(syndrom Goliata)

Druga fabularna modlitwa

(Pierwsza fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29082
Trzecia fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29124 )

Nigdy z królami nie będziem w aliansach,
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach,
Słudzy Maryi!

Więc choć się spęka świat i zadrży słońce,
Chociaż się chmury i morza nasrożą,
Choćby na smokach wojska latające,
Nas nie zatrwożą.

(…)

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu
I szedł na święte kraju werbowanie,
Ten de profundis z ciemnego kurhanu
Na trąbę wstanie.

Juliusz Słowacki „Pieśń Barskich Konfederatów”

Porażka w walce z Bogiem to też okazja by o Nim wspomnieć.

(cytat)

Śmigłowiec.

Żółto pomarańczowy, niby ratowniczy.

Ale czarne cyfry na podwoziu mówią coś innego.

Ona widzi te cyfry. Śmigłowiec wisi nad nią, wprost nad jej głową

A naprzeciwko stoją ludzie.

Z przodu siwy, niewysoki, tęgi mężczyzna. Czarny garnitur, biała koszula bez krawatu.

Jak oniemiały, bez słów unosi dłoń w kierunku śmigłowca, który bezdźwięcznie zawisł na zimnym, sinym niebie.

W pobliżu zebrał się tłum, jakieś sto osób. Mężczyżni w garniturach, mundurach, sutannach. Kobiety w stroju protokolarnym. Również kilka dziewcząt w mundurkach z szewronami BOR-u na rękawach.

Elegancka, starsza pani, ubrana z wielkim smakiem, stoi na obrzeżach tłumu, bliżej nich. Ciemne proste włosy do ramion, twarz urodziwa, inteligentna. Głęboki smutek w ciemnych oczach.

Wszyscy są w lesie.

Za drzewami, na zimnej, czarnej ziemi w tym lesie, leży Biały Orzeł. Jemu złamano skrzydła. Skręcono kark. Złota korona leży obok. Łapy ze złotymi pazurami zaciśnięte, złoty dziób bezsilnie otwarty.

Las Smoleński, przy lotnisku Siewiernyj. Ona to wie.

Wie również, kto stoi naprzeciwko

Ale nie wie, skąd to płótno, które zawisło w powietrzu nad otoczeniem Prezydenta. Całe płótno jest przesiąknięte krwią. Rozwija się na zachód.

Krew z płótna spada kroplami na ziemię, zimną, czarną.

Ziemia jest pełna krwi, starej i tej świeżej.

Czarna krwawa ziemia, ta co nic nie rodzi,

Tylko zabija.

………..

Gdy ona się obudziła, nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.

Jak ma czynić.

Sen odszedł, wizja pozostała.

1.

TŁO

(dzień wcześniej)

Zimowe wilgotne powietrze przesiąknięte smrodem spalonej gumy. I jeszcze czegoś kwaśnego, nieznanego mieszkańcom jeszcze niedawno pokojowego miasta.

Żałobna procesja wyszła z bram Michajłowskiego klasztoru.

Na przodzie zapłakana dziewczyna, oczyma pełnymi łez spogląda na trzymany w dłoniach portret. Na nim chłopak w berecie z Tryzubem w czarnym krzyżu na malinowym tle i literami У-Н-С-O, smutno się uśmiecha, patrząc na coś w oddali.

Za portretem dobrze zbudowani chłopcy w kamuflażowych kurtkach i takich samych czarnych beretach z Tryzubem, krzyżem i literami niosą na barkach trumnę czerwonego drzewa. Trzech po każdej stronie. Za nimi rusza ogromny tłum. Z wieńcami, kwiatami, zaciśniętymi zębami i pięściami.

Otwarta trumna pełna kwiatów.

Procesja idzie na Majdan.

Niezbyt długa ta droga, co kilkadziesiąt kroków do trumny podchodzi kolejna szóstka, żeby zmienić poprzednich. Podchodzą różni mężczyzni, młodzi, starzy, średniego wieku. W kamuflażu i po cywilnemu. Gapiów nie ma, wszyscy z chodników dołączają do tej smutnej i gniewnej kolumny.

Do Majdanu już blisko. Przed nimi łańcuch facetów w szarych mysich uniformach, w czarnych kamizelkach kuloodpornych. Dłonie w czarnych rękawicach trzymają gumowe i drewniane pałki. Wysokie czarne buty depczą brudny śnieg. Złowrogo milczące czarne hełmy. Na plecach i na piersiach czarnych kamizelek biały napis:

БЕРКУТ.

W kolumnie dwóch chłopaków w czarnych beretach, którzy przed chwilą podmienili dwu innych, z szóstki niosącej trumnę. Nagle jeden z nich, czarnobrody, niski, z wydatnym brzuszkiem schowanym pod grubą kamuflażową kurtką, zobaczył w berkutowskim łańcuchu coś, co przykuło jego uwagę.

– Kaziu, to ten.

Jego kolega, zielonooki, wysoki, szczupły, o ogolonej twarzy, nie zrozumiał.

– Jaki „ten”, Saszko?

Gruby Saszko powtórzył:

– Ten moskal, który strzelił do Michała.

Zielone oczy Kazia zapłonęły drapieżnym ogniem.

– Który?

– …Trzeci z lewej, ten byk bez kasku, zobacz.

Wysoki szczupły Kazio zaczął się cicho się przesuwać w stronę „berkutów”. Popatrzył na typa wskazanego przez kolegę. Tak, ten stał bez kasku. Ogolony łeb, bezczelny uśmiech na tłustym, typowo ruskim pysku. Niskie małpie czoło. Atletyczna sylwetka, z trudem upchnięta w szary uniform, w sposób widoczny niedopasowany.

Kazio podszedł maksymalnie blisko, na ile tylko pozwalały rozporządzenia dowódcy jego Huculskiej sotni, popatrzył prosto w oczy berkutowca, małe, okrągłe, jak u świniaka, i spytał cicho, ale na tyle dobitnie, że adwersarz usłyszał bardzo dobrze:

– Moskalu! Widzisz tę trumnę?

Berkutowiec chciał powiedzieć coś szyderczego, ale zbity z tropu nie zdołał. Nawet zawodowego mordercę, specnazowca z GRU, przebranego za ukraińskiego milicjanta, zaskoczył zimny piekielny płomień, tchnący obietnicą śmiertelnej zemsty spod czarnego beretu z czarnym krzyżem.

– Dla ciebie nie będzie trumny. Do widzenia, rusku.

Kazio splunął pod nogi berkutowcowi. Jeszcze raz spojrzał w szare ślepka na tłustym pysku. I wrócił do kolumny, która powoli posuwała się na Hruszewskiego. Do barykad.

Zaskoczony berkutowiec był gotowy rzucić się na bezczelnego „majdanutego”. Ale też miał rozkaz: „nie ulegać prowokacjom”.

Ażeby móc potem wypełnić główną krwawą pracę.

Przy nadarzającej się okazji. I też na rozkaz.

– Zatracili w sobie strach chochoły. Przyjdzie ich strachu uczyć.

To powiedział dowódca „berkutowca”, taki sam przebieraniec. Osetyński akcent pasował do niegolonego pyska wściekłego dzika.

Idiota nie zna swej przyszłości, podobnie jak i mędrzec. Ale ten drugi nie wodzi losu na pokuszenie.

Dokładniej, Gospodarza losu.

Z barykad na Hruszewskiego niosło się głośne:

ГЕРОÏ НЕ ВМИРАЮТЬ!!!

Kijów żegna białoruskiego chłopaka Michała Żyzniewskiego, zamordowanego tam, na Hruszewskiego.

Już wiadomo przez kogo.

Czyli, wiadomo komu trzeba.

2.

TŁO

(nazajutrz po wizji)

Rozmowa toczy się w lesie pod Kijowem.

Przyjechali tutaj swoimi samochodami. Czarny Mercedes Gelendwagen i szary Range Rower stoją u wylotu trasy. W każdym kierowca i ochroniarz, im nakazano czekać.

Gospodarze rozmawiają, niby spacerując wśród sosen. Spacer jednak najwyraźniej nie sprawia przyjemności. Nie tylko przez zimno i wilgoć. Są odpowiednio ubrani, nawet ekskluzywnie jak na taką wycieczkę.

– …Co państwo wyprawiacie? Leonidzie?

W głosie pytającego, zasuszonego siwego mężczyzny średniego wzrostu wyczuwa się z trudem hamowaną irytację. Właściciel szarej kurtki Tommy Hilfiger, czarnych dżinsów i nie osłoniętej niczym głowy, zdaje się sygnalizować groźby.

Adresat owych słów, w skórzanej brązowej kurtce, takiejże samej skórzanej czapce na ogolonej głowie, znacznie przewyższający wzrostem swego współrozmówcę uśmiechnął się pogardliwie.

– Bronimy interesy narodowe Rosji.

Siwy się uśmiechnął.

– Acha, teraz to się tak nazywa, proszę pana? Pogrześć to bronić, o, tak! coś zaprawdę nowego. Wysłuchajcie no, Leonidzie? Dobrze, ten wasz toksyczny botoksiarz, ten to jedna rzecz. Opracowano go dobrze przez chłopaków z MI6 jeszcze w końcu lat siedemdziesiątych. Zombi, i już. Ale pan? Nie może być ażeby pan tak uważał na serio!

Sportowiec odparł.

– A jednak uważam. Niech pan sobie wyobrazi, panie Alisterze.

Siwy facet skorygował:

– Ja jestem sir Alister, jak pan pamięta. Mister Alister jestem dla swoich znajomych, a dla bliskich po prostu Alister

Leonidowi się wydawało że doskonałe zna on Alistera (dla bliskich). Lecz takim jeszcze go nigdy nie widział w ciągu wszystkich dziesięcioleci znajomości. Naprawdę nigdy. Poruszył garbatym bokserskim nosem.

– All right, sir Alister. Szczerze tak uważam, niech pan nie wątpi.

Sir Alister uważnie spojrzał w oczy szczerego obrońcy narodowych interesów Rosji.

– Tym gorzej. Leonidzie, chciałbym oby pan dokładnie zrozumiał, o co chodzi. To jest bardzo ważne dla nas obu. Po dziś dzień wam pozwalano na wszystko. I to my pozwalaliśmy, niech pan zauważy. Zupełnie na wszystko. Począwszy od pogromu w Gruzji. Wysadziliście w powietrze samolot z najwyższymi polskimi urzędnikami – kraju NATO, drogi Leonidzie. Wrak dotychczas jest u was. Jak się śpiewa w ich polskiej piosence: świat się dowiedział, nic nie powiedział.

Wilczy uśmiech Leonida.

– My byliśmy tylko wykonawcami, sir Alister…

Sir natychmiast twardo przebił:

– Bardzo przepraszam. W każdym sądzie, oraz tym w Hadze, to się nazywa „oprawcy”. Jeszcze z Norymbergi istnieje modus i zwyczaj: sądzą – także skazują – samych oprawców. Jakich automatycznie traktuje się jak klientów.

Leonid skinął ogoloną głową w skórzanej czapce.

– Sir Alister, jest jeszcze jeden zwyczaj: sądzą zwycięzcy zwyciężonych. Prawo silnego, z pana pozwolenia. A kto tym razem będzie na górze, kto na dole, czyżby pan wie? Bóg jeden wie.

Sir Alister roześmiał się zdrowym śmiechem, śmiechem pana sytuacji.

– No, to znaczy że jestem niemal Panem Bogiem. Bo dokładnie wiem, kto będzie na dole. Także na górze. A propos: czy nie był pan na pogrzebie tego Białorusina? No, Żyzniewskiego?

Wzruszenie wysportowanych ramion pod grubą skórą. Także kurtki.

– A co tam zapomniałem? Czy muszę być obecny na pogrzebie każdej nikczemnej kreatury? Nie jest ten pierwszy, nie jest on też ostatni.

Alister wykonał prawą ręką gest beznadziei.

– No właśnie, „nikczemny, nie ostatni”… Fatalne, bo zupełnie bezpodstawne udawanie wielkopaństwa. Wieczna choroba, syndrom Goliata. Lekceważenie Dawida kosztowało dość drogo biednego olbrzyma…

Twarz sira Alistera przybrała surowy wyraz. Anglosaskie cechy kojarzyły się z samą pychą

– Panie Leonidzie. Poznaliśmy się dawno. Znamy jeden drugiego ćwierć stulecia. Czy pan sobie uświadamia że w tym momencie rozmawiam z panem w imieniu nie tylko swoim?

Prawdopodobnie mózg Leonida był nieco mniej wytrenowany od atletycznego ciała. Nie, to on zaczął sobie uświadamiać dopiero teraz. Dlatego wyobraził, jakie konsekwencje będzie miało choć jedno nieostrożnie powiedziane przez niego słowo.

– Nie, nie, na Boga. Czemu pan od razu od tego nie zaczął? Czyżby pan się mnie bał? No, proszę bardzo…

Leonida to rysie mruczenie jednak nie oszukało. Acha, zaraz, usypiasz moją czujność, ale zle trafiłeś, – złośliwie pomyślał. Ale powiedział coś innego.

– Tutaj tchórzliwych nie ma, sir Alister. Tym bardziej, że naprawdę od dawna się znamy.

Siwy sir uczynił gest zadowolenia. Lewą ręką

– Świetnie, cudnie, wyśmienicie. Skoro tak, proszę o wysłuchanie…

Acha, nie wysłuchać cię, knurze jeden, ponuro pomyślał Leonid.

