Choć Aleksander niczym nie zasłużył się w historii miasta jest tu uwielbiany.

Już z daleka gdy go po raz pierwszy zobaczyłam zrobił na mnie duże wrażenie. Gdy podeszłam bliżej zachwyciła mnie jego kompozycja. Robi on odczucie niezwykłej lekkości a zarazem twardości. Warto zobaczyć na własne oczy pięknego konia stającego na dwóch nogach z dosiadającym go lekko Aleksandrem którego wierzchnia szata powiewa nad ramionami. Pomnik znakomicie się prezentuje zarówno z oddali jak i bliska zwłaszcza na tle otwartej przestrzeni i błękitnego Morza Egejskiego. Szkoda było opuszczać to urocze miejsce.

Następnie droga nasza wiodła do pozostałości starożytnej Grecji, Łuku Triumfalnego cesarza Galeriusza. Wzniesiono go po zwycięstwie cesarza nad Persami pod koniec III w. n.e. Powstał przy głównym skrzyżowaniu najważniejszych arterii miejskich w starożytności. Był tu kiedyś pasaż prowadzący do pałaców i hipodromu – dziś pozostał jedynie fragment. Do czasów dzisiejszych pozostały trzy z ośmiu elementów, składających się na całą budowlę.

W najwyższym miejscu miał 12,5 m wysokości i prawie 10 m szerokości. Na filarach łuku przedstawiono płaskorzeźby scen bitewnych. Z dalszej odległości nie widać upływu lat, jednak gdy podeszłam bliżej widać było jego działanie. Marmurowe płaskorzeźby które są jego ozdobą na skutek oddziaływania deszczu, wiatru i słońca tracą kształty i rysy. W miarę dobrze zachowany po wewnętrznej stronie łuku. Mimu upływu wieków robi wrażenie. Miło jest oglądać tak piękne zabytki, chociaż nie jest to miejsce przy którym należy spędzić kilka godzin, ale kilkadziesiąt minut jest przyjemnie, słuchając słów przewodniczki ,która tłumaczyła nam co przedstawiają poszczególne płaskorzeźby. Będąc w Salonikach nie można go przegapić.

Ponieważ znajduje się on w samym centrum miasta, przy głównej ulicy w Salonikach jest ciekawy efekt połączenia starożytnej historii ze współczesnością.
Ma to też złe strony, bowiem oprócz warunków atmosferycznych w coraz większym stopniu oddziałują na niego spaliny i drgania od przejeżdżających pojazdów. By mogły się cieszyć nim przyszłe pokolenia wymaga on większej ochrony.

Spod Łuku Triumfalnego Galeriusza udaliśmy się pieszo do znajdującej się nieopodal Rotundy o sześciometrowej grubości ścianach, wybudowanej przez tego samego cesarza. Miała ona być jego grobowcem (mauzoleum) ale zmarł podobno na nowotwór genitaliów i został pochowany w Felix Romuliana, swojej posiadłości niedaleko dzisiejszego Zajecaru w Serbii.

Rotunda będąca najstarszą budowlą zachowaną w Salonikach miała burzliwą historię. Po okresie prześladowań chrześcijan i nawróceniu się cesarza na łożu śmierci – pod koniec IV wieku została przemieniona w kościół chrześcijański Agios Georgios, następnie od XVI w. meczetem i ponownie kościołem chrześcijańskim (dziś kościół Św. Jerzego). Trzęsienie ziemi jakie nawiedziło Saloniki w 1978 roku poczyniło w nim ogromne szkody.

Już z daleka widać było jasnoróżowy wielki okrągły imponujący budynek z przylegającym do niego wysokim i smukłym minaretem (jedyny ocalały do obecnych czasów).

Gdy weszłam do środka byłam zaskoczona jego kubaturą. Jest imponująca. Odniosłam wrażenie, że jest ona większa od wewnątrz niż na zewnątrz. Zaskoczył mnie swoim bardzo surowym wnętrzem, brakiem ławek (co stwarza wrażenie pustki), panującą ciszą i niską temperaturą. Ołtarz jest skromny, na ścianach i kopule są małe fragmenty mozaik postaci świętych i męczenników, a także ptaków: kuropatw, pawi i kaczek, głównie w kolorze niebieskim i złotym.

Za czasów osmańskich były zamalowane. Żałowałam, że nie zabrałam lornetki by zobaczyć szczegóły tych bizantyjskich arcydzieł, zwłaszcza na suficie. Wnętrze charakteryzuje się niesamowitą akustyką, słychać najmniejszy szmer. Mieliśmy szczęście, że mogliśmy wejść do środka, bo z tego co przeczytałam po odnowieniu został niedawno otwarty dla publiczności.

Mimo, że ten fascynujące kawałek historii położony jest w samym sercu Salonik, nie dociera do środka wielkomiejski hałas. Ze względu na historię, ciekawą architekturę i swoisty kształt jest jedną z największych zabytkowych osobliwości miasta godną odwiedzenia.

Wizyta w Rotundzie była ostatnim oficjalnie miejscem w programie naszego zwiedzania w dniu dzisiejszym.

Powoli idąc ulicami miasta doszliśmy do miejsca, gdzie czekał na nas autokar mający nas zabrać do hotelu jak się okazało najlepszego z dotychczasowych podczas naszej wędrówki. Zaczął zapadać zmrok, ale wieczór był ciepły i niektórzy z nas planowali wieczorem pieszo udać się pod pięknie oświetloną Białą Wieżę. Początkowo i my z mężem mieliśmy ochotę na tę małą wyprawę, jednak przygotowanie bagażu do powrotu do Polski się przeciągnęło i zrobiło się zbyt późno na spacer. Nasza podróż rozpoczęła się w Salonikach i w Salonikach się zakończyła. W czasie tej fantastycznej wycieczki odwiedziliśmy wiele wspaniałych miejsc i widzieliśmy cudowne zabytki starożytnej Grecji. Polecam wszystkim podróż po klasycznej Grecji bo jest co oglądać. Przedstawiona poniżej mapa pokazuje trasę naszej wędrówki.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk