Czasami wystarczy jedno zdanie, żeby otworzyły się drzwi do przeszłości. Tak było ze mną, kiedy usłyszałem rozmowę poseł Marii Kurowskiej w programie Pawła Lisickiego. Tą ta posłanka od protestu w Akademii Wymiaru Sprawiedliwosci i od starć z Cudakiem Pani Kurowska była burmistrzem Jasła w latach 2006-2010, więc kiedy mówiła o swoim mieście, słuchałem jej trochę inaczej.
Dlaczego?
Nagle odkryłem, że słucham nie tylko historii Jasła. Słucham kawałka własnego życia.
Jasło ma historię, o której trudno mówić bez emocji. Jesienią 1944 roku Niemcy wysiedlili mieszkańców, a następnie rozpoczęli grabież i systematyczne niszczenie miasta. Wywożono wyposażenie domów, maszyny i inne mienie. Według dokumentów z Jasła wywieziono 1020 wagonów mienia. Potem specjalne oddziały niemieckie wysadzały kolejne budynki. Jeden za drugim.Niszczenie trwało miesiącami. Miasto zostało zniszczone w około 97 procentach.To nie była więc tylko wojna, która przeszła przez Jasło.
To było miasto ograbione, wysiedlone i niemal starte z powierzchni ziemi.
Z ponad 1200 miejskich budynków 704 zostały całkowicie zniszczone, a 487 częściowo. W centrum ocalało zaledwie kilka obiektów.
A jednak Jasło przetrwało.
I właśnie wtedy historia miasta zaczęła mieszać się w mojej głowie z moją własną historią.
Bo jak ja właściwie trafiłem do Jasła?
Byłem wtedy młodym chłopakiem z Wrocławia. Uczyłem się w Technikum Chemicznym . Grałem w siatkówkę, trenowałem wyczynowo, jeździłem na obozy,zawody, mecze. Byłem jednym z tych młodych ludzi, których wojsko już sobie wcześniej gdzieś tam planowało umieścić.Sportowiec to wiadomo do desantu. Jednak
politycznie byłem, delikatnie mówiąc, mało dla nich wygodny.
Na pochody pierwszomajowe w szkole nie chodziłem. Pamiętam nawet, jak mówiono: „Albert i tak nie pójdzie, nie dawajcie mu żadnej szturmówki”.
Kiedy więc przyszła komisja wojskowa, zaczęło się ustalanie, co ze mną zrobić.
„Ty chyba pójdziesz do Marynarki Wojennej na trzy lata”.
Popatrzyłem na nich.
„Gdzie do Marynarki? Ja nawet pływać nie umiem. Mam wstręt do wody”.
No i znaleziono rozwiązanie.
Skoro sportowiec, młody, sprawny, to może kurs spadochronowy.
I tak z Wrocławia trafiłem na Podkarpacie, do Jasła. Daleko od domu, w zupełnie inny świat.
Tam zaczęła się moja przygoda ze spadochronem.
Pamiętam lotnisko, godziny ćwiczeń, składanie spadochronów, treningi na tak zwanym małpim gaju. Pamiętam nocne warty na obrzeżach lotniska, kiedy chodziliśmy z nożami szturmowymi, pilnując terenu.
I pamiętam instruktora. Był to człowiek, który walczył w Wietnamie i miał na koncie ponad trzy tysiące skoków spadochronowych. Nigdy się nie uśmiechał. Dla młodego chłopaka był kimś niemal z innego świata.
A potem przyszedł czas na prawdziwe skoki.
AN-2.
Wysokość około 1500 metrów.
Samolot, otwarte drzwi i moment, kiedy trzeba było wyskoczyć.
Pamiętam nawet, czego bałem się najbardziej.
Nie budynków. Nie drzew. Nawet nie linii wysokiego napięcia.
Bałem się szklarni.
Sądzę, że każdy, kto skakał ze spadochronem, miał w głowie swoje własne wyobrażenia o tym, co może pójść nie tak. Wiatrowskaz i inne elementy szkolenia pozwalały określać kierunek wiatru, ale wiatr potrafił się zmieniać i znosić skoczków poza planowane miejsce lądowania.
A ja patrzyłem na te szklarnie i myślałem o jednym.
O prętach.
Wiedziałem, że przy lądowaniu na budynku można próbować odpowiednio zareagować. . Na wodzie też łatwo się wybronić. Wiedziałem, co robić w różnych sytuacjach. Ale szklarnia? Szkło i metalowe konstrukcje? Wyobraźnia młodego człowieka potrafi być czasami bardziej przerażająca niż rzeczywiste niebezpieczeństwo.
I w końcu wyskoczyłem.
1500 metrów nad ziemią.
Pode mną Jasło i cała okolica.
Patrzyłem na miasto z góry.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że kilkadziesiąt lat wcześniej to samo miasto zostało niemal doszczętnie zniszczone przez Niemców. Nie znałem wtedy tych liczb. Nie wiedziałem o 1020 wagonach wywiezionego mienia. Nie wiedziałem, że mieszkańcy wrócili do miejsca, w którym często nie było już ich domów.
Po prostu patrzyłem.
Młody chłopak ze spadochronem nad miastem.
I ten obraz mam do dzisiaj.
Jest jeszcze jeden jasielski szczegół, który pojawia się w opowieściach o mieście. „Dąb Hitlera”. Nie traktuję tej historii jako pewnego faktu historycznego, raczej jako lokalną opowieść, która przez lata funkcjonuje w pamięci mieszkańców. I kiedy o nim usłyszałem, pomyślałem sobie zupełnie niehistorycznie:
Mam przecież kominek.
Drewna nigdy za wiele.
Chętnie bym ten dąb porąbał i spalił.
Oczywiście żartuję. Niech sobie rośnie. Niech przypomina, że historia czasami zostawia po sobie nie tylko pomniki, ale także drzewa, legendy i pytania.
A mnie najbardziej zostało coś innego.
To niezwykłe uczucie, kiedy słuchasz czyjejś opowieści o mieście i nagle odkrywasz w niej siebie.
Maria Kurowska mówiła o Jaśle.
Ja usłyszałem swoje Jasło.
Lotnisko. Spadochron. AN-2. Nocne warty. Instruktor, który nigdy się nie uśmiechał. Strach przed szklarnią. I wreszcie ten moment, kiedy otworzył się spadochron, a pode mną, 1500 metrów niżej, pojawiło się całe miasto.
Miasto, które miało już za sobą swoją straszną historię.
I może właśnie dlatego, kiedy po tylu latach usłyszałem opowieść o Jaślee
wróciłem tam również ja.
Młody Albert.
Ze spadochronem na plecach.
Patrzący z wysokości 1500 metrów na kawałek Polski, nie mając jeszcze pojęcia, jak wiele historii kryje się pod nim.
I chyba właśnie dlatego czasami warto słuchać cudzych wspomnień.
Bo nigdy nie wiemy, kiedy w cudzej historii odnajdziemy własne życie.

Koloryzacja foto i kolaż AI.