Słowa prawdy – wielu lekarzy ma znacznie więcej pracy i wypełnia obowiązki z pełnym poświęceniem. Inni wolą teleporady.

Teleporady są w wielu sytuacjach świetnym rozwiązaniem, ale trzeba czasu i umiejętności, by poprzez rozmowę telefoniczną zrobić dobrą diagnostykę różnicową objawów chorobowych. To bardzo trudne, szczególnie, że pacjenci nie rozumieją znaczenia objawów np.vo to jest duszność… Trzeba zachować dużą ostrożność w interpretacji zgłaszanych zaburzeń.

Pacjent i jego rodzina są często niezadowoleni z właściwie przeprowadzonej teleporady, bo czują się dalej niepewnie i mają poczucie lęku. Ich ocena naszej pracy może być negatywna, mimo prawidłowej decyzji lekarskiej. Bywa, że trafiają niepotrzebnie na SOR, by „sprawdzić” diagnozę.
Narasta rozczarowanie i brak zaufania. To nie zniknie po zakończeniu epidemii.

Warto przeczytać co pisze dr n. med. Ada Rozewicz, ceniona lekarka rodzinna z Rudy Śląskiej!

To co napiszę nie dotyczy wszystkich lekarzy, mam wielu znajomych medyków, pracujących ciężko w szpitalach i w poradniach, nie do Was kieruję tych kilka zdań wściekłości, naprawdę wiem że pracujecie ciężko, często na granicy wytrzymałości.  Złość, irytację kieruję do części kolegów i koleżanek, zwracam się w ten sposób bo podobnie jak ja i wielu jesteście przynajmniej z nazwy lekarzami.

Wiele mam ostatnio wizyt domowych, z reguły u starszych osób, badam pierwszy raz, bo przed chwilą złożyli do mnie deklaracje. Przenieśli się, bo „były” lekarz, przepraszam za brzydkie słowo „ich olał”. Sądzicie, że można obłożnie chorych, często w wieku senioralnym, leczyć tygodniami przez telefon.

Co z Wami się stało?!
Wielokrotnie jestem na wizytach domowych u chorych nie na covid, po prostu zaniedbanych medycznie, czasami już nie mam wyjścia kieruję do szpitala, nie mam szans ustabilizować chorego. Hospitalizacji można było uniknąć, wystarczyło zbadać pacjenta kilka dni wcześniej, zalecić leczenie.

Czułam wstyd, gdy w ubiegły piątek w czasie wizyty domowej usłyszałam od rodziny, że w poprzedniej poradni, prosili dwie lekarki o pomoc u Pacjenta niechodzącego, odmówiły, bo cytuję „nie wiecie, że nie chodzimy na wizyty domowe jest Covid!”

Tu ciśnie się na usta brzydkie słowo, a kiedy zamierzają chodzić?! Nie dziwię się, że ratownicy medyczni pogotowia ratunkowego mają nas lekarzy dość, gdy wielokrotnie jeżdżą do przypadków, którymi nie oni powinni się zajmować.

Koledzy i koleżanki, zwracam się tylko do tych, którzy nie potrafią odkleić się od słuchawki telefonicznej i tylko ten jeden rodzaj porad akceptują, ruszcie tyłki! Jest epidemia! Kiedy jak nie teraz?! Powinniśmy być przy naszych chorych!

Medycyna rodzinna to jedna z najpiękniejszych specjalizacji, przez lata pracy nawiązujemy wiele ciepłych więzi z naszymi pacjentami. Pamiętam jak w przeszłości, jeszcze przed czasami zarazy kolejno badałam cztery Panie, cztery pokolenia z jednej rodziny. Najstarszą opiekuję się niemal od początku mojej pracy zawodowej.

To piękna specjalizacja, jedyna w swoim rodzaju. Jesteśmy zobowiązani, własnym poczuciem nie obowiązku ale przyzwoitości, być obecnie z naszymi chorymi.

Zastanawiałam się dlaczego to robicie, z lenistwa, wygody, bo można oszczędzić na badaniach? Jeśli tak jest, to nie nazwę was moimi kolegami i koleżankami, nie zasługujecie by nazywać was lekarzami, lekarkami.

Jeśli zachowujecie się tak ze strachu, rozumiem, ale przecież to nie wirus Ebola, nie MERS, śmiertelność jest wielokrotnie mniejsza, jesteście profesjonalistami, wiecie jak się zabezpieczyć. Bywa w życiu, nie tylko w okresie epidemii, niekiedy trzeba pokonać własny strach.

Jeśli wszyscy będziemy robić, to co powinniśmy, tych wizyt domowych nie będzie wiele. Jeśli jednak dalej pozostaniecie przyspawani do słuchawki telefonicznej, to gdy zaraza zniknie, pacjenci wam tego nie zapomną, nigdy nie odzyskacie straconego zaufania.

Autor: dr n. med. Ada Rozewicz
Lekarz rodzinny z Rudy Śląskiej.

 

 

Fot. Markysz Dawid / Edytor – zdjęcie wprowadzajace opublikowano na zasadzie cytatu zgodnie z prawem prasowym za Fakt.pl, pozostałe zdjęcia Facebook.