– …Pan jest imiennikiem Breżniewa. I pamięta okres jego rządów. Do pewnego czasu on znał swoje miejsce. Miejsce surowcowego sektora światowej gospodarki. Każdy kraj ma swe miejsce na kuli ziemskiej. A pierwsza osoba kraju powinna lepiej od wszystkich znać to miejsce. Taki jest światowy porządek. Biada temu, kto go łamie. Biada temu krajowi, głowa jakiego zapomni udzielone miejsce pod słońcem – kraju i jego. Dlatego zginął Lech Kaczyński razem z małżonką, ekipą pilotów i wszystkimi pozostałymi osobami towarzyszącymi. Wyście oprawcami, ruscy. Ale was za to nie ukarano, wręcz na odwrót. Ponieważ uczyniliście to wtedy jako narzędzie światowego porządku, ustalonego od wieków…

Przy słowach „oprawcami” i „narzędzie” Leonid wykrzywił sytą twarz. Ale nie zaryzykował przebić członka Izby Lordów, ulubieńca Jej Majestatu Elżbiety Drugiej, tajemniczego kuratora wszystkich służb specjalnych Brytanii, i nie tylko ich. I nie tylko Brytanii.

– …Ale teraz działacie wbrew porządkowi, panowie. Jak Breżniew, kiedy poszedł na pasku u swych miłośników „trzeciego Rzymu” i wlazł do Afganistanu. Jak Paweł I, jaki zechciał wleźć do Indii. Jak towarzysz Dżugaszwili, który zapomniał swe miejsce. Was zawsze zawodzi ta śmieszna maligna, „trzeci Rzym”. Powiedzcie to do Papieża. A on wam na to: nie mam żadnej dywizji, natomiast rządzę Rzymem i światem, a to dlatego, kolesie, że nie ma w przyrodzie nawet drugiego Rzymu, i nigdy nie było, Rzym jest jeden jedyny, był i będzie, in saecula saeculorum amen…

Leonid nie próbował zaprzeczać, nie tylko przez wielkie obawy co do konsekwencji takiej dyskusji. Wiedział także, że lord sir Alister Finchley ma zupełną rację.

…- i jeszcze jedno was zawodzi i wprowadza w błąd: odwieczny syndrom Goliata. Ot, pan nie raczył pójść na pogrzeb Michała Żyzniewskiego, którego zamordował żołnierz pańskiego GRU, ten przebrany spadochroniarz, jaki – nie mam wątpliwości – dożywa ostatnie dni na tym świecie grzesznym. Poniżej godności pana, pogrzeb „nikczemnej kreatury”. A na przykład, ja, lord Anglii od dziada i licznych pradziadów w ciągu ośmiu wieków, człowiek o statusie, jaki z pełnym prawem i bez żadnej przesady można nazwać światowym, – znalazłem czas. Także miałem życzenie, więc, pożegnałem „nikczemną kreaturę”. I zauważyłem na tym pogrzebie wiele bardzo ciekawych rzeczy. Podzielę się z panem tymi wrażeniami, skoro pan jest tak zajęty „narodowymi interesami Rosji”. Czyli tym, czego nie ma. Nigdy bowiem nie było.

Oczy sira Alistera koloru morskiej fali błysnęły gniewnie. Z trudem się opanował. Kontynuował już niby spokojnie. Ale chwilowy wybuch lordowskiej pychy zrobił ponure wrażenie na jego vis-a-vis.

…- na tym pogrzebie jeden z pańskich najemników beczał: utracili lęk chochoły, nauczymy ich lęku. To można wybaczyć temu baranowi z bitym cegłami i pięściami łbem. Ale nie panu, mającemu aż trzydziesty stopień wtajemniczenia według rytu szkockiego.

Ot, o czym zaśpiewał, pomyślał Leonid. Spodziewał się najgorszego, i nie bez racji…

…- ten Majdan był na samym początku – czym, przepraszam? EUROmajdanem, panie szanowny. Takim był przez nas zaplanowany. Podpisać tę ustawę o akcesie. A co to, ta ustawa? Bzdura! Nic! Pozory! Za którymi ukryło się to co wygodne DLA WSZYSTKICH. Oprócz Ukraińców, co prawda, no to co, tak Bóg położył. I Komitet. U nas uśmiali się, patrząc na ten ogrom flag i emblematów UE, na każdym centymetrze, na kotach i psach. Spluń a trafisz w tę szmatę, na którą wszyscy wymiotują! Nigdzie w Europie nie zobaczysz czegoś takiego. Czyż nie prezent losu? Sam Bóg kazał podpisać ten głupi papierek dla osłów. A jaki byłby skutek? Wasza marionetka Janukowycz pozostaje u władzy. Gazociągi pracują, ropa płynie, kasa rośnie, konie z trefnisiami w carskim uniformie czasów drania Bonapartego rżą i stukają kopytami, cieszą gapiów na Czerwonym placu i w Kremlu. Raj, cisza, święty spokój. Marzenie! A wy co na to? – „trzeci Rzym podać nam na złotym talerzyku! Imperium! Natychmiast, psiakrew!”…

Leonid zapytał:

– Czyż nie wiedzieliście państwo o tym wcześniej?..

Na rasowej twarzy sira Alistera ukazał się pełen wzgardy uśmiech.

– No, oczywiście. Wiedzieliśmy, jak Ojcze Nasz. Niemal od stworzenia świata o tym wiemy. Wówczas to było dogodne, czy pan tego nie dostrzega? Kogo obchodzi, co tam u was w głowach, kiedyście narzędziem światowego porządku? Jakiż eksperyment państwo zepsuliście tym Afganistanem… Przecież wasza dyktatura miała się rozpowszechnić na cały świat. Z czasem, a jakże. Ależ nie chcecie czekać! I gdzie wasze miejsce przez pospiech i pychę zapominacie…

Ty oczywiście nie wiesz co to pycha, skromnisiu jeden, pomyślał Leonid. Przez to tu przemawiasz, jak Trocki jakiś, to co, jak sami sobie „zielone” drukujecie, oraz sobie pożyczycie…

– …to proszę, owoce: po zamordowaniu przez was tych czterech aktywistów, ci na Majdanu EUROIDEĘ już skutecznie mają w głębokim poważaniu. Chcą walczyć o NIEZALEŻNĄ UKRAINĘ. O tę siczową, a nie tamtą, którą nam już niemalże się udało im wmówić eurobajeczkami. Czy wie pan, ile nas kosztowały te bajeczki, bełkot ten? Pieniądze to jeszcze nic, mamy System Rezerwy Federalnej, nadrukujemy, ile trzeba, kosztem bydła. A mózgi? O pranie milionów mózgów przecież chodzi! Już szli tam, gdzie pastuch każe, z radością, z przyjemnością, z flagami, transparentami, śpiewami, całym wesołym stadem. Jak na manifestacji pierwszomajowej. Kolejna „świetlana przyszłość”. No? A cóż teraz? Tam, na tym pogrzebie, w tym tłumie, słyszałem co krok: mamy (przepraszam bardzo) w dupie tę Europę z ową UE, chcemy WOLNĄ UKRAINĘ, będziemy walczyli, wojowali! niech no tylko dostaniemy broń! A dostaną. I będzie wojna, teraz to na bank. I nie będzie ona niestety z tych, NAM WYGODNYCH wojenek. To pytam: kto to wszystko nam zafundował? Proszę pana?

Perfidnie układnym uśmiechem Leonid odwzajemnił pogardę sira Alistera.

– A cóż to przeszkadzałoby Komitetowi 300, jeżeli byśmy odbudowali nasze imperium?

Preludium odpowiedzi, powtórny gest beznadziei sir Alistera, już oburęczny.

– Nie imperium jest nam niewygodne, drogi Leonidzie. Nie jakieś tam poruszenie humorystycznych „praw człowieka”, jakie my wymyśliliśmy dla użytku niewtajemniczonych. Choćbyście tam sobie GULAG nowy zarządzili, choćby gestapo, NKWD, choćby SS. A co nas zniesmacza, drogi przyjacielu? że zapominacie swoje miejsce. A o nim powinien pamiętać nawet król, cesarz, lub wasz car. Obecnie nie mamy na to żadnej nadziei, względem was.

Leonid udał zdziwionego:

– A cóż to się stało, sir Alister? Co tak nagle znikła państwa nadzieja?

Sir Alister ostrzegawczo podniósł prawą dłoń ze skromnym pierścionkiem Rycerza Malty na średnim palcu.

– Proszę nie udawać tu Greka, szanowny panie. Czyżby pan naprawdę nie wiedział? Może to nie waszemu Putinowi się przyśniło że jest on nie tylko NIEZALEŻNY gracz, – ale GEOPOLITYCZNY? Tak, po naszej obróbce w MI6 można zapomnieć własne imię i nazwisko, to można odpuścić. Ale zapomnieć o tym że taki jak on może być tylko „osłem w złotej obroży”? Że według NISKIEGO POCHODZENIA oraz z powodu wielu innych przyczyn nie ma żadnego prawa nawet pomyśleć o wejściu w nasz zamknięty Klub? O, nie! Tego nikomu, nigdy i w żaden sposób się nie odpuszcza. Każdy ma znać swe miejsce! Czyż nie tak jest u was w Rosji? U was nawet nie feudalizm, – kasty, jak w Indiach (a niewolnictwo jak w Afryce). Dlaczegoż sądzicie, że się to nie rozpowszechnia na was samych – tylko na światowym poziomie? Jak czynicie państwo z tymi, kto zapomina swe miejsce w waszej kryminalnej hierarchii? Zapytać Politkowską? Litwinienkę? Magnickiego? Trudno jest, oni już są w lepszym świecie. Nowodworska jeszcze na tym złym, jak na razie. No to nic do stracenia, niedługo pójdzie w ich ślady, prawda? I nie ona jedna…

Krzywy uśmiech Leonida był odpowiedzią na retoryczne pytanie sir Alistera.

– …no, widzi pan. To dlaczego wam nie przychodzi do głów żeście tym razem Magniccy i Politkowscy wobec NAS? Tak, to co się stało w Smoleńsku było wygodnym wam. Ale po drugie wam. A po pierwsze – należał do surowego ukarania ten kto zamierzał złamać magdalenkowe prawidła gry. Nasze prawidła. A dzisiaj złamać nasze prawidła zamierzacie państwo, tyle, że w inny sposób. To obojętne. To dlaczego nie przyszło państwu do głów że jeszcze komuś pozwolimy ukarać za to was samych? Że okażecie się państwo akurat na pokładzie TU154M? Tylko tym TU będzie cała Rosja? Czy nie stać nas na takie? Jak pan uważa? Proszę, niech pan nie mówi: „a co takiego zrobiliśmy”!..

Nie, Leonid nawet i nie myślał, żeby tak powiedzieć. I w ogóle odechciało mu się mówić.

Cokolwiek.

– Dobrze że pan jest rozumniejszym od pana szefa. Pan rozumie, że to jest ostatnia nasza przyjacielska rozmowa. Będzie żałosna „dyplomacja”, cyrk małp z gwoździem programu starym szympansem Ławrowym i nudnym hamadrylem Carrym. Także komedia głupków wiejskich w ONZ i innych kloakach. Nic poważnego, przecież decyzję podjęto dużo wcześniej. Nasza rozmowa to cząstka procesu podjęcia decyzji. A moim celem oczywista sprawa. Teraz czas ostatniej próby przed waszym popieprzonym szefem. Od tego zależy los jego, i całego waszego kraju. To kwestia życia i śmierci. Macie wybór: kontynuować tutaj to zabójcze dla was wariactwo „trzeci Rzym”, czy odpuścić sobie to szaleństwo i przeżyć.

Leonid odpowiedział zduszonym głosem, patrząc na swe żółte kanadyjskie buty służące zimowym polowaniom:

– On nie usłucha. Dobrze go państwo wówczas zaprogramowaliście. A ostatnio, zrobiliście w konia przez waszą rzekomą bierność…

Sir Alister skinął głową.

– Czasem zdarza się to i nam. Popełniamy błędy. Zresztą szybko je poprawiamy. Jak z Hitlerem, na przykład. Nie mówiąc o Stalinie… Którego z proroków pan bardziej lubi?

Oczy Leonida zrobiły się okrągłe, jak u sowy.

– Proszę?? Jakich proroków?

Sir Alister bawił się tym zaskoczeniem. Nieoczekiwane to skuteczne.

– Tych biblijnych. Starotestamentowych, przykładowo.

Odpowiedz była krótka:

– Żadnych.

W uśmiechu lorda Anglii dało się dostrzec wystudiowaną naganę.

– Bardzo mi przykro. Herr kirchenfürer Gundiajew vel Cyryl zamiast kapłańskiej troski, wykazuje większą troskę o profity z prywatnych biznesów, przywilejów państwowych, a w przerwach ogląda pornole, z największym upodobaniem te gejowskie, jak wiadomo. Ot, i skutki są, bardzo ponure. Cóż, samo sedno tematu najcelniej wyraża Jeremiasz. Płacz Jeremiasza, jeśli dokładniej. W taki sposób, przyszło mi teraz zagrać rolę tego czcigodnego proroka męczennika…

Czarci błazen, teatr mu jeszcze… Leonid milczał, ale z całej duszy życzył lordowi śmierci w najwymyślniejszych mękach.

– …a więc, prorokuję. Skoro nasz wspólny przyjaciel od botoksów i Alloplantów słyszy nie głos prawdy i zdrowego rozsądku, tylko fanfary „trzeciego Rzymu”, – będzie to co następuje…

Leonid słuchał, jak uznany przez ławę przysięgłych za winnego seryjny morderca czekający na ogłoszenie przez sędziego wyroku, w nadziei na dożywocie zamiast kary śmierci.

-…Zacznę od końca. Wasze imperialne brednie wykorzystamy na naszą rzecz…

A któż miałby wątpliwości, przyrzeczono, pomyślał posępnie Leonid.

– …Teraz ci na Majdanie razem z całym krajem pragną już nie dymisji, tylko krwi Janukowicza. I waszej, a propos. Pewnie zarządzicie krwawą jatkę. My wam w tym nie będziemy przeszkadzać. Zlecimy kundlom europejskim i murzynkowi w Białym Domu podkulić ogonki i bojaźliwie szczekać: skonfundowani, zaniepokojeni, zatroskani, aw, aw. Co prawda, ich wraz z murzynkiem tutaj znienawidzą okropnie, i do czarta z nimi, kundlami. Tych skarbów na każdym śmietniku ile zechcesz, szczekają, prosząc o kość. Gorsze co inne… Kotowi pod ogon pójdzie całe pranie mózgów na europejski wzór, tyle lat propagandy, Jezu…

Po czym złośliwie wycedził przez porcelanowo-ceramiczną biel równego rzędu zębów:

– …wasza zasługa, jaśnie wielmożni panowie cesarze trzeciorzymscy…

Leonid trwał w przykrym nastroju kurki przed wrzuceniem do rondla na rosół, decyzja szefa kuchni zapadła, a tu żadnego wpływu na wydarzenia…

– …no cóż, mleko się rozlało, nic już nie można poradzić, chociaż…

Lord Alister wycelował palcem w Leonida.

