Wykładowca UKSW w Warszawie wystosował list otwarty do Prezydenta RP Karola Nawrockiego (czytaj tutaj). – „Rezygnuję z tytułu profesora” – pisze prof. dr hab. Radosław Zenderowski, stawiając mocne pytania o kondycję polskiej nauki. W rozmowie z Krzysztofem Sitko mówi o jakości habilitacji, akademickim konformizmie, zagranicznych ścieżkach awansu, środowiskowych zależnościach i cenie odwagi. – „Nie chcę należeć do tych, którzy wiedzieli i wybrali milczenie” – podkreśla.

Krzysztof Sitko: Napisał Pan do Prezydenta RP, że jest gotów symbolicznie zrezygnować z tytułu profesora. Co dokładnie musiało się wydarzyć w polskiej nauce, żeby człowiek, któ-ry przez ponad 30 lat budował dorobek naukowy, doszedł do wniosku: „ten tytuł przestaje mieć dla mnie sens”?

Prof. dr hab. Radosław Zenderowski: Nie powiedziałbym, że tytuł profesora przestał mieć dla mnie sens. Przeciwnie. Właśnie dlatego, że ma dla mnie bardzo duże znaczenie, zdecydowałem się na tak radykalny gest. Gdyby był mi obojętny, nie pisałbym do Prezydenta Rzeczypospolitej i nie narażał-bym się na całą tę dyskusję. Przez ponad trzydzieści lat funkcjonowania w świecie nau-kowym byłem przekonany, że tytuł profesora nie jest wyłącznie kolejnym szczeblem ka-riery zawodowej. To powinien być znak szczególnego zaufania do człowieka nauki. Nie tylko do jego liczby publikacji, cytowań czy projektów, ale również do sposobu, w jaki traktuje prawdę – wartość pierwszorzędną, nawet jeśli obnaża ona nasze deficyty, wła-sność intelektualną, studentów i innych badaczy. Mój protest jest więc paradoksalnie protestem w obronie profesury, a nie przeciwko niej. Jeżeli bowiem zaczniemy akcepto-wać sytuację, w której poważne pytania dotyczące rzetelności naukowej pozostają bez odpowiedzi, procedury są traktowane jako formalność, a środowisko reaguje milcze-niem, wówczas tytuł profesora będzie stopniowo tracił swoją symboliczną wartość. Nie chcę uczestniczyć w takim procesie w milczeniu. Nie chcę przyłączać się do milczenia. Dostałem trochę maili i telefonów od profesorów (ale niezbyt dużo), z poparciem mojej postawy ale z prośbą o zachowanie dyskrecji. To coś też mówi o środowisku.

Czy Pana decyzja jest przede wszystkim protestem przeciwko konkretnej sprawie Barbary Mróz-Gorgoń, czy też ta sprawa była tylko kroplą, która przelała czarę?

– Zdecydowanie traktuję tę sprawę jako punkt wyjścia, a nie jako jedyny przedmiot mojego zainteresowania. Nie jestem sądem i nie zamierzam wydawać wyroku w sprawie pani Barbary Mróz-Gorgoń. Od początku powtarzam coś zupełnie innego: pojawiły się pu-blicznie poważne pytania dotyczące standardów akademickich, więc instytucje powo-łane do ochrony tych standardów powinny te pytania wyjaśnić. Na podstawie dokumen-tów, spokojnie, rzeczowo i transparentnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek zadający pytanie słyszy w odpowiedzi… ciszę. Bo ta cisza zaczyna dotyczyć już nie jed-nej osoby. Zaczyna dotyczyć tzw. systemu, na który uwielbiają powoływać się ci, którzy zamierzają rozmyć odpowiedzialność. Sprawa Barbary Mróz-Gorgoń stała się dla mnie impulsem do zadania znacznie szerszego pytania: czy polskie środowisko naukowe posiada jeszcze zdolność samooczyszczenia? Czy jesteśmy w stanie powiedzieć: sprawdzamy, wyjaśniamy, publikujemy dokumenty i niezależnie od pozycji zawodowej czy towarzyskiej zainteresowanej osoby stosujemy te same standardy? Czy jesteśmy w stanie stanąć przed sobą i przed społeczeństwem, które nas utrzymuje, w prawdzie, na-wet tej najtrudniejszej, żeby tym samym rozpocząć proces oczyszczania się z tego, czego nigdy nie powinno było być w nauce. Tego właśnie oczekuję.

Już 22 sierpnia 2026 roku wystąpił Pan o udostępnienie dokumentacji postępowania habilitacyj-nego Barbary Mróz-Gorgoń. Czego konkretnie chce Pan się dowiedzieć?

