Jest oczywistym, że głównym motywatorem do posiadania dziecka, oprócz możliwości utrzymania założonej rodziny, jest to, żeby mieć gdzie go wychować.
Wychować, a nie wyhodować – bo posiadanie dwójki lub więcej dzieci w mieszkaniu typu 45 metrów (w Warszawie to wydatek około 600 000 zł) sprzyja raczej hodowli niż wychowywaniu.
Po 8 latach w opozycji spodziewałem się od PO poważnej propozycji w tym zakresie (chociaż sam raczej z pomocy państwa przy nabyciu mieszkania juz nie skorzystam). Zwłaszcza, że PO już raz próbowała problemowi zaradzić.
W 2009 r. zlikwidowano Krajowy Fundusz Mieszkaniowy udzielający preferencyjnych kredytów na budowę mieszkań w TBS-ach.
Wprowadzono MDM, gdzie do 2015 r. udzielono… ok. 24 tysiące kredytów. Strasznie dużo, prawda? w 38 milionowym kraju.
A nie można zapominać, że PO zlikwidowała program „Rodzina na swoim” wprowadzony przez PiS, który umożliwiał kupno mieszkania także na rynku wtórnym, a nawet budowę własnego domu, czy jego remont i rozbudowę. W efekcie kredyty z MdM stanowiły (wg Zwiazków Banków Polskich) 7,9% wszystkich nowo udzielonych pod względem wartości kredytów w sytuacji, kiedy w „Rodzinie na swoim” wynosił – w 2012 r. 47%! Jest różnica, prawda?
Program MdM był tak ustawiony, że niewykorzystane kwoty wsparcia z danego roku nie przechodziły na rok następny. Poza tym wsparcie miało trafiać do rodzin kupujących nowe mieszkania. Nie każdego było na nie stać!
Program ten wspierał osoby bogate nie tylko dlatego. Przepisy umożliwiały taką operację (znam nawet osoby, które te operacje z sukcesem przeprowadziły): jeżeli ktoś miał pieniądze, zeby kupić lokal za gotówkę, to występował o kredyt z MdM. Za moment spłacał cały kredyt i w ten sposób kupił mieszkanie taniej o rządowe wsparcie. Był to więc program „bogaty plus”.
PO popełniła tu jeden z większych błędów – beneficjentami MdM okazali się głównie mieszkańcy największych miast. Kiedy przyszły wybory w 2015 r. to małe miasta i miasteczka, głównie ze ściany wschodniej, pięknie podziękowały PO za dalszą obsługę.
Chyba jednak zauważono problem przed wyborami, bo podjęto próbę nowelizacji programu. Wprowadzono klauzulę, że kredytu MdM nie można spłacić przez 5 lat. Umożliwiono nabywanie mieszkań z rynku wtórnego (deweloperzy byli niezadowoleni z tej zmiany i w pewnym sensie mieli rację, bo to budowa nowych mieszkań rozwija gospodarkę i w tym kierunku powinno iść twórcze myślenie racjonalnego ustawodawcy, żeby ludziom opłacało się kupowac nowe mieszkanie, zeby było ich na nie stać).
Wprowadzono limit cenowy dla zakupu mieszkań w różnych częściach Polski – wsparcie można było dostać tylko wtedy, kiedy cena metra mieszkania miesciła się w limicie ustalonym przez danego wojewodę. Efekt był w stanie przewidzieć każdy, kto cokolwiek ma wspólnego z prawem i społeczeństwem: zaczęły się płatności pod stołem.
W efekcie cały program mieszkaniowy PO to był – w mniejszym lub większym stopniu – powrót do rozwiązań, które wprowadzał PiS.
Nie nudząc więcej prawniczym wywodem na temat rozwiązań mieszkaniowych zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej przeprowadzić jakąś rewolucję: wycofać się z przepisów chroniących lokatorów, czyli wprowadzić obligatoryjną umowę najmu w formie aktu notarialnego z art. 777 kpc. Jeżeli lokator by nie płacił, to sąd nadawałby takiej umowie klauzulę wykonalności i komornik mógłby wyrzucić rodzinę na ulicę.
Utoworzyć fundusz mieszkalnictwa komunalnego, na który byłaby przeznaczana jakaś suma pochodząca od wynajmujących (umowy byłyby zawierane w formie aktu notarialnego, więc nikomu nie opłacałoby się wynajmowanie na czarno). Z funduszu tego gmina miałaby obowiązek budować budynki dla wyrzuconych na bruk ludzi, którzy nie płacili czynszu.
Wycofać się z programu 500 plus i przekierować środki sta płynące na rozwój mmieszkalnictwa.
Ustawy wprowadzić albo stopniowo, albo przynajmniej z dwuletnim opóźnieniem, żeby rynek mógł się na nie przygotować, a gminy – w tym czasie – wybudować budynki komunalne.
Mając na uwadze stan historyczny, który powyżej opisałem w skrócie, nie ryzykowałbym na miejscu PO. Okazało sie bowiem, że błędy, m.in. w mieszkaniówce drogo ich kosztowały, a pomysły PiS były tu po prostu lepsze. Być może to właśnie te pomysły należało kontynuować i rozwijac je. Nie wiem, nie jestem ekspertem, tylko prawnikiem.
Nie wiem, na ile dobre są idee, które tu przedstawiam (do pomysłu im jeszcze daleko, a do projektu odpowiednich przepisów jeszcze dalej), ale wydaje mi się to znacznie bardziej rozsądne, niż kolejne sypanie pieniędzy do worka bez dna, które zaproponował lider PO.
I żeby nie było tak słodko dla PiS – polityka tej partii obecnie sprawia, że ceny mieszkań we wszystkich miastach i miasteczkach zupełnie oderwały się od możliwości finansowych ludzi. To pogłębia spadek dzietności, a nie „nowoczesny styl życia”. To, że taki styl wiodą politycy i celebryci nie oznacza, że jest on cechą charakterystyczną dla całego społeczeństwa. Po prostu ludzie są bardziej dojrzali i odpowiedzialni i nikt nie będzie płodził 5 dzieci, jak proponuje arcybiskup krakowski, tylko po to, żeby mieszkać z nimi na 40 metrach kwadratowych.
Dlatego – jeżeli sytuacja w mieszkaniówce się nie zmieni, to populacja Polski będzie się kurczyć. Oczywistą oczywistością jest – jak mawia pewien szeregowy poseł z Żoliborza, że trend ten musi się jak najszybciej odwrócić.
W tym celu potrzebna jest zmiana na polityków nie bogoojczyźnianych, ale obywatelskich, myślących o dobru wspólnym, o którym „Dobra zmiana” dawno zapomniała. Podoba mi się inicjatywa samorządowców, którzy w tych wyborach chcą być wybrani do Parlamentu. Może to jest dobry kierunek. Może potrzeba ludzi bardziej „przyziemnych” niż ci, co podpowiadają D. Tuskowi pomysły powstałe za stolikiem z dobrym alkoholem i w oparach drogich cygar?
Ktoś coś sądzi na ten temat?
Fot. Pixabay.com
Zostaw komentarz