– …lecz wasza sytuacja! O! Witam nowych kozłów ofiarnych. Piękna misja, szlachetna. Kogokolwiek przecież trzeba rozliczyć za takie okropne przestępstwa, czyż nie prawda? Ludobójstwo, zbrodnie wojenne… Tyle tego popełniliście, w Czeczenii, Gruzji. Też i tutaj macie popełnić, jeszcze gorszych, tego was nie trzeba uczyć. No, i dobrze, wspaniałe. Zlećcie nam pracę.

Leonid nie wytrzymał.

– Myśli pan żeśmy pańskie koty dla wyciągnięcia kasztanów z ogniska? A może tym razem pan nas, ruskich, nie docenił?

Uśmiech lorda zmienił się z dobrotliwego w złowróżebny.

– Ech, drogi mój Leonidzie… Niechaj jeszcze pan dorzuci „tajemniczą ruską duszę”… Trzydziesty stopień wtajemniczenia, a taki, fuj, wstyd. Pan Tiutczew wiele pił, zwłaszcza przed śmiercią, dlatego sądził że w Rosję można wierzyć, ot. Tak sobie, zamiast w Boga. Lub w szatana, w zależności od preferencji. Ale pan? W odróżnieniu od pana Tiutczewa i większości rzekomych „ruskich” pan nie jest pijakiem, tylko sportowcem. Dlatego powinien pan wiedzieć, że ta „zagadkowość” jest do śmiesznego prosta. Nie trzeba żadnych tam Harvardów, ani Instytutu Tavistock. Mentalność Hordy jest banalnie prosta jak roboczego wołu. Pracuj, potem do chlewa, sianko żryj. Co prawda, wół bez żalu obchodzi się bez wódy. Albo: zabijaj, kradnij, oszukuj, łżyj. Dekalog na odwrót. Cała zagadka. Nuda i kryminał, to jest ta wasza dusza, nic więcej.

Nieprzyjemny uśmiech ponownie zagościł na okrągłej twarzy Leonida.

– A światowy handel narkotykami przez Brytyjskie Imperium z czasów Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, to niby cnota anielska. A zaczynaliście od akcji charytatywnych, jak piractwo?

Ta sentencja bardzo rozweseliła jednego z obecnych ojców Brytyjskiego Imperium, lorda pera Anglii.

– Całkiem słuszne uwagi, mój drogi Leonidzie. Jest małe „ale”: „quod licet Jovi, non licet bovi”. A kiedy byk o tym zapomina, od razu zostaje kozłem ofiarnym. Jeśli mnie nie zawodzi pamięć, szykowaliście napaść Ukrainę w 2015 roku, po prezydenckich wyborach. Zabrać Krym, południowe, wschodnie regiony. A jak będziecie mieli fart, to i do polskiej granicy. Szykowaliście się, jak tam już się da z takim… hm… wojskiem, z afrykańską korupcją i resztą cudów narodowych. Plan „Monolit”, prawda? A tu, ba, Majdan.

Leonid się zgodził.

– Tak. Wniosek taki, ze sprowokowaliście nas.

Teraz z kolei przytaknąć musiał lord.

– Tak. Sprowokowaliśmy, udało się wprost idealnie. I ulegliście naszym prowokacjom. A mogliście zrobić coś bardziej rozumnego i roztropnego – jakbyście powiedzieli: jakie to dobre, europejska Ukraina, ale radość. I nam zysk, i wam nie mniejszy. A teraz, drodzy, – tylko nam. A ot, co wam…

Leonid zacisnął pięści do bólu.

– …Pozwolimy wam zagarnąć Krym. Dobra pułapka na was, trudno o lepszą. Rety, kropla czasu ledwie minęła od Pustynnej Burzy… Nic was to nie nauczyło. Saddam trafił do pułapki kuwejckiej, a wy do krymskiej traficie, cała różnica. Bez jednego strzału zabrać wam damy. Ależ święto u was będzie. Będzie głośno, będzie radośnie, aż kontynuacji bankietu zechcecie. Damy wam wleźć… no, powiedzmy, na Donbas. Żebyście już stuprocentowo ugrzęźli w łajnie. Ale po tym już będą pewne niespodzianki. Kundle zaczną szczekać groźnie. I nawet bardzo boleśnie kąsać, dear sir. Też w naszym interesie. Bankierzy potrzebują wielkich dłużników, zbrojeniówka wielkich klientów. A wami straszyć – cóż lepszego? Stary niezawodny zasób. Wojenka będzie już na naszą korzyść. Pan rozumie, o co chodzi.

Chłodu zimowego lasu Leonid nie odczuwał. Przeciwnie, miał gorączkę, jak przy zapaleniu płuc. Szare niskie niebo dodawało optymizmu lordowskim objawieniom. Zmierzył lorda spojrzeniem bandziora.

– A jeżeli my po prostu wystrzelamy ten wasz euro- czy jakiś tam jeszcze Majdan? Ot, tak, po prostu. Nasi chłopcy po Czeczenii, specjaliści klasy mistrzowskiej. Będzie jak wówczas w Chinach na placu Tiananmen. Rozjedziemy ich czołgami, położymy seriami z karabinów maszynowych, snajperów też nie zabraknie. Już nie brakuje. Ot, kogoś z naszych nawet pan na tym psim pogrzebie widział…

Sir Alister słuchał tego jak najlepszego dowcipu. Wybuchnął nie pohamowanym śmiechem. Do łez, które wycierając, kontynuował ekscytujący wątek.

– Dziękuję panu, ależ mi pan humor poprawił. No właśnie, jak nie wykorzystać taką okazję! Będzie świetne safari. Jedno małe uściślenie: z obu stron. Nie, przyjacielu mój. To będzie nie Tiananmen. Nie Czechosłowacja, nie Węgry, nie Czeczenia nawet. Afganistan, panie generale. A raczej coś o wiele gorszego. Z odpowiednimi konsekwencjami. Jednym strzałem dwa zające zabijmy, jak z dubeltówki Sauer (lubię ten system). Po obustronnym safari posadzimy na miejscu waszej i naszej wspólnej marionetki – wyłącznie naszych, Żydów, i to najbardziej kryminalnych, najbardziej sprzedajnych, najbezczelniejszych. Ot, ci to nasze niezawodne narzędzie, nie na darmo Mojżesz ich po pustelni czterdzieści lat jak wielbłądów ganiał… Żeby miejsce znali… Gdy zabierzecie sobie Krym i poleziecie dalej, waszymi rękami skierujemy do zupy tych walecznych patriotycznych kogutków, jakich widziałem na tym pogrzebie. Ale oni i wam pieprzu dadzą. Jeszcze jak dadzą. Oj, popełniacie duży błąd lekceważąc ich. No, dla nas to i lepiej. Powiedziałbym: na zdrowie. Ale jakie zdrowie u trupów i kalek bez rąk i nóg… Czy u lokatorów celi śmierci…

Spojrzenie oczu lorda było bardziej lodowate, niż wody Morza Północnego, Leonid z trudem starał się zapanować nad nerwowym drżeniem, jakby rzeczywiście zanurzył się w marznącym akwenie.

– …panie Leonidzie. Niech pan i pana koledzy przekażą treść naszej rozmowy panu Putinowi. I nie zapomnijcie państwo przekazać tę, oto, fraszkę…

Lord sir Alister, per Anglii, odczuwał słodką satysfakcję, widząc bladość twarzy Leonida Kutiejnikowa, generała – leutenanta Służby Zewnętrznego Wywiadu i masona trzydziestego stopniu wtajemniczenia według rytu szkockiego. Napawał się chwilę tym widokiem w milczeniu, po czym zakończył fraszkę:

– …broń i zachowaj was Boże, byście mieli kiedykolwiek usłyszeć w przemówieniu Jej Majestatu wobec Izby Lordów takie słowa: „DECYZJA ZAPADŁA, CIŚNIEMY NA ROSJĘ”. To bowiem będzie równoznacznie z wyrokiem.

Składając ręce w krzyż, dorzucił:

– Tym OSTATECZNYM .

3.

Parawan zwisa do samej ziemi.

Z samego nieba, czarnego, jakby nocnego.

Krwawo-czerwony, jak morze krwi, przelanej z nieba na ziemię.

Czy na odwrót.

Olbrzymi krwawo-czerwony parawan się porusza, ktoś za nim jest .

I nie jedna to osoba. Nie dwie, nie trzy. Nie mniej od stu.

I coraz więcej ich tam przybywa.

Jeszcze jedna setka.

I to nie ostatnia.

Głosy.

Ciche głosy słychać zza tego przerażającego parawanu. Jak w teatrze na repetycji. Ale teraz teatr jest taki że krew zastyga.

Dokładnie słychać co mówią. Niemal szeptem, ale taki jest ten szept, że groza serce ściska

NIE ZAPOMINAJCIE O NAS.

PROSIMY.

ODKRYJCIE PRAWDĘ.

JAK ŻYLIŚMY.

KTO NAS ZABIŁ.

ZA CO NAS ZABITO.

W JAKI SPOSÓB.

BŁAGAMY.

4.

TŁO

19.02.2014

Kazio leżał za tablicą reklamową produktów Gilette po prawej stronie Instytuckiej. Zdążył się schować. A Saszkę, niestety, dosięgła kula, biegli razem za wycofującym się wrogiem. Uchwycił Saszkę pod ramiona – jak mógł, szybko, przywlókł go za tablicę.

Kule gwizdały naokoło, trafiały w mocne stalowe konstrukcje tablicy. Bogu dzięki że taka tarcza się znalazła.

Bo obok upadali na ziemię chłopcy.

Ktoś się wyczołgiwał z linii ognia szatanów.

A ktoś leżał bez ruchu w kałuży krwi.

Przestrzelone piersi, brzuchy, Głowy w kaskach robotników budowlanych, pomarańczowych, białych, sinych. W kaskach rowerowych. Tez przebite kulami made in russia.

Obok zamordowanych chłopców leżą na bruku zalanym ich krwią drewniane tarcze, pałki, kije baseballowe.

Przybiegli sanitariusze z Majdanu. Za pomocą jakiegoś siwego wujka zabrali rannego Saszkę. Poważnie rannego, kurtka na watolinie była przesiąknięta krwią, krwawa dziura w brzuchu. Saszko się nie skarżył, tylko powiedział:

– Bodaj po ziemi wleczcie, tylko szybko. Nie chcę umierać…

Zwinni sanitariusze jednak mieli nosze. Nie było potrzeby wlec po ziemi ciężkiego Saszkę. W pięciu go podnieśli. Krzyknął słabnącym głosem do Kazia:

– Na razie nic nie mów mamie! Może jeszcze…

I stracił przytomność. Ponieśli go dalej, szybko, na ile mogli, jak najdalej od świszczącego kulami piekła.

Jakiś nieznajomy chłopak siadł obok Kazia, ciężko dysząc. Przyczołgał się do tarczy ratowniczki. Tarcza jest nie tylko mocna, stalowa. Jeszcze i wielka. Wystarczy, oby uratować przed kulami ze strony robactwa, choćby dwóch czy trzech.

– Ranny?..

Na zapytanie Kazia chłopak pokręcił głową w białym kasku .

– Nie. Posłuchaj mnie. Trzeba stąd odejść. Na bank kurwy mają optykę, może trafić. A tak to może się uratujemy. Tu pozostać nie możemy. Gnidy mogą przyjść. A czym się bronić ?.. Oprócz tego coś masz?

Spytał, spoglądając na kij baseballowy Kazia

– Nie mam…

Chłopak wyciągnął z kieszeni zielonej kurtki nóż, samodzielnie wykonany, lecz dość długi, szeroki , mocna rękojeść z kości.

– Trzymaj, ja mam jeszcze drugi. Przynajmniej to..

Kazio podziękował, umieścił nóż w głębokiej bocznej kieszeni.

– No, naprzód.

Mówiąc to, chłopak w białym kasku błyskawicznie podniósł się z bruku i pobiegł zygzakiem, jak zając uciekający przed psami myśliwskimi. Kazio poszedł w jego ślady. Niepotrzebny i niedorzeczny kij baseballowy został na bruku. Po chwili na drzazgi rozszczepił go pocisk. Z tyłu było słychać coś na podobieństwo świstu bicza. Do tego dołączyły krótkie serie z kałachów i jęk poranionych.

Ich jednak nie trafiły kule zbrodniarzów. Dobiegli do mostu, pod którym się skryli. Most był pełen namalowanych symboli Tryzuba, rozmaitych kolorowych napisów, nazw miast, miasteczek i po prostu wioch, haseł, cały oklejony plakatami. Pozostało tylko wyjść na Majdan i schować się tam przed zarządzanym nieludzkim sztabem szabatem śmierci.

Ale chłopak w kasku złapał Kazia za rękaw. Wskazał wzrokiem do tyłu.

Kazio zauważył jak pod most zaszedł ktoś bykopodobny z krótką snajperką w rękach.

Tym razem był ubrany po cywilnemu. Szara kurtka, czarne sportowe spodnie, bez czapki, krótkie ciemne włosy. Niskie małpie czoło. Czarna czapeczka-pończocha na ogolonym łbie.

Morderca Michała był sam, sprawdzał przestrzeń pod mostem. Sprzątał.

Kazio dał znak, chłopak w kasku zrozumiał i szybko zaszedł w niszę pod mostem. Nóż w ręku. Kazio do drugiej niszy, symetrycznej.

Moskal powoli szedł w ich kierunku, ale ich nie widział. Krótka lufa z tłumikiem kołysze się z boku.