– Interesują mnie przede wszystkim fakty. Chcę zobaczyć, jaki dorobek został przedsta-wiony w postępowaniu, co uznano za główne osiągnięcie naukowe, w jaki sposób oce-niali je recenzenci, jakie argumenty pojawiały się w recenzjach i dyskusji oraz na jakiej podstawie podjęto określone decyzje. Nie szukam jednego dokumentu, na którym ktoś przybije pieczątkę: „wszystko było w porządku”. W nauce tak się nie dochodzi do prawdy. Dowodem prawidłowości procedury byłaby dla mnie przede wszystkim jej pełna przej-rzystość i spójność: rzetelne recenzje odnoszące się do rzeczywistego dorobku, jasne uzasadnienia, brak istotnych rozbieżności między tym, co przedstawiono jako osiągnię-cie naukowe, a tym, czym ono rzeczywiście było, oraz możliwość odtworzenia toku po-stępowania. Jeżeli dokumentacja pokaże, że wszystko odbyło się zgodnie z wysokimi standardami, trzeba będzie to uczciwie powiedzieć. Jeśli pokaże coś innego – również trzeba będzie mieć odwagę to powiedzieć. Na tym polega uczciwość.

Czy Pana zdaniem polski system awansów naukowych potrafi skutecznie zweryfi-kować dorobek kandydata, czy zbyt często opiera się na zasadzie środowiskowego „znamy się, ufamy sobie, nie róbmy sobie krzywdy”?

– Formalnie mamy rozbudowany system. Mamy recenzentów, komisje, rady dyscyplin, procedury, uchwały. Papieru nam nie brakuje. Problem polega na tym, że żadna proce-dura nie jest lepsza od ludzi, którzy ją stosują. Możemy stworzyć najbardziej szczegóło-wą ustawę, ale jeżeli recenzent uzna, że nie warto zadawać trudnych pytań koledze, zna-jomemu czy osobie posiadającej silną pozycję środowiskową, to system przestaje dzia-łać. W małych środowiskach naukowych niemal wszyscy się znają. To jest naturalne. Nie jest, a raczej nie powinno być, założenie, że z tej znajomości ma wynikać taryfa ulgowa. Nauka zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się zasada: „nie róbmy sobie krzywdy”. Nauka opiera się bowiem na krytyce.

Gdzie kończy się środowiskowa solidarność, a zaczyna środowiskowe przyzwole-nie?

– Solidarność powinna oznaczać pomoc człowiekowi w sytuacji niesprawiedliwego ataku, a nie ochronę przed uzasadnionymi pytaniami. Jeżeli mój kolega zostaje niesłusznie oskarżony, mam obowiązek stanąć w jego obronie. Ale jeśli pojawiają się poważne wątpliwości dotyczące jego działalności naukowej, moim obowiązkiem nie jest ich uciszanie. Moim obowiązkiem jest powiedzenie: wyjaśnijmy je. Najbardziej niebezpieczna jest solidarność rozumiana jako swoista akademicka omertà: ty nie pytasz o mnie, ja nie pytam o ciebie. W ten sposób środowisko może przez lata produkować pozory wysokich standardów, podczas gdy realnym standardem staje się wzajemna ochrona. Profesor powinien umieć powiedzieć „nie”. Zwłaszcza wtedy, gdy powiedzenie „tak” byłoby wy-godniejsze. W nauce powinna obowiązywać nierozłączna koniunkcja: prawda i odwaga.

Czy Rada Doskonałości Naukowej, Polska Akademia Nauk, KRASP i uczelnie mają wystarczające narzędzia, aby reagować na podejrzenia nierzetelności naukowej?

– Myślę, że problemu nie można sprowadzić do braku kolejnego paragrafu albo kolejnej komisji. Instytucji mamy dużo. Regulacji również. Znacznie trudniejsze pytanie brzmi: czy istnieje rzeczywista wola korzystania z dostępnych instrumentów także wtedy, kiedy sprawa jest niewygodna? Najłatwiej reagować na przewinienie doktoranta, ad-iunkta albo człowieka bez silnego zaplecza środowiskowego. Prawdziwym testem dla instytucji jest natomiast sytuacja, gdy pytania dotyczą osoby znanej, wpływowej lub po-siadającej rozbudowaną sieć relacji. Standard etyczny poznaje się właśnie po takich przypadkach. Nie po tym, jak system traktuje słabych. Po tym, czy potrafi stosować ta-kie same zasady wobec silnych. Nie ukrywam, że jestem rozczarowany brakiem należy-tej reakcji na ewidentne przewinienie ze strony wspomnianych instytucji.