Kaziu wyciągnął nóż

Moskala od ich nisz dzieliło parę kroków. Coś szarpnęło na moście. Stał do nich plecami. Podniósł lufę do góry.

Podniósł do góry także byczy łeb. Tuż zza pleców, z tyłu, na szyję spadły dwa straszne ciosy czymś ostrym, nad kamizelką kuloodporną pod szarą kurtką. Z góry do dołu. W pociemniałych oczach mordercy odbijał się ktoś znajomy. Kopnął w brzuch, zanim moskal wystrzelił. Kula zadźwięczała trafiając w przęsło mostu. A moskal upadł na plecy. Jeszcze żył, ale krew z szyi tryskała pulsującą fontanną. Z obu tętnic szyjnych. Po chwili już nie oddychał. Snajperki z rąk jednak nie wypuścił.

Kazio musiał rozewrzeć lezem noża grube palce, żeby wyrwać od martwego mordercy jego zawodowe narzędzie z tłumikiem i optycznym celownikiem. Wytarł nóż o szary rękaw cywilnej kurtki trupa, okrywającej żelazne mięśnie.

Chłopak w białym kasku wytarł swój nóż o drugi rękaw martwego przebierańca, leżącego w kałuży własnej jaskrawo-czerwonej tętniczej krwi, której wciąż jeszcze przybywało. Podniósł wielki paluch. Ale od razu zwymiotował. Nie był przecież zawodowcem, jak moskalski Goliat, pokonany przez aż dwóch Dawidów.

Po napadzie torsji wytarł łzy. Schował swój nóż, takie samo rękodzieło tylko z drewnianą rękojeścią. Wyciągnął szczupłą dłoń i powiedział:

– Wybacz… Hrycko.

– Kazimierz. Chodzimy już!..

…Bruk ulicy Hruszewskiego zmienił się w koryto krwawej rzeczki.

A to był początek wielkiej rzeki.

Rzeki krwi i chwały dla jednych.

Dla drugich także krwi.

Lecz hańby i klęski.

5.

Tego dnia ona się załamała.

Wiele się na to złożyło, począwszy od ciężkiej choroby Joasi, małej córeczki, której imię nadała na cześć Świętego Papieża. Poza tym, zaczynało brakować środków na życie, a wydarzenia przybierały złowrogi kierunek.

Rzecz w tym że jej nie były potrzebne żadne media czy sieci internetu dla rozumienia obecnego, a nawet przyszłości.

To wszystko ona widziała. Od pewnego czasu.

I widziała nie wtedy, kiedy chciała. Tylko gdy było to potrzebne.

Potrzebne nie jej.

To owszem, bywało męczące, ale co zrobisz, skoro tak jest.

I już nie będzie inaczej.

Wizje przychodziły w nieoczekiwanym trybie oraz w całkiem nieoczekiwanych miejscach. Przykładowo, w supermarkecie na zakupach, czy na ulicy, w czasie spaceru.

Sny to osobna sprawa.

……………………

Znowu ten Las Smoleński.

Piękne drzewa, zabójcza ziemia.

Prezydent stał na wprost niej, spojrzenie winowajcy. Ale nie ma innego wyjścia.

Bo nie przestał pełnić obowiązków.

W dodatku sam chce aby go wysłuchali.

W Niebie został usłyszany.

Teraz kolej na ziemię. Przede wszystkim, jego ziemię.

Bo przecież nie przestała być jego ziemią w czasie gdy przebywał w Niebie.

Jak i ich ziemią, tych wszystkich, którzy odeszli razem z nim do Nieba w trakcie masakry w Smoleńsku.

Dlatego Prezydent, mały, siwy, o zaokrąglonej sylwetce człowiek w czarnym garniturze i śnieżnobiałej koszuli bez krawatu stoi teraz naprzeciw niej.

Przyszedł do niej we śnie.

Inaczej nie mógł.

I nie chciał.

Znowu krwawe płótno. Rozpościera się ze wschodu na zachód. Krople krwi spadają na czarną ziemię Smoleńska.

A dalej też jest ziemia, lecz już nie ta czarna.

Zielona, kwitnąca, bajeczna.

I na nią już spadają krople ludzkiej krwi z tego strasznego płótna, jakie rozwija się ze wschodu na zachód.

Na inne ziemie.

Ale nagle płótnu coś zagradza drogę.

Na zachodniej stronie wyrósł mur.

Wielki, masywny, nieprzystępny.

Mur jak forteca.

Krwawe makabryczne płótno nie może go sforsować i rozciągać się dalej, zalewać krwią rajską, kwitnącą ziemię, którą ten mur sobą zagradza.

Dlatego krew z płótna zalewa sam mur.

Lecz nie cudny krajobraz za nim.

6.

TŁO

24.02.2014

Czarny Mercedes Gelendwagen przywiózł Leonida i jeszcze dwóch skromne ubranych, o ponurych obliczach mężczyzn do domu numer dziewięć na Oranżerejnej ulicy. Atrakcyjna nazwa, przywodząca na myśl kwitnące róże i tulipany, nie odpowiadała jednak wyposażeniu i przeznaczeniu gmachu pod tym adresem.

Główne biuro ekspertyz sądowo-medycznych, kostnica miejska N1 miasta Kijowa.

W trzech wysiedli nocą z czarnego Gelendwagena z zaciemnianymi szybami. Kierowca vel ochroniarz został w samochodzie.

Kilka schodów, szklane drzwi. Za drzwiami na nich już czekał człowiek przeciętnego wyglądu, średniego wzrostu, w białym mundurku, wyraźnie nie na jego rozmiar, pewnie jakiegoś wysokiego tłuściocha. Zbyt długie rękawy zakrywały palce dłoni.

Leonid nawet nie spojrzał na szarego człowieczka w białym mundurku. Rzucił:

– Gotowe?

Człowieczek odebrał lekceważące traktowanie go przez Leonida jak odpowiadające naturalnemu porządkowi rzeczy.

– Tak jest, Leonid Jegorowicz. Tylko ciała na razie znajdują się wśród innych.

Leonidowi Jegorowiczowi to się nie spodobało.

– Co to znaczy, wśród innych? Czy poleceń nie zrozumiałeś?

Człowieczek rozłożył ręce w geście bezsilności wobec wydarzeń.

– Ogrom trupów. Po prostu ogrom, towarzyszu generale. Na salach sekcyjnych nie ma miejsc. Nie nadążają z autopsjami. Osobnych pomieszczeń nie ma. Wszędzie są nieboszczycy…

Towarzysz generał pogardliwie uciął skargi człowieczka.

– Mnie to nie interesuje. Ma się znaleźć osobne pomieszczenie. Wykonać.

Człowieczek posłusznie poszedł wykonywać rozkaz gospodarza. Trzej mężczyzni czekali. Bez jednego słowa. Niedługo wrócił człowieczek, z nim zacny pan, już w medycznym mundurku właściwego rozmiaru. Złocone okulary, gęste siwe wąsy, wielka różowa łysina okolona wieńcem cienkich włosów. Spojrzał na oczekujących.

– Jestem dyżurnym ekspertem, doktor Koliszczuk Mykoła. Słucham państwa.-

– powiedział po ukraińsku.

Leonid osłupiał. Co za bezczelność!..

– To my pana słuchamy, Koliszczuk. Dlaczego…

Dyżurny ekspert przerwał:

– Doktor Koliszczuk. Jestem doktorem. Czy wyrażam się jasno?

Jeden z towarzyszących Leonidowi mężczyzn zainterweniował.

– Czy wie pan, z kim pan rozmawia, doktorze?

Doktor Koliszczuk zgrzytnął zębami. Odpowiedział po ukraińsku, tym językiem posługiwał się zawsze.

– A jak miałbym nie wiedzieć. Z bandą. Z terrorystami. Z nieludzkimi osobnikami. Z mordercami. Z robactwem. No? do tamtych mnie dołączycie, co?..-

– i wielki palec skierował znaczącym ruchem ku dołowi.

– …a spróbujcie no. Zobaczymy, kto się z nas tam wcześniej znajdzie. Hola, kres waszemu bezkarnemu szarogęszeniu się w Ukrainie. Wasi leżą tam, w trzeciej trupiarni –

– znów wielki palec Mikoły Koliszczuka skierował się w dół.

– Chcecie – idźcie, nie chcecie – walcie się do waszej terrorystycznej ambasadki.

Nie żegnając się, odszedł.

Człowieczek stał skuliwszy głowę w ramiona. Reszta pozostawała w stanie szoku i furii. Jednak status dyplomatów, choćby nawet z „terrorystycznej ambasadki”, przeszkadzał natychmiast dołączyć zuchwałego doktora eksperta do jego tutejszych „pacjentów”. Jeden z mężczyzn, sekretarz ambasady Federacji Rosyjskiej w (już nie „na”) Ukrainie wycedził przez zęby:

– Jeszcze nie wieczór, swołocz banderowska. Poczekajcie no…

Leonid brutalnie odparł:

– Jaki wieczór? Noc na dworze! Pierwsza w nocy, kurwa mać!

Zapytał, nie patrząc na człowieczka:

– Wiesz, gdzie leżą?

Człowieczek z gorliwą usłużnością lokaja odpowiedział:

– Oczywiście, wiem, Leonidzie Jegorowiczu.

Jegorowicz rzucił:

– Chodzmy.

Człowieczek w nie swoim białym mundurku chciał przepuścić wszystkich przed sobą na schody, jakie wiodły do jakiejś piwnicy.

– …idź przodem, drogę wskazuj! Protokolista zasrany! Szybko mi!

Obdarowany mianem, którego zasadność trudno zweryfikować, zafajdany protokolista, sądowo-medyczny ekspert FSB, pobiegł na schody, a wszyscy ruszyli za nim.

Sprowadził naczelników-gospodarzy schodami do zimnej piwnicy. Korytarz, poszarpane ściany, pomalowane na niezrozumiały, brudny kolor. Lampki na niskim dawno nie remontowanym suficie świecą słabym żółtym blaskiem. Podłoga z brązowych płytek, pamiętających chyba sekcję Stołypina. Odór. Ciężki, obrzydliwy, formalina z czymś jeszcze, organicznym, zgniłym.

Człowieczek otworzył pierwsze drzwi. Wszyscy weszli do wielkiego pokoju oświetlonego równie nędznymi lampkami, jak na korytarzu.

Mężczyżni od razu włożyli małe tamponiki do nosów. Na człowieczku smród w pomieszczeniu nie robił żadnego wrażenia, przywykł do niego od dawna. Zawód.

Oni stali na wprost dwóch rzędów ocynkowanych stołów. Między nimi przejście. Wiele stołów. Może dwadzieścia. Na każdym nagi trup.

Większość młodzi chłopcy. Niektórzy to niemal nastolatki. Czy wprost nastolatki.

Są też inni. W średnim wieku lat, jeden w poważniejszym wieku, starszy pan.

Lecz u wszystkich otwory po kulach, w głowie, piersi, lub brzuchu. Okrągłe dziury po kulach morderców.

Kulach produkcji kraju, jakiego obywatele stali teraz tutaj.

Właśnie tutaj, przy nagich ciałach z dziurami od kul, na cynkowych stołach trupiarni, Leonidowi na chwilę ukazało się widmo Ceausescu.

I jeszcze jedno. Taka sama kostnica, tylko smoleńska, obok Brackiego cmentarza. Inne ciało na cynkowym stole. Zniekształcone, rozerwane przez wybuch. Mały, siwy, krągłej postury człowiek. Na zewnątrz czeka jego brat bliźniak, przed chwilą dotarł do miejsca masakry. Chora mama w Warszawie nic nie wie. I długo jeszcze miała się nie dowiedzieć.

Człowieczek przeszedł między dwoma rzędami stołów śmierci, zatrzymał się na środku. Wskazał na dwa stoły po obu stron od przejścia.

– Tutaj są, proszę państwa.

Państwo towarzysze z twarzami wykrzywionymi obrzydzeniem i z tamponikami w nosach podeszli do miejsca, gdzie stał człowieczek. Spojrzeli na wskazane przez niego stoły.

Z lewej od przejścia na stole leżał nagi trup mocnego mężczyzny za czterdzieściu. Kaukazska twarz już zacząła zarastać czarną brodą. Wielki nos się zaostrzył. Zamiast prawego oka czarna jama z gęstymi resztkami krwi. Oczodół rozwrócony do nosa.

Z prawej od przejścia leży trup atletycznego wyglądu. Nawet martwe mięśnie po prostu są bycze. Potężna pierś, brzucho w kwadratach presu. Golona głowa. Niskie szare czoło. Z dwóch stron od wołowiej szyi na szarej skórze z trupowymi plamami dwa szerokich linejnych otwarcia. Jedno bliżej szyi, drugie nieco dalej. Na marginesach otwarć resztki martwej krwi.

Leonid powiedział:

– Tak, oni.

Tym razem zwrócił się do człowieczka.

– Gdzie ich znaleziono? Kiedy? Przyczyna śmierci?

Człowieczek zaćwierkał, jak uczony szpak.

– Pułkownika Dzagojewa znaleziono dwudziestego lutego około siedemnastej miejscowego czasu. Znalazł tutejszy mieszkaniec na zapleczu domu numer siedem, ulica Luterańska. Wezwał milicję, zabrali trupa tu. W czasie sprawdzania kostnic rozpoznałem ze zdjęcia. Uraz prawego oczodołu przez strzał z broni palnej małego kalibru, strzał padł z bliskiej odległości, kilka metrów. Kula przeszła mózg, wyjściowe otwarcie trzy centymetry. Szans na przeżycie nie miał. Podpułkownika Milczenkowa znaleźli dwudziestego lutego, o piętnastej za Kijowem, współpracownicy Berkutu pod mostem na Majdanie. Dwa ciosy nożem, zadane przez dwóch oprawców…

Przy słowie „oprawcy” Leonid wrzasnął:

– Skracaj się!