Czy polska nauka cierpi dziś bardziej na brak procedur, czy na brak ludzi gotowych powiedzieć głośno, że coś jest nie tak?

– Zdecydowanie bardziej niepokoi mnie deficyt odwagi. W polskiej nauce króluje „święty spokój”. Konformizm wyhodowany na nędznych pensjach i przeroście biurokracji. Pro-cedura sama z siebie nikogo nie ochroni. Dokument sam nie zada pytania. Regulamin nie podniesie ręki podczas posiedzenia rady dyscypliny i nie powie: „proszę państwa, coś tutaj się nie zgadza”. Robią to ludzie. I tutaj wracam do kwestii odpowiedzialności profesora wobec studentów. Jak mam wejść na salę wykładową i mówić młodym lu-dziom o plagiacie, uczciwości, odpowiedzialności za słowo, o konieczności podawania źródeł i poszanowaniu własności intelektualnej, jeśli jednocześnie wobec poważnych problemów własnego środowiska miałbym stosować zasadę: nie widzę, nie słyszę, nie mówię? Student natychmiast wyczuje taką hipokryzję. Autorytetu nie buduje się tytułem przed nazwiskiem. Buduje się konsekwencją między tym, czego się uczy, a tym, jak się samemu postępuje. Autorytet buduje się po tym, co jest po nazwisku. Na świadectwie.

Czy tytuł profesora w Polsce jest jeszcze potwierdzeniem najwyższej jakości do-robku naukowego, czy stał się również elementem akademickiego kapitału – poli-tycznego, zawodowego i finansowego?

– Oczywiście, że tytuł profesora jest również kapitałem symbolicznym. Otwiera różne drzwi, daje prestiż, wpływa na pozycję zawodową, ułatwia dostęp do pewnych funkcji, gremiów czy projektów. Nie ma w tym niczego złego, dopóki ten kapitał jest konsekwen-cją rzeczywistego dorobku. Problem zaczyna się wówczas, gdy odwracamy kolejność: kiedy najpierw pragniemy prestiżu i pozycji, a dopiero później szukamy sposobu, żeby formalnie je uzasadnić. Dla mnie profesura zawsze oznaczała przede wszystkim zobo-wiązanie. Im wyżej człowiek znajduje się w hierarchii akademickiej, tym mniej powinien domagać się taryfy ulgowej. Powinno być dokładnie odwrotnie: profesor powinien zga-dzać się na bardziej wymagające standardy wobec siebie niż wobec swoich studen-tów. Każdy swój wykład rozpoczynam od słów: możecie i mam nadzieję, że będziecie mądrzejsi ode mnie. Mówię to z wrodzonej pokory ale przede wszystkim z odpowie-dzialności za przyszłość młodych ludzi. I muszę powiedzieć, że zbieram w związku z tym plon stukrotny.

Przez lata szczególne emocje budziły słowackie docentury i ich relacja z polską habilitacją. Czy zagraniczny stopień powinien być traktowany jako odpowiednik pol-skiego awansu, jeśli wymagania znacząco się różnią?

– Jestem zdecydowanym zwolennikiem umiędzynarodowienia nauki, ale umiędzynaro-dowienie nie może oznaczać turystyki awansowej. Nie powinno być tak, że naukowiec wybiera kraj czy uczelnię nie dlatego, że znajduje tam wybitne środowisko badawcze, lecz dlatego, że procedura jest łatwiejsza, szybsza albo mniej wymagająca. Jednocze-śnie trzeba bardzo uważać z generalizowaniem. Nie wolno powiedzieć: stopień uzyskany na Słowacji, w Republice Czeskiej, Bułgarii czy jakimkolwiek innym państwie jest z defi-nicji gorszy. To byłoby zarówno niesprawiedliwe, jak i intelektualnie prymitywne. Trzeba badać konkretne procedury, konkretne wymagania i konkretny dorobek. Jeżeli dwa do-kumenty mają wywoływać podobne skutki prawne i zawodowe, powinniśmy mieć moż-liwość odpowiedzi na proste pytanie: czy stoją za nimi porównywalne wymagania ja-kościowe? Jeżeli nie – mamy problem. Żeby była jasność – znam osobiście kilka osób, które zrobiły habilitację na Słowacji, a które mają naprawdę pokaźny i wartościowy do-robek naukowy i są czynni jako dyskutanci w czołowych dyskursach naukowych.

Czy potrzebujemy jednolitego, europejskiego standardu uznawania awansów naukowych?