Człowieczek nie rozumiał, z jakiej przyczyny towarzysz generał oskarża go o długi meldunek. Gospodarz, co chce robi. A on sam tylko lekarzyna, ekspert, personel obsługujäcy wyższej kasty. Dlatego zaćwierkał jeszcze szybciej.

-…dwa ciosy, zadane przez dwóch różnych op… przestępców! Obaj wysokiego wzrostu! Ciosy z góry do dołu! Prawdopodobnie noże! Noży na miejscu zbrodni nie odnaleziono! Przecięto obie tętnice szyjne! Zmarł przez obfity krwotok! Szybka śmierć! Także nie miał szans! Towarzyszu generale!

Leonid z rezygnacją machnął ręką.

– Co ty ćwierkasz, jak… Jasne. Słuchaj rozkazu. Odpowiadasz za te dwa trupy…

Dorzucił, pomimo że człowieczek był z przerażenia nie wiele żywszy od tych na cynkowych stołach:

– Głową odpowiadasz. Zabrać można mu tylko… –

– skinął głową ma trzeciego, suchego o lodowatym spojrzeniu szarych oczu.

– …tylko on, pułkownik Sierow, może zabrać te trupy. W przypadku, jeżeli ktoś jeszcze zechce, tu przybędą za godzinę z ambasady, pomogą, jakby co. Ale oni strzec trupów nie będą. To twoja odpowiedzialność.

Człowieczek przyrzekł i zapytał:

– A w razie, jeżeli mnie tu w trupiarni nie będzie? A ktoś zabierze, Leonidzie Jegorowiczu?..

Odpowiedz była krótką.

– To zanocuj tu. To twój problem

I powiedział w przestrzeń, przesiąkniętą smrodem zgniłego mięsa pod iniekcjami płynów konserwujących:

– Chodźmy.

Wyszli z trupiarni na korytarz, stamtąd schodami do góry. Człowieczek został w piwnicy. Wyszli przez szklane drzwi, nosami już bez tamponów chłonęli lutowe powietrze nocnego Kijowa, jaki pierwszy się dowiedział, co to terrorystyczna wojna, bądź hybrydowa, według przyszłego „szczekania nikczemnych kundlów” (cytat z sira Alistera Finchleya).

Zapalili po Camelu, którym wielkodusznie poczęstował towarzysz generał. Po kilku porządnych dawkach dymu z miodowego amerykańskiego, kultowego tytoniu, Leonid powiedział, niby sam do siebie:

– Któż to mógł być… Dzagojew wojował w Czeczenii, Bośnii, Chorwacji, znowu w Czeczenii, w Kosowie, Gruzji. Milczenkow tak samo, obaj walczyli razem, Dzagojew dowódca, Gosza Milczenkow podwładny. Dlaczego WTEDY nie byli razem… W różnych miejscach, a koniec jeden. Chyba że Dżagojew szukał Milczenkowa… Byli bez kontaktu radiowego… Pewność siebie…

Na usta cisnęło się „syndrom Goliata”, ale w porę się powstrzymał. Kiepskie porównanie jednak nasuwało się uporczywie…

… No, nie rozumiem! Taki wilk… Strzał z takiej odległości, i jak nie zdążył, diabelska sztuczka i tyle. I kto to są ci rzeźnicy… normalnie zapolowali… Gosza sam nie jednemu gardła podcinał, wprost gołymi rękami zabijał. A tu…

Suchy i żylasty pułkownik FSB Sierow sposępniał:

– Chyba że „afgańcy”. Po Czeczenii wśród tych majdanowców także są. Z obu stron, naszej i bandyckiej…

Leonid się z tą opinią nie zgadzał, odparł:

– E, Borysie…W większości tamci spierdolili z Majdanu jeszcze osiemnastego wieczorem, gdy tylko szturm się zaczął. Jak fachury, ocenili nierówność sił i zasobów. Ktoś pozostał, pewnie, ale… Generalnie gówniarze tam robili zadymy…

Milcząc dopalił swojego papierosa. Sekretarz „terrorystycznej ambasady” zapytał:

– Zorganizuję wysyłkę trumien do Rosji. Kiedy zaczynać, Leonidzie Jegorowiczu?

Leonid spojrzał na sekretarza, jak na chomika, mówiącego po francusku.

– Zaczynać? Pan to na serio? Siergiej Faritowicz? Jakie trumny? Jaka Rosja? Rodzime dziennikarzyny jęzory w dupy schowali, „obrońcy praw” tak samo. A zagraniczni? A kapusie, szpicle, agenci? Czy wszystkich wypierdolili? Dodać kompromitujące materiały? A już i teraz nie brakuje? Czy nie śledzą każdy nasz krok? „Zabito komandosów GRU w Kijowie! Zabijali, mordowali, katowali Ukraińców! Pomścili ich bohaterzy narodowi! Gierojam sława!”. Takich tytułów chcecie państwo?..

Zapalił nowego papierosa.

– Pułkowniku. Wypełnić mój wskaz do ostatniej kropki. Sprawdzę osobiście…

Cóż, masz rację, sępie stary, już weszliśmy na pokład tej zbiorowej tutki – przemknęło przez myśl.

I już nie opuszczało.

7.

Wysoka góra, cała w drzewach, kwiatach i innych pięknych roślinach.

Pod górą morze, ogromne, błękitne, spokojne.

Niebo przejrzyste, łagodne, łaskawe. Bez jedynej chmurki.

Tylko słońce, także dobrotliwie grzeje.

Mewy nad morzem, jaskrawo białe, nurkują w dół po ryby.

Na szczycie pięknej góry siedzi mężczyzna.

Nie jest już młodzieńcem, jakieś pięćdziesiąt lat. Krótka siwa bródka. Dobre, mądre spojrzenie ciemnych oczu.

Ubrany w nie pierwszej nowości casual, polo, dżinsy, obuwie sportowe.

Mężczyzna lubi morze, patrzy nań niemal z miłością. Jest żeglarzem.

Ona to wie. Wie także, kim jest ten żeglarz na wielkiej pięknej górze.

Daleko w morzu widać okręt. Wielki okręt wojenny. To nie jest ruski okręt, to ona wie. A czyj ten jest dokładnie – nie zna się na sylwetkach okrętów marynarki wojennej różnych państw.

Juri Werbicki, porwany i bestialski zakatowany przez moskali w tym samym czasie gdy zamordowano Siergieja (Samweła) Nigojana i Michała Żyzniewskiego, naukowiec, alpinista i żeglarz ze Lwowa, patrzy z góry na ukochane morze.
8.

TŁO

Noc z 24.02. na 25.02.2014

Bajkowy Cmentarz w Kijowie jest bardzo stary i honorowy.

Nazwano go od nazwiska carskiego generała Bajkowa, do jakiego należała kiedyś ta ziemia.

Na cmentarzu leżą najbardziej znane w Ukrainie osoby, artyści, naukowcy, społeczni działacze, mundurowi. Wcześniej cmentarz miał dwie dzielnice, katolicką i protestancką, rozdzielone droga. Po nagrobkach Bajkowego Cmentarzu można śledzić historię Ukrainy, i nie tylko jej. Sami nagrobki w swej większości są arcydziełami sztuki rzeźbiarskiej. Gotyckie i romańskie bazyliki z kolumnami, smutne anioły, geniusze i nimfy nad greckimi i rzymskimi urnami, wszystkie style i kierunki przeszłych dawnych czasów i epok. Pod nimi spoczywają ci, którzy te epoki tworzyli, pracowali, cierpieli, spędzali w nich „dni swej nicości i chwały”. Cmentarz dlatego często nawiedzają turyści i po prostu ciekawscy. To się nie podoba krewnym tych, których doczesne szczątki spoczywają pod pięknymi nagrobkami, ta nekropolia jest nie tylko pamiątką historyczną, ale aktualnym miejscem pochówku, kijowskim czynnym cmentarzem.

Cmentarz ma swoją cerkiew, są także kaplice, katolicka i protestancka.

Jest jeszcze jeden obiekt, dzięki któremu Bajkowy Cmentarz jest tak znany w Kijowie i całym kraju.

Krematorium.

To krematorium na ulicy Bajkowej, 16, jest według wielu kryteriów jedyne takie w Ukrainie. Tylko tu mają wszystkie państwowe dokumenty i pozwolenia na posługi kremacji. Nie tylko ciał ludzi, ale także zwierząt domowych.

Niedaleko krematorium znajduje się kolumbarium, w małych niszach są umieszczone urny z prochami zwykłych śmiertelników, którzy zażyczyli sobie taki sposób upamiętnienia ziemskiego bytowania.

Jak w każdym krematorium, jego robocza część się znajduje pod ziemią. A ot, nad ziemią od 1975 roku każdy może zobaczyć gmach z salą pożegnań i ceremoniałów żałobnych. Gmach ten wygląda jak połowa ogromnej wielowarstwowej muszli, patrzącej w różne strony, kaprys architekta Awraama Mileckiego. W taki sposób jest ten gmach także arcydziełem sztuki architektonicznej, nawet futurystycznej.

Co prawda, ponurym i kierującym myśli ku sprawom niezbyt radosnym. Dlatego miłośnicy architektury nie są tu częstymi gośćmi. Jasne że podstawowy powód nawiedzenia tego arcydzieła wesołym nazwać się nie da.

To się tyczy także ludzi, jacy teraz przyjechali tutaj dwoma minibusami, Iveco i Mercedes. Niby zwykli krewniacy i bliscy zmarłego, przyjechali pożegnać bliskiego który odszedł.

Lecz nie do końca zwykli.

Nie tylko przez dyplomatyczne rejestracje minibusów.

Oni przyjechali do krematorium o trzeciej nocy. Niby nikogo nie miało być w tej olbrzymiej futurystycznej muszli, bramach ognia, popiołów, niebycia. Jednak ktoś wysiadł z minibusu Mercedes i wszedł w bramę muszli, zawczasu otwartą. Za pięć minut w minibusie zabrzmiał rington telefonu komórkowego. Po krótkiej rozmowie z obu minibusów wysiadło siedem osób.

Razem z facetem, jaki wyszedł do nich z bramy w muszli,w pięciu stali przy tylnych drzwiach minibusu Iveco. Z otwartego wnętrza wyciągnęli dwa sklejone taśmą klejową czarne plastykowe wory, bardzo ciężkie. Jeden wór złożyli na śniegu obok minibusu, drugi ponieśli w sześciu do wnętrza muszli. Wkrótce wrócili po drugi wór, powlekli. Dwóch facetów pilnowało wszystkiego z boku.

– Stój i czekaj, muszę tam sprawdzić –

powiedział pułkownik Sierow do człowieczka. Ten był już nie w obcym białym mundurku, lecz w czarnej kurtce G-star na łabędzim puchu i wiązanej czapce. Kurtka i czapka mimo iż ciepłe, nie ogrzewały, ponieważ człowieczek drżał jak barani ogon. Pułkownika zebrało na chichot.

– Co tak drżysz, dupku? może razem z tymi chcesz się ogrzać? tam to dopiero ciepło! –

– wskazał dłonią na muszlę i zaraz pobiegł do niej nie czekając na odpowiedz nieszczęsnego dupka. Zniknął w bramie ognia.

Człowieczek został na ulicy. Zimno i straszno, te dwa słowa oddają w pełni stan ducha i ciała w jakim się znajdował. Do zimna lutowej nocy dołożyło się złowieszcze widowisko ogromnej betonowej muszli na tle czarnego nieba, wyglądającej nie jak futurystyczny wybryk architekta, a raczej jak groźne ostrzeżenie oraz przepowiednia. Groby naokoło też nie dodawały optymizmu. On chciał pójść do minibusu. Ale z czarnej nocnej muszli wyszło siedmiu facetów na czele z pułkownikiem.

– Jedzcie stąd w ch..!

Możliwe, że pułkownik Sierow miał na myśli ambasadę, której przedstawiciele, „dyplomaci” za rządów obalonego Janukowycza, a naprawdę zawodowi dywersanci, przed chwilą odwalili kawał brudnej roboty. Takiej w sam raz dla wysportowanych osiłków. Ci bez słów udali się do minibusu Iveco, jaki natychmiast odjechał w noc we wskazanym przez pułkownika kierunku. Sam zaś pułkownik podszedł do minibusu Mercedes, czarnego jak noc oraz ich misja. Wziął coś z salonu, zrobił kilka kroków dalej od busu i powiedział do człowieczka:

– Co stoisz, jak słup? Chodź! Wypijemy, kurwa, za spokój dusz!

Człowieczek posłusznie podreptał do pułkownika, który trzymał butelkę wódki Nemyriw i sandwicz z kiełbasą. Wychylił potężny haust, powąchał sandwicza, ale nie zakąsił. Podał butelkę człowieczkowi.

– Pij, kolesiu! Wspomnijmy!

Tak nawiasem, człowieczek rzadko pił, zwłaszcza wódkę. Lecz teraz wziął butelkę od pułkownika i dobrze pociągnął „z gwinta”. Pułkownik powiedział „hm”, odłamał kawałek sandwicza i podał człowieczkowi. Ten podziękował drżącym głosikiem i zjadł.

Po paru kolejnych dawkach „w gardło”, pułkownik spochmurniał, i z oburzeniem powiedział:

– Cóż to, Simonie?! Co się wyprawia?? Tych, kto z nimi leżał tam, na Oranżeryjnej,- jak pogrzebią? Jak, kurwa, królów!!! Ceremoniał! W samym centrum Kijowa! Na samym Majdanie! Muzyka, śpiewy, hymny, warta honorowa… Flagi, sztandary, wieńce, kwiaty, wielotysięczne tłumy! TRUMNY!!!

I bluznął rosyjskim przekleństwem.

– Jeszcze jakie trumny! Z najdroższych! Czerwone mahoniowe drzewo! Pod szmatami ich, żółto-błękitnymi, pod tymi banderowskimi… A kim oni są?! Łobuzeria, śmiecie, hołota banderowska!! …A NASI??? Boże, Boże… Zawodowi mundurowi… Starsi oficerowie … Tyle wojen przeszli… Całe życie służbie oddali. Rosji oddali!! Ordery, medale, pochwały ministra obrony… U Dzagojewa imienny pistolet… Czworo dzieci we Władykaukazie… U Goszy dwoje w Tule. W worach, nocą, potajemnie… Psów tak nie grzebią!! Jak bydło zdechłe… Spalili, i przez kominek wylecieli. Nawet popiołów nie pozostawili. Rozkaz: popioły rozsypać NA ŚMIETNIKU MIEJSKIM!!! Nawet nie w lesie! Oby ktoś nie natrafił, broń Boże, oby BEZ ŚLADU. Czekam na te popioły. Pojedziemy i rozsypiemy. Tak, ot. Rozkaz, kurwa mać!!

I rozłożył ręce. W oczach pijackie łzy.

– …a rodzinom powiedzą: bez wieści zaginęli! a gdzie są, nie wiemy. Może do Ameryki spierdolili, może do Chin. A może ich w ogóle nie było, to się wam tak wydawało że byli. Iluzje, widma. No, może jeszcze parę milionów w zęby, oby nie lezli gdzie nie trzeba, kopytem ziemię nie ryli… A w ziemi ich nie ma! Nigdzie nie ma! A miliony, to nie dolarów, kurwa, naszych oficerów w rublach wyceniany!!

I dodał:

– …a za nas i tyle nie dadzą. Wszystko dopiero się zaczyna…

Znowu klątwy, przez pijane łzy. Człowieczek zaś po wódzie stał się nieco bardziej chrobry.

– Borysie! A jak jednak polezą? A jak pójdą na maksa? A? To co, cóż wtedy? A?..

Pułkownik przyłożył dłoń do ust, zrobił straszne oczy, skinął głową w stronę czarnego minibusu. Cichym szeptem powiedział, prosto w ucho Simona:

– Milcz, durniu jeden! co, co… a to:

Wskazał na muszlę szarego betonu, jaki teraz zdawał się czarnym.

– …u nas takich dużo, co krok. Jeszcze i piece hutnicze.

I pijacki rechot…

9.

Piękna miejscowość, krajobraz górski.

Czy może po prostu wysokie wzgórza. Zielone, zadrzewione, a między drzewami soczysta zieleń traw. Są także inne wzgórza czy góry, na których nic nie rośnie. Szare, czarne, ale nie wpływają zbytnio na piękny krajobraz.

Na tych wzgórzach, czy górach, ludzie.

Ona widzi jakichś mężczyzn w kamuflażu z bronią. Twarze o kaukaskich rysach, z gęstymi brodami, wyglądają na pospolitych bandytów.

Strzały, wybuchy. Spadają ciężkie pociski. Grzmot armat. Gwizd pocisków reaktywnych.

Mnóstwo trupów. Swoich i obcych. Wśród tych obcych kaukaskie mordy.

Inni ludzie też z bronią i w kamuflażu. Ale na rękawach żółto-błękitne szewrony. Wśród tych też są ludzie z Kaukazu, to nie bandyci. Mężne, szlachetne twarzy, w oczach furia i determinacja.

Ona rozumie sens tej walki.

To mur.

10.

TŁO

06.06.2015

(półtora roku po wizji)

Niemal półtora roku.

Kaziowi się wydaje, jakby przeszły liczne lata, dziesiątki lat.

A czasem jakby dzień jeden.

………………………………..

W tym dniu, kiedy oni i z Hrycem pomścili Michała, on pomyślał: trzeba schować broń. Nie oddawać nikomu, w żadnym przypadku. Snajperka, którą on zabrał zabitemu przez nich moskalowi, nazywała się Wintorez, ruska broń dla sił specjalnych.

Po pogrzebie chłopców z jego Huculskiej sotni, którzy należali już do Sotni Niebiańskiej, on postanowił schować snajperkę w domu, na wsi pod Tarnopolem.

Znalazł Saszkę. Udało mu się przeżyć, po wydarzeniach na Instytuckiej, trafił do Aleksandrowskiego szpitalu. Lekarka chirurg, która go operowała, jeszcze nie wiedziała, czym się wszystko zakończy. Kiedy się wybudził z narkozy po operacji na jamie brzusznej, powiedziała do niego:

– Nie bój się, Saszko. Ja ciebie psom nie oddam.

I nie oddałaby. Ale psy tymczasowo się wycofały, i Saszko mógł spokojnie przejść rehabilitację.

Kazio dowiedział się od Saszki siostry, Ani, gdzie go szukać. Kiedy ujrzał przyjaciela na szpitalnym łóżku, nie mógł uwierzyć własnym oczom: jeszcze niedawno gruby Saszko utracił przynajmniej jedna trzecią dawnej wagi. Twarz ogolona, po brodzie ani śladu.

Po uściskach, z konieczności mało męskich ze względu na stan rekonwalescenta, ten widząc zdziwienie przyjaciela, ze zmęczonym uśmiechem powiedział:

– No, widzisz, teraz to żadna dziewczyna nie powie: tłusty jesteś, paskudny, a przecież pamiętasz, jakimi epitetami mnie obdarzały?..

„A przecież pamiętasz”… On pamiętał nie tylko to co mówiły głupie dziewczyny.

Tydzień minął od dnia, kiedy nieprzytomnego Saszkę wynieśli pod gradem kul na Majdan szczupli majdanowscy sanitariusze. Jednego z nich trafiła kula moskalskich zwyrodnialców. Zmarł na miejscu. Pozostali donieśli Saszkę do medycznego punktu w Domu Oficerów. Stamtąd ambulansem do Aleksandrowskiego.

Na cichą prośbę przyjaciela Saszko odpowiedział także cicho:

– Nasz dom to twój dom. Ańka czeka.

Ańka naprawdę czekała. W wielkiej torbie przyniósł snajperkę do Ańki, ta natychmiast ją schowała w piwnicy ich niewielkiego domku na Peczersku. Rodzice żyli w innym miejscu, na Obołoni.

– …Jutro zawiozę cię do domu, nie możesz w takim stanie i z tą cacą jechać pociągiem ani autobusem. A teraz pójdziemy jeść barszcz, tylko co przygotowałam, Kaziu, świeży jest. Ty i byłeś chudy, a teraz…

Z wielkim żalem spojrzała na niego. Ańka była zakochana w Kaziu jeszcze wtedy, gdy nie była formalnie rozwiedziona z mężem, pijakiem i nierobem. Z Saszką się przyjaźnili już trzy lata, od chwili poznania się w obozie młodzieżówki organizacji Tryzub na Tarnopolszczyznie.

Tej nocy Ańka przyszła do niego. Nie miała co prawda figury modelki, ale to nie było ważne, gdy oddawała się ukochanemu mężczyźnie, z cała pasją 24-letniej zakochanej kobiety, kochającej namiętnie, do utraty tchu.

To była noc prawdy, bowiem miłości.

Rankiem po przebudzeniu, i śniadaniu które zjadła wspólnie z ukochanym, Ańka powiedziała:

– Jedziemy, Kaziu. Nie wiadomo, co tu będzie. Ja się nie boję, możesz tu ze mną pozostać. Jeśli chcesz… Tak nie chcę żebyś odjechał, Boże…

I rozpłakała się. Szybko się jednak opanowała, przyniosła z piwnicy Wintorez, z kluczami od starego Golfa w ręku powiedziała:

– Jedziemy, Kaziu.

I westchnęła

………………….

W wojennym komisariacie w Tarnopolu zapytali:

– Czy masz broń?

Kaziu przygotował odpowiedz zawczasu.

– Nie mam.

To było jeszcze wtedy, gdy okupanci zagarniali Krym.

Skierowali go do zmechanizowanej brygady Zbrojnych Sił, szkolenie było w Odesie i Hersonu.

Potem już Donbas.

Rok temu został ciężko ranny pod Wołnowachą.

Jak wcześniej Saszko, w brzuch. Tylko nie kulą, a odpryskiem z pocisku „obrońców rosyjskojęzycznych”.

Miał szczęście, bo stosunkowo blisko znajdowała się mobilna sala operacyjna z kijowskimi wojskowymi chirurgami. Jednak nie tak blisko, żeby uchronić przed zakażeniem otrzewnej, Drzazga w jamie brzusznej nie była sterylna. Nieśli go początkowo na noszach, tak jak Saszkę zza tarczy – tablicy reklamowej na Instytuckiej. Potem cywilnym Audi do tentu mobilnej sali operacyjnej.

Chirurg, już niemłody lekarz w starych okularach nie wahał się ni chwili, już po pobieżnym oglądzie od razu wydał polecenie:

– Na stół. Tam już intoksykacja. Tak szybko peritonitis się rozwijał… odporność zerowa, a niech to cholera.

On miał rację. Kazio już bredził. Na stole operacyjnym pod białą bezcieniową lampką, gdy drugi lekarz szykował znieczulenie, złapał chirurga za krótki rękaw zielonej piżamy i poprosił:

– Uratuj mnie, Kazimierzu…

Chirurg odpowiedział:

– Ja nie Kazimierz. Ale cię uratuję.

I powiedział do anestezjologa:

– Szybciej, Wasylu. Podawaj już.

Kazio się obudził po znieczuleniu w innym tencie, jaki był polowym pokojem intensywnej terapii. Wezwali chirurga. Ten natychmiast przyszedł, była przerwa między operacjami. Kazio już nie bredził, ale ból zoperowanego brzucha i głowy dawał się we znaki. Chirurg zrobił naznaczenia. Przed kolejną operacją, i kolejnym pacjentem powiedział:

– Ot, widzisz, chociaż nie jestem Kazimierz, to ciebie prawdopodobnie uratowałem. Kazimierz to jednak ty, bracie.

Kaziu nie zrozumiał. Chirurg wyjaśnił, o co mu chodzi, i zadał inne zapytanie:

– Jesteś Polakiem?

Słabym głosem Kaziu odpowiedział:

– Nie… Ukrainiec… imię polskie… doktor Kazimierz Metelski… uratował życie mi i mamie… gdy ona mnie rodziła… dlatego Kazimierz…

Chirurg skinął głową. On zrozumiał. Dorzucił –

– No, jasne, kozacze. A jam Ostap. Marenycz Ostap –

– i poszedł operować.

Kaziu wyszeptał:

– Syn będzie Ostapczyk…

Rehabilitacja w Charkowie była trudna. Immunitet naprawdę okazał się niskim, a chirurg wyciął półtora metra jelit.

Zadzwonił do Saszki. Ten poradził, jak się powinien zachowywać po takiej operacji. Miał przecież doświadczenie. Na koniec rozmowy przekazał komórkę Ańce. Ta chciała jechać do Charkowa. Kazio przekonywał ją że w tym stanie podróż nie ma sensu. Ańka, wstrzymując łzy, poprosiła:

– …повертайся живим.

Po dwóch miesiącach rehabilitacji wrócił na Donbas. Trafił do 28 brygady.

W brygadzie byli chłopcy, generalnie z południa, Odesy, Hersona, Zaporoża. Byli zresztą i z zachodu, kilka Lwowiaków.

Jednym z nich okazał się Hryc.

…………………….

-…Chłopcy! No, spójrzcie tylko! Cóż to się dzieje, Boże miły… Przeklęte ruskie świnie! Niechaj to całe zło do nich wróci!

W czasie „zaczystki” z kacapskich terrorystów Mariinki Kazio słyszał takie życzenia w każdej chacie. Pociski „ruskich świń” niszczyły nie tylko ludzi, także i dachy nad głowami mieszkańców nieszczęsnego miasteczka. W nim pozostali przeważnie starzy, słabi, ubodzy. Wybite okno, zerwany dach, zniszczone piece znaczyło dla nich katastrofę. A tak naprawdę śmierć.

Ofensywa „świń” zaczęła się o 04.30 rano 24 maja. Posypały się pociski, w tym reaktywne, z Gradów. Wszystko naokoło wybuchało, wzbijało, powietrze było pełne pyłu, kawałków cegieł i betonu, drzazg metalu i elementów konstrukcji budowlanych.

Razem z resztą chłopaków ze swego plutonu Kazio chował się przed dzikim artyleryjskim ostrzałem w wielkim okopie, który wcześniej wykopali. Usłyszeli komendę:

– Do boju!

Hryc wystawił lufę ręcznego RPK na margines okopu. Chłopaki przygotowali swoje kałachy, granaty, Kazio z trudem załadował bazukę Tszmiel.

Polazły „świnie”.

Przed bandziorami z bandy Sparta jechały dwa wozy opancerzone i dwa czołgi T72. Pierwszy wóz płonął już w pierwszej minucie walki, drugi uciekł. Bandytów ze Sparty obrzucili granatami, zasypali kulami. Uciec mogło niewielu. Reszta leżała naprzeciwko ich pozycji. Do niewoli nie brali, dostrzeliwali w łeb.

Dwa czołgi T72 nagle się zatrzymały. Żaden z nich nie wykonał ani jednego strzału. U pierwszego na wieży ukazała się biała szmata, chyba zawczasu przygotowana. Za minutę taka sama szmata ukazała się na drugim. Plutonowy krzyknął do chłopców:

– Nie strzelać!

A do tych w czołgach, głośno:

– Wychodzić! Ręce za głową! Broń na ziemię! Jeden ruch – was nie ma!

Z czołgu zaczęli wyłazić faceci w kamuflażu i hełmach czołgowych z grubej gumy. Na ziemię spadły kałachy, pistolety. Granaty grzecznie położyli obok.

– Poddajemy się…

Czołgistów obszukali, związali ręce taśmą mocującą, skierowali do sztabu brygady. Szybko przyszli saperzy, sprawdzili czołgi. Niespodzianek nie było. Dwa nowe T72 także pojechały do sztabu.

Walki trwały dziesięć godzin. Artylerii nie było, „mińskie warunki”. Słowo „Mińsk” doprowadzało tu do wściekłej i furii. Wszyscy przypominali prawdziwe nazwisko Poroszenki, zabrzmiały groźby kierowane ku „gnidzie Waltzmanowi z całą parchatą bandą”, obietnice „ATO w Kijowie”.