– Pełne ujednolicenie byłoby bardzo trudne i chyba nawet niewskazane. Europa posiada różne tradycje akademickie i nie widzę powodu, żeby wszystkie je administracyjnie spłaszczać. Potrzebujemy jednak czegoś innego: minimalnych wspólnych standardów jakości i maksymalnej przejrzystości. Jeżeli stopień albo tytuł uzyskany w jednym pań-stwie ma dawać określone uprawnienia w innym państwie, powinno być jasne, jaka procedura za nim stała, jakie były wymagania, jaki dorobek oceniano i kto go oceniał. Najgorszym rozwiązaniem jest automatyzm połączony z niewiedzą. Dokument zagra-niczny nie powinien być ani automatycznie podejrzany, ani automatycznie traktowany jako równoważny tylko dlatego, że nosi podobnie brzmiącą nazwę. Liczy się treść, nie etykieta.

Czy polska habilitacja stała się jednocześnie zbyt trudna dla części uczciwych badaczy i zbyt łatwa dla tych, którzy mają odpowiednie kontakty?

– To jest bardzo bolesne pytanie, ponieważ właśnie takie przekonanie jest niezwykle de-strukcyjne dla młodych naukowców. Jeżeli człowiek dochodzi do wniosku, że o awansie nie decyduje wyłącznie jakość jego pracy, lecz również układ personalny, dobór recen-zentów czy przynależność do określonego środowiska, to przestaje ufać całemu syste-mowi. Nie twierdzę, że tak wygląda każda habilitacja. Myślę, że to jednak jest bardzo niewielki odsetek. Znam bowiem wiele bardzo wymagających i rzetelnych postępowań. Natomiast system, w którym dwie osoby o porównywalnym dorobku mogą zostać po-traktowane diametralnie różnie w zależności od konfiguracji personalnej, wymaga po-ważnej refleksji. Nie jestem zwolennikiem ani likwidowania habilitacji dla samej likwi-dacji, ani jej fetyszyzowania. Najważniejsze jest stworzenie mechanizmu, który maksy-malnie ogranicza arbitralność.

Czy uczelnia może być jednocześnie miejscem niezależnych badań i środowi-skiem zależności, w którym młody naukowiec boi się skrytykować profesora?

– Oczywiście, że może. I właśnie na tym polega jeden z największych paradoksów świata akademickiego. Głosimy wolność badań, krytycyzm, niezależność myślenia, a jedno-cześnie funkcjonujemy w bardzo silnych strukturach zależności. Doktorant zależy od promotora. Młody pracownik od kierownika. Kandydat do habilitacji od recenzentów. Badacz od decyzji grantowych. Pracownik od władz uczelni. Nie da się wszystkich tych zależności usunąć. Można jednak stworzyć kulturę, w której krytyka merytoryczna nie jest traktowana jak wypowiedzenie wojny. Jeżeli młody naukowiec musi się zastana-wiać, czy zadanie profesorowi niewygodnego pytania nie zamknie mu drogi do habilita-cji, grantu czy zatrudnienia, to nie mamy pełnej wolności akademickiej. Mamy wolność deklarowaną. A to nie jest to samo. Ważne, żeby oswoić się z jednym przekazem: krytyka oznacza postęp. Nawet jak trudno ją przełknąć. Swego czasu, na początku swoich zajęć z międzynarodowych stosunków politycznych, zachęcałem studentów tymi słowami: znajdźcie ewidentne błędy w moim podręczniku do tego przedmiotu, a kto znajdzie choćby jeden, ma zaliczone. Efekt był bardziej niż budujący. Do tej pory wspominam miło, jak moi studenci wytykali mi błędy. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale dla profesora to miód na serce.

Czy profesor powinien móc odmówić ekspertyzy, funkcji czy projektu, jeśli uwa-ża, że jego wiedza jest wykorzystywana instrumentalnie?

– Nie tylko może. Czasami powinien. Naukowiec nie jest usługodawcą dostarczającym pieczątkę ekspercką do z góry przygotowanej tezy. Oczywiście żyjemy w realnym świecie. Nauka kosztuje. Potrzebujemy grantów, infrastruktury, finansowania badań, współpra-cy z państwem, samorządem i gospodarką. Nie widzę w tym niczego nagannego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy pieniądze zaczynają określać odpowiedź, zanim jeszcze badacz postawi pytanie. Ekspertyza naukowa ma sens tylko wtedy, kiedy ekspert zachowuje prawo do powiedzenia czegoś, czego zamawiający nie chce usłyszeć. Jeżeli tego prawa nie ma, przestaje być ekspertem, a zaczyna pełnić funkcję dekoracyjną. Niestety w polskiej nauce, zwłaszcza w dziedzinie nauk prawnych, od wielu lat mamy do czynienia ze swoistą prostytucją. I to jest niepokojące.