Trzydziestu żołnierzy musiało zginąć, zanim zaczęła pracować ukraińska „arta”. W ich plutonie śmierć poniosło czterech. Hryca na szczęście tylko poraniło, kula uszkodziła ścięgno. Kazia trafiła w ramię, lewe, więc strzelać mógł.

Artyleria zmiotła „stado świń” w pył. Kaukaskich trupów z brodami nikt nie nazywał „czeczeńskimi”, tylko kadyrowskimi, wszyscy pamiętali zabitego przez bandytów generała Isę Munajewa, jaki bohatersko walczył za Ukrainę. Nie brakowało zresztą wśród zdechłych „świń” osetyńskich i innych odpadów.

Kadrowi z „raszki”.

Kaziu usłyszał jak chłopcy opowiadali o tym że ci z sąsiedniego batalionu złapali sierżanta specnazu GRU. Był ciężko ranny. Płakał, prosił przebaczenia. „Uratujcie mnie”. Chłopaki poszli po nosze. Wrócili. Wnętrzności ruskiego sierżanta zwisały na gałęziach drzew. Rozerwał go pocisk gradu.

„Swoi” się postarali. I to był nie pierwszy taki przypadek…

– …a złożył przecież pokutę. Jak ten zbój…

Opinię Sławka, jeszcze jednego Lwowiaka, wysłuchano bez komentarzy.

Po „zaczystce” Kaziu szedł ulicami Mariinki. Żałosny widok wszędzie wokół, budynki z dziurawymi dachami, uszkodzonymi ścianami, połamane jabłonie, grusze, wiśnie, czereśnie, wszystkie owocowe drzewka w ogrodach. Zapłakani gospodarze, gospodynie, w przeważającej większości starzy ludzie.

Świeża zielona trawka, pyszne korony starych lip i topoli niby prosiły pomyśleć o lecie, życiu, czymś miłym i pokojowym. Tymczasem się nie dawało.

Nawet ptaszki śpiewały. Co tam im ostrzały…

Na drodze obok gmachu miejskiej rady Kaziu ujrzał kilku z zabranych do niewoli „świń”. Sądząc po uniformach, część ich była z bandy Sparta krwawego błazna „Motoroli”, który sam bał się walk, a zabijał, jak każdy śmierdzący tchórz, bezbronnych żołnierzy w niewoli. Oprócz „spartańców” byli członkowie innej bandy, jaka siebie nazywała „rosyjska armia”.

Wszyscy oni szli z rękami za głową i chórem, głośno, a nawet, jak się wydawało, chętnie skandowali:

– …Putin chujło! Putin chujło! Putin chujło! Putin chujło!..

Członkowie obu band dobrze wiedzieli, jak czynią z zabranymi do niewoli w ich kryminalnym środowisku. Dlatego byli gotowi przeklinać Samego Pana Boga, oby nie trafić na miejsce ofiar „Motoroli”. Tym bardziej że sami nie mieli nic przeciw takiej opinii o nacjonalnym liderze niewiadomej nacji.

Jeden z ukraińskich żołnierzy zakrzyczał:

– Na ziemię!! Mordami do dołu, kurwy!!!

„Świnie” w niewoli przestały chwalić swego wodza i posłusznie legli na ziemię. Mordami do dołu. Ukraiński żołnierz groźne spytał:

– Co tu gnidy robiliście?! Ile płacą wam?!

Jeden z tych, którzy przed chwilą publicznie określali istotę swego głównego pracodawcy, bąknął coś pod nosem, nie podnosząc łba. Żołnierz krzyknął jeszcze głośniej:

– Za cicho mówię, co?! Pytam: ile płacą wam, ścierwa?!!

Jeden z leżących na ziemi odpowiedział już głośniej:

– Pięć tysięcy hrywien

– Na miesiąc?!

– Tak…

Ukrainiec był gotowy wybuchnąć ze złości.

– No?! czy słyszeliście?!! Pięć tysięcy na miesiąc!!! A ja, żołnierz ukraiński, walczący o Ukrainę – 980!!!

Drugi żołnierz, stojący blisko Kazia, cicho powiedział:

– Nic, nic… jeszcze mośki tak, ot, będą nam o chujłu śpiewali, ze swymi chochołami janczarami… I Waltzman z synalem czosnkowym, posłem, i Mużenko, i Awakow, i Grojsman, i Turczynow, i Gontariewa, i Achmetka, mać ich kurwa… a potem położymy nosami do dołu, na Majdanie, aha…

I dorzucił:

…jak Boga kocham.

To co, mądrze uczyniłem z tym Wintorezem, pomyślał Kazio.

Jeszcze się przyda…

11.

TŁO

07.06.2015

Na londyńskim lotnisku Heathrow, Leonida powitali w czerwonym samochodzie Toyota Camry.

Zamiast jak dotychczas, w czarnym Bentleyu.

To już mówiło samo za siebie.

Usiadł obok kierowcy. Ten powiedział po angielsku, z fajnym brytyjskim akcentem:

– Back, please.

Bez sir.

Kierowca był szczupłym blondynem, miał ciemne okulary, błękitną koszulę bez krawata. Tego kierowcy nigdy wcześniej nie spotkał. Zwykłe był to atletyczny, jak sam Leonid, ciemnowłosy facet, zawsze ubrany w czarny przepisowy garnitur, białą koszulę z czarnym, klasycznym krawatem.

Leonid, zachowując milczenie, przesiadł się do tyłu. Kierowca nacisnął na gaz, samochód wyruszył.

Ale nie zwykłą drogą do miasta. Trasa wiodła akurat za Londyn na zachód.

– Co się stało? Gdzie jedziemy?

Na zapytanie Leonida kierowca uśmiechnął się w lusterku.

– Niech się pan nie niepokoi. Jedziemy tam, gdzie pana teraz mają spotkać i przyjąć.

Nigdy Leonid nie był w tak idiotycznej sytuacji. I jawnie niebezpiecznej. Co to znaczy, „przyjąć”? I co ma robić? Rąbnąć kierowcę z tyłu, ciosem w szyję? A co to da? Ot, tam, za nimi, w odległości stu metrów, biały Range Rower. Od samego lotniska ich pilnuje. A nawet bez tego białego… Dobra, niech się dzieje co chce.

Jechali około godziny. Potem wjechali na teren jakiejś posiadłości, coś jakby farma. Zwykły dom, dwa piętra, bez oznak luksusu. Z dali widać jakieś budynki, chlewy, nie chlewy, licho wie co.

Toyota zatrzymała się pod domem, przy samym ganku.

– Please. Sir –

– na twarzy kierowcy Leonid zauważył kpiący uśmiech.

Wysiadł się. Stał przy ganku, nie spiesząc się z wejściem do środka .

Drewniane drzwi, pomalowane na biało, uchyliły się. Na ganku ukazał się łysy mężczyzna w średnim wieku, w okularach bez oprawek. Czarne spodnie, czarne buty, biała koszula. Krawat klasyczny, brązowy.

Ciekawy początek.

– Dzień dobry, Leonidzie. Zapraszam do środka.

To był Arl Cunningham, pomocnik, sekretarz i pierwszy doradca lorda Alistera Finchlay’a. „Alistera cień”, jak go nazywali wtajemniczeni w kulisy pewnych spraw.

Leonid wszedł na ganek, powiedział „dzień dobry”. Cunningham podał mu rękę, a raczej dwa palce. Przepuścił w drzwiach przed sobą.

Weszli do małego hollu, gdzie stały dwa proste fotele obok stolika z czajnikiem i ciasteczkami. Ściany w zielonych kwiatkach, zielone firany na niewielkim okienku, na ścianach obrazki, kopie jakichś krajobrazów, prawdopodobnie angielskich. Wiejski interier.

Cunningham gestem zaprosił, gość usiadł, a on sam zajął drugi fotelik. Nalał herbatę do filiżanek.

– Może mleko, proszę?

Leonid nie pił herbaty z mlekiem, jak Angole. Grzecznie odmówił . Arl nalał sobie mleko z mleczniczki. Leonid czekał, kiedy wypije vis-a-vis. Arl uśmiechnął się z wyrozumiałością, odpił z filiżanki. Leonid za nim.

– Bardzo proszę, niech się pan nie obawia. Herbata z polonem nie należy do ulubionych angielskich napojów. Raczej rosyjskich.

Generał Kutiejnikow przełknął sarkastyczną aluzję. Teraz on ma jak bułhakowski Szarikow, „milczeć i słuchać”.

– Niestety, panie Leonidzie, mam dla pana nieco nieprzyjemne wiadomości. Bardzo mi przykro.

Wybierając się w tę podróż, Leonid Kutiejnikow nie miał nawet odrobiny nadziei na przyjemne wiadomości. Toyota, „back” bez „sir”, spektakularny „ogon”, niska klasa „przyjęcia” tylko potwierdzały trafną ocenę sytuacji.

– Sir Alister prosi pana o nie nawiązywanie z nim kontaktu, aż on sam nie da znać. Odtąd to ja będę pośredniczył w kontaktach między wami. Obawiam się, że to nie koniec nieprzyjemnych wiadomości dla pana, są jeszcze inne. Również dla pana kolegów, także dla SZEFA…

No właśnie. Szefa.

-…pana szef nie raczył się wsłuchać w głos zdrowego rozsądku. On już przegrał. Ale naiwnie sądzi że dyktuje warunki. To mówi samo za siebie. Najwyraźniej utracił adekwatność…

A czy nie wy go tak opracowaliście, chciał powiedzieć Leonid, czy nie wy utrzymujecie go w tej iluzji. Lecz sytuacja nie sprzyjała …

– …panie Leonidzie, rzecz cała polega nie na tym, czy on będzie na Kremlu. A na tym, kto odsunie go od władzy. Wy czy my. Ostatni wariant wiąże się z niezbyt dobrymi konsekwencjami wobec pewnych osób.

„Niezbyt dobre”… Wielki wybór, od drogowego wypadku, zawału czy wylewu, do celi w Hadze. A jedna z tych „pewnych osób” siedzi teraz na prostym foteliku w wiejskiej budzie naprzeciw angielskiego śluźnia. I nie może powiedzieć ani słowa. Takie, ot, „nacjonalne interesy”.

– …panie Leonidzie… Jednak muszę prosić pana o rozstrzygnięcie pytania o władzę w pana kraju. Pomimo że pana nie ma na listach sankcyjnych, a ma pan paszportu dyplomatycznego – proszę nie jeździć do Królestwa Zjednoczonego, również do wszystkiego co jest zjednoczone, Ameryka bądź Europa. Aż nastąpi rozstrzygnięcie… Na razie pana konta nie blokujemy. Nieruchomość także pozostanie. Czy będzie to na stałe, zależy od pana. No, i od pana kolegów, oczywiście.

Leonid nie wytrzymał.

– Panie Arle! Pan chce powiedzieć że mam przebywać wyłącznie w Rosji, aż Putina wyniosą nogami do przodu?..

Szeroki uśmiech Arla.

– Powiedziałem wszystko, nic dodać, nic ująć. Chociaż dodać… Pan widzi dalej od wielu pana kolegów i przyjaciół. O pana szefie nawet nie wspominam. Pan Putin na razie pozwala panu wyjeżdżać. Ma nadzieję na pana wstawiennictwo, jak i na wielu innych. Żebyśmy uznali aneksję Krymu i części Donbasu. Pan natomiast rozumie że tego nie będzie nigdy. Pana szef zapomniał że geopolityka, światowy ustrój nie są jego uprawnieniami w jego kompetencjach. Zrobić coś takiego bez zezwolenia uprawnionych i kompetentnych, tego się nie odpuszcza.

A któż mu cały czas wmawiał przeciwne, pomyślał Leonid. Uśmiechnięty Arl zdawał się czytać w jego myślach.

…- Kiedy starszy mówi do młodszego „rób jak chcesz”, ten drugi powinien odpowiedzieć: nie mogę tak czynić bez twego zezwolenia, przecież tyś starszy. Za taką odpowiedz premiuje się. Za każdą inną czeka kara. Tym bardziej, za inne czyny i działania. Tak czynił wasz Iwan Groźny, także Josif Stalin. Czemuż pan odmawia tego temu, kto zawsze stał nad wszystkimi groźnymi, gdziekolwiek by nie rządzili?..

Leonid bez pytania, czy można, wziął ze stołu, z pudełka, papierosa Rothmans. Arl podał zapalniczkę.

– W taki sposób, mamy rozwiązane ręce dla właściwych działań. Pan rozumie, że sankcje to tylko przekąska. Nieruchomość, konta et cetera też nie są głównymi daniami na tym bankiecie. Pan czytał książkę Jurgena Rotha?

Leonid skinął głową. Bo odzywać jakoś mu się odechciało…

– Tak, panie Leonidzie. Też ruchy niemieckich prokuratorów. Z naszego zezwolenia, na nasze zlecenie. Przyszła pora, żeby świat dowiedział się o OPRAWCACH tej okropnej masakry, Drugiego Katynia.

Nie ma już nic do stracenia.

– A czy panu się nie wydaje, Arle, że tym razem nie da się OPRAWCÓW nazwać także KLIENTAMI? I nie tylko co do Smoleńska?..

Teraz zapalił także Arl.

– Obawiam się, że dzisiejszy dzień jest dniem nieprzyjemnych wiadomości nie tylko dla pana. Ale warunki dla takich wiadomości TAKŻE DLA NAS stworzył, jak i wszystko, pański szef!

Cunningham zaciągnął się głęboko dymem z papierosa. Jego twarz wyrażała skupienie i nieugiętość. Czoło przecięła głęboka bruzda.

– Wasza pycha, wasze awanturnictwo, kryminalna oraz niewolnicza mentalność, niezdolność przewidywania konsekwencji, zacofanie, zwykła głupota i zwyczaj by wszędzie i zawsze machać maczugą – to wszystko obudziło najniebezpieczniejszego potwora. Okropnego monstrum!

Leonid nie ukrywał złowrogiego uśmiechu.

– A czyżby, panie Arle? Kogoż takiego obudziliśmy że aż szlag pana trafia? Przecież jesteście państwo tak wszechmogącymi. Kręcicie światem, jak pies ogonem. Nie wiecie, co to są pieniądze, nadrukujecie, ile sobie pożyczycie. Tysiące banków, instytutów, wszystkie konfesje religijne. Wszystkie monarchie świata. Ochroniarze – samo NATO! Każde państwo tylko waszą korną filią! Także my, do jasnej cholery. Komitet 300! Któż przeciw wam? Kto to taki okropny, jestem ciekawy!

Arl dostrzegł w spojrzeniu Leonida złośliwą satysfakcję. Westchnął.

– Boję się że pan nie rozumie rozgrywających się na naszych oczach wydarzeń. Tyle czasu pan spędził w Kijowie… Czy nie zadawał pan sobie czasem pytania: dlaczego taki pech was tam prześladuje? Pomimo waszego bestialstwa, ogromu waszej agentury i najbardziej sprzedajnych Żydów na wszystkich wyższych urzędach?..

To zdziwiło Leonida:

– Waszej agentury tam również nie brakuje. I gdzie to pan widzi pecha? Straty wojenne? Na to jest wojna. A to żeśmy na razie nie w Kijowie, nie we Lwowie, – no, nie z tym bydłem wynajętym tam iść. Jeszcze ostatniego słowa nie powiedzieliśmy…

W oczach Arla Cunninghama pojawiła się beznadzieja.

– Ot, jak… Jeżeli już tacy jak pan… Tak, daleko zaszło to wszystko. „Ostatnie słowo”. Czyli totalna wojna. Broń jądrowa, prawda? Taktyczna, a może i ta strategiczna? Już i do naszych brytyjskich granic lata pański złom z jądrowymi cackami. Panie Leonidzie. Kto jak nie pan powinien wiedzieć że naszego wywiadu dawno już stać na to żeby wiedzieć o wystartowaniu bombowca, jakiego zaprojektowano w stalinowskich czasach. I to jeszcze wtedy, gdy jego ekipa poszła do kibla przed tym, jak nas nękać swoim szumem na wszystkich radarach NATO. Że każda wasza rakieta z taką głowicą, jeżeli już będzie miała farta żeby wystartować, spadnie na wasze terytorium – mamy coś takiego, i pan o tym wie. Również o stanie waszego przemysłu kosmicznego. Tu i naszych zwiadów nie trzeba. Wszystko wasze spada jak na zamówienie, pomimo kropideł waszych popów – a może dzięki im? Cała wasza dziedzina rakietowa zależała od ukraińskiego Jużmasza. A teraz co? Boże litościwy, co się z wami dzieje? Marynarka wojenna? Jeden korwet Ross utopi cała flotę Czarnomorską w ciągu dziesięciu minut. A wasze przeciwokrętowe lądowe systemy wykończy każdy z okrętów VI floty US NAVY, choćby z Morza Śródziemnego. Tak samo z łodziami podwodnymi, część z jakich cudnie płonie, jak ten Orzeł. Wy choć rozumiecie, na jakim świecie jesteście? Na tym? Czy może już na tamtym? Czy pan się obawia że tutaj są pluskwy pana organizacji? TUTAJ? To dopiero katastrofa, rety…

Zapanowała minuta ciszy. Jak po nieboszczyku. Arl Canningham zapalił drugiego papierosa

– …słyszeć takie, przepraszam, bzdury nie od waszego starego osła Ławrowa, – lecz od pana? Skandal… I z kim to pan zamierza powiedzieć to „ostatnie słowo”? Z takimi jak ci dwaj z trzeciej brygady specnazu, jakich zabrali do niewoli faktycznie cywile? Jacy zdradzili wszystkie wasze wojenne tajemnice, że teraz ukraiński wywiad ma całą dyspozycję nie tylko na Donbasie, w Krymu, w Rostowskim obwodzie, – w samej Moskwie? Dzięki temu trzeciemu, podpułkownikowi z głównej siedziby GRU. Oni, a propos, są gotowi być świadkami aż na sądzie międzynarodowym, rzecz jasna nie na waszą korzyść. Zwłaszcza po tym, jak wy zrezygnowaliście z nich. Nawet brzytwy z waszej ambasady boją się dostawać. Wolą ukraińskie… A może to „ostatnie słowo” już powiedzieli? Wasi kadrowe żołnierze, którzy teraz maszerują w Mariince, radośnie śpiewając zgodnym chórem: „Putin… „… no, pan sam wie, kto. Na oczach całego świata. Na wszystkich komputerach. Na wszystkich tabletach i smartfonach. Na youtubie i wszędzie. To też wynajęte bydło? Pan tak może daleko zajść, przecież Putin wynajmuje także generałów…

Milczenie Leonida.

-…My stworzyliśmy wam wszystkie szanse. Za pomocą tego parszywego Żyda, złodzieja kryminalisty Poroszenki zaciągnięliśmy tę wojnę. Pozwalaliśmy działać waszej agenturze na wszystkich szczeblach Ukrainy. Robiliśmy kotły, kiedy was było bito jak króliki. Zbieraliśmy ten haniebny miński cyrk. Aż dwa razy. Zarządzaliśmy to „zawieszenie broni”, w swoim interesie, – i w waszym! I cóż? Nawet wtedy, gdyż wy, jak ostatnia łobuzeria, jak bandy włóczęgów Nowego Jorka, strzelaliście do tych w korytarzu Iłowajska i Debalcewa – także do waszych, którzy dostali się do niewoli – nawet po takim was bito! Po Iłowajskach i Debalcewych – Mariinka! Wbrew agenturze, wbrew zdrajcom, wbrew sprzedajnym Żydom i podżydom – biją was! I teraz to już nie tylko wasz problem. Nasz, bądź wszystko przeklęto!!

Twarz Arla Cunninghama poczerwieniała z gniewu.

– …Czy nie przez was zarządzany nami głupi cyrk pod nazwą Euromajdan został groźnym ostrzeżeniem i przykładem dla całej Europy? Czy warto było zabić Lecha Kaczyńskiego, żeby za pięć lat on nagle zmartwychwstał? A jak jeszcze traktować ten koszmar? I temu zmartwychwstaniu sprzyja nie kto inny, jak jego oprawcy! Dlaczego dopuściliśmy do tak fatalnych wyników prezydenckich wyborów w Polsce? Bo jakby zostawiliśmy tego waszego agenta, tępego buca, bezczelnego buraka, analfabetę – mielibyśmy jeszcze Majdan polski! A w samej Ukrainie? Tak, na razie działa nasz scenariusz. Giną ekstremiści, rzekomi patrioci, kraj jest faktycznie bankrutem, wszędzie nędza, rozpacz, rozczarowanie, korupcja, wojna trwa z pomocą naszych Żydów i waszych sowieckich zacofańców. ALE!..

Ot, tutaj Leonid się naprawdę przestraszył. Jednak był wtajemniczony, o wiele bardziej niż Ławrow. Nie Kreml. Rodzima loża. Oto kto może przekreślić nie tylko karierę.

– …Jak wyjaśnić że młodzi – i nie tylko oni! – w Ukrainie, obecnie mają w głębokim poważaniu już nie tylko waszą – naszą propagandę? Nie prymitywną, nie debilną, jak wasza – lecz doskonałą! Komu chociażby półtora roku temu takie coś mogło się przyśnić w najstraszniejszym śnie? Ci, ot, młodzi, jakich nic nie obchodziło wcześniej oprócz Lady Gagi, gierek komputerowych, kasy, glamouru, mody, seksu, samochodów, tabletów, piwa, dopalaczy – i narkotyków! – klękają wzdłuż drogi, po jakiej wiozą trumnę tego, kto zginął na wojnie? A któż rozpętał tę wojnę, jak nie wy? Czy byłoby tak, gdyby nie wasza tępa pewność siebie i zamiłowanie do awantur? Kto do waszych sabatów oślich choćby wspominał o Zaporoskiej Siczy? Kto zakładał wyszywanki? Kto miał „oseledcy”, czuby ci? Kto śpiewał hymn z dłonią, a teraz i pięścią u serca? Kto do waszych średniowiecznych wybryków był dumny z tego że jest UKRAIŃCEM? Nie SOWIECKIM, nie EUROPEJSKIM, nie KOSMOPOLITYCZNYM KIMŚ TAM BEZ RODU I PLEMIENIA? Kto marzył o odzyskaniu Ojczyzny, a nie o dobrobytu obcym kosztem? Garstka oszołomów! Zmarginalizowane dno społeczeństwa! Blazny! Trefnisie! A teraz?.. Cały kraj w tych czubach, wyszywankach, barwach narodowych. Nie europejskich, nie tęczowych. Zamiast „dzień dobry” – heil Putler? Przywitanie na esperanto? O, nie. „Sława Ukrainie, gierojam sława, sława nacji!”. I – niech pan zauważy!! – SMIERT WOROGAM. I kto powiedział że śmierci życzą tylko wam, niedołężnemu „trzeciemu Rzymowi”? Czy nadają się tacy na GLOBALIZACJĘ? Na MIĘDZYNARODÓWKĘ STADA? Na RZĄD ŚWIATOWY?? Natomiast na bataliony dobrowolcze – jak najbardziej! Wiecie już, co to jest, na własnej skórze. Kto i w jaki sposób potrafi sterować takimi? Jak ich zmanipulować? Za to jedno waszego botoksowego palanta trzeba publicznie stracić na placu i rozciągnąć na kole, jak w średniowieczu!! I to w online!!

Leonid nawet zapomniał o lęku. Tak szczerze cieszyć się, kiedy parszywe samopoczucie nie tylko u niego, lecz u kogoś jeszcze – nikt w przyrodzie nie może oprócz moskala.

Także dobrowolnie zniewolonego przez moskala.

– …Cóż to tak martwi was wszystkich? Co ma do stracenia nie kto inny – sam rząd światowy? Cały świat u stóp. Począwszy od potęg świata, cała Ameryka, cała Europa! Takie wołanie wniebogłosy – przez co? Nieprawdopodobne! Ukraina! Jaja jak berety! Supermocarstwo! Olbrzym gospodarczy, wojenna potęga, oaza dobrobytu! Koń by się uśmiał! Czy nie kupiliście już jej z patrochami, tę „potęgę”? Czy nie w kieszeni u waszych Rothschildów wszystkie dłużne zobowiązania Ukrainy? Czy nie wykupili oni cichcem lepsze ziemie, strategiczne przedsiębiorstwa? Jak ten rolniczy holding Mrija? Czy nie zadłużyliście, a raczej zdusiliście ich jarzmem kredytów waszego Światowego Funduszu Walutowego? Czy nie wasze kundle, wasze żydowskie zbóje tam teraz u władzy? Nie stać was już na manipulacje? Was, ojców i stwórców wszystkich manipulacji? O co panu chodzi? Co takiego zrobiliśmy? Jakie tam monstrum, jaki potwór? Jaka młodzież? Wyszywanki ich przestraszyły! z czubami! Poprawił mi pan humorek, Arle!..

Canningham chłodno spojrzał na Leonida.

– Zobowiązania dłużne, pan mówi? Ziemie i holdingi? Tak, prawda. Nasi Żydzi? Wcale słusznie. Na dzisiaj. Bo dzięki wam – właśnie tak! – nie mamy pewności w tym co będzie jutro.

Leonid nie mógł sobie odmówić złośliwego sarkazmu.

– Ano, tak, potwór oraz monstrum. Jak mogłem zapomnieć, przecież go obudziliśmy. Powstał od letargu, udał się z wielkiej Ukrainy do Wielkiej Brytanii zeżreć państwo i obalić Jej Majestat, a na deser podeptać kopytkami Pałac Buckingham.

Doradca jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie z powagą odparł.

– Do Londynu nie dotarł. Jak na razie. Za mały jest. Ale rośnie. Dość szybko rośnie. I gwoli sprawiedliwości powiem: nie tylko przez was. Wyście tylko narzędziem. Coś jednak się dzieje, panie Leonidzie. To, co jest… Wstyd powiedzieć, ale: nieprzewidywalne. Czego się nie spodziewaliśmy. Nowe, bo dobrze zapomniane stare. Muszę to uznać.

Leonid szyderczym tonem zapytał:

– Może pan jeszcze wspomni o cudach boskich?

Sir Arl Sedrick David duke Cunningham, arystokrata i mason w licznych pokoleniach, patrzył na niego jak na chorego umysłowo. I to nieuleczalnie.

– Porażka w walce z Bogiem to też okazja by o Nim wspomnieć.

Szczyt czarnego humoru Leonida.

– Syndrom Goliata, tak?

Arl Caninham westchnął i zapalił trzeciego Rothmansa.

– Niestety. Na to chorują nie tylko imperia…

Głęboko zaciągnął się Rothmansem, wypuścił dym i dorzucił z goryczą:

– …także ci nad imperiami.

EPILOG

Kazia puścili w ramach rotacji.

Urlop. Odpoczynek od wszystkiego.

Zanim pojedzie do rodziców na wieś, musi przejść badania przed komisją lekarską w Kijowie.

Zapaleniowa choroba trzewna i jelita, konsekwencje przenikającego poranienia jamy brzusznej.

Ale miał w Kijowie inne, nie mniej ważne sprawy.

Prosto z dworca pojechał na Peczersk. Dotarł metrem, potem pieszo.

Przed domem on zobaczył Ańkę. Wieszała bieliznę na sznurach między słupkami.

Schudła, jak jej brat Saszko. Chociaż nie została ranna.

W każdym razie ciało nie zostało zranione.

Kazio zbliżył się do drewnianego płotka, dawno temu pomalowanego na zielono.

Ańka podeszła zobaczyć, kto to tam za płotkiem. Trzymała w rękach kolorową koszulę Saszki, mokrą po praniu.

Koszula wypadła z rąk…

Kaziu zamknął za sobą furtkę. Ona stała bez słów. Dlatego Kazio zatrzymał się o krok do niej i zapytał:

– Tobie podoba się imię Ostap?

Ańka odpowiedziała:

– Piękne imię

I rzuciła się mu na szyję.

09.06.2015

Redakcja: Roma Krzewska