Czy nie obawia się Pan ostracyzmu środowiskowego? Czy kalkulował Pan cenę tej decyzji?

– Oczywiście, że brałem to pod uwagę. Nie jestem naiwny. Funkcjonuję w świecie akade-mickim dostatecznie długo, żeby wiedzieć, że pewne rzeczy się pamięta. Człowieka można przestać zapraszać do zespołów, można nie zaprosić do projektu, można omi-nąć przy różnych decyzjach. Nie trzeba nawet robić tego w sposób ostentacyjny. Tylko że w pewnym wieku i na pewnym etapie kariery człowiek powinien sobie odpowiedzieć na pytanie: po co właściwie zdobywał tę pozycję? Czy po to, żeby przez resztę życia jej pil-nować i przypadkiem nikogo ważnego nie urazić? Jeżeli profesor posiadający stabilną pozycję akademicką boi się zabrać głos, to czego mamy oczekiwać od trzydziestoletnie-go adiunkta, którego cała przyszłość zawodowa zależy od kilku osób? Każda niezależ-ność ma swoją cenę. Natomiast znacznie wyższa byłaby dla mnie cena własnego mil-czenia. I żeby było jasne, swoim protestem nie zamierzam być celebrytą, najchętniej po tym wywiadzie usunę się w cień, bo to służy sprawie. Moje nazwisko, jeśli to możliwe, proszę pomijać.

Czego właściwie chce Pan dokonać swoim listem do Prezydenta RP?

– Najmniej interesuje mnie stworzenie kolejnego medialnego konfliktu personalnego. Jeże-li cała ta sprawa zakończyłaby się wyłącznie pytaniem, kto ma rację w jednym konkretnym przypadku, uznałbym to za zmarnowaną szansę. Chciałbym rozpoczęcia poważnej rozmowy o tym, czym w Polsce mają być habilitacja i profesura. Czy są tylko admini-stracyjnymi szczeblami kariery, czy nadal oznaczają pewną jakość? Chciałbym również, żeby instytucje naukowe odzyskały elementarny odruch reagowania. Nie chodzi o pu-bliczne lincze. Przeciwnie. Chodzi o procedury chroniące także osobę, wobec której formułowane są pytania. Najlepszą ochroną przed pomówieniem jest przecież rzetelne i transparentne wyjaśnienie sprawy. Najważniejsze jest dla mnie jednak przywrócenie znaczenia słowu „profesor”. Kiedy moi studenci słyszą to słowo, chciałbym, żeby koja-rzyło im się nie tylko z pozycją zawodową, ale również z odpowiedzialnością. Tego nie da się zadekretować ustawą. To musimy odbudować sami.

Jeśli za rok spotkamy się ponownie i zapytam: „Czy było warto?”, po czym poznam, że Pana protest przyniósł efekt?

– Nie oczekuję rewolucji. Jeżeli za rok okaże się, że sprawy, o które pytałem, zostały rzetel-nie wyjaśnione, dokumenty stały się dostępne, a odpowiedzialne instytucje zajęły mery-toryczne stanowisko – będę uważał, że było warto. Jeżeli przy okazji rozpocznie się szer-sza dyskusja dotycząca jakości recenzji, odpowiedzialności recenzentów, zagranicz-nych ścieżek awansowych, konfliktów interesów i przejrzystości postępowań – tym bar-dziej. Ale jest jeszcze jeden miernik. Chciałbym, żeby młody naukowiec, który za kilka lat zobaczy coś niepokojącego we własnym środowisku, nie musiał sobie zadawać pytania: „czy zniszczę sobie karierę, jeśli o tym powiem?”. Jeżeli stworzymy system, w którym ta-kie pytanie przestanie być konieczne, wtedy rzeczywiście będę mógł powiedzieć: było warto. Natomiast jeżeli jedyną reakcją będzie przeczekanie sprawy, liczenie na krótką pamięć opinii publicznej i powrót do zasady „nic się nie stało”, pozostanie mi przynajm-niej świadomość, że nie należałem do tych, którzy wiedzieli, mieli możliwość zabrania głosu i wybrali milczenie.

Panie Profesorze, dziękuję za poświęcony czas i tę odważną rozmowę. Życzę Panu wytrwałości w walce z patologiami i konformizmem, które – jak Pan mówi – nie powinny mieć miejsca w świecie nauki. Oby nie zabrakło Panu siły, by mówić głośno o tym, o czym wielu woli milczeć.