Zacząłem się zastanawiać nad tym, kiedy ostatni raz zostałem zawołanym. Rzecz jasna w taki sposób, który związany był z jakąś poważną rozmową na mój temat, na temat mojego życia. Zawołany przez kogoś, komu nie jestem obojętny, kto dobrze mi życzy i chce mi w związku z tym coś przekazać. Najczęściej nie poprawić humor, powiedzieć kilka banałów, ale przekazać coś trudnego.
Na szczęście, mam kilku przyjaciół, którzy regularnie to robią. I to sobie bardzo cenię, choć nie zawsze potrafię za to odpowiednio podziękować. Tego dopiero muszę się nauczyć. Poza tym, każdego dnia czuję się zawezwany i idę, albo do św. Marii Magdaleny, albo do św. Krzyża, albo do oo. Bonifratrów i słucham, co On ma mi do powiedzenia. Idę, bo mam blisko i wszystko jest dostosowane do rytmu dnia (ani za wcześnie, ani za późno). Nie wiem, czy gdybym musiał iść ten kilometr więcej, czy bym chodził. Zastanawiam się nad tym. W kazdym razie te słowa zapadają się gdzieś we mnie i licze na to, że kiedyś nabiorą mocy jak moje geranium, z którego urodziło się już 15 drzewek.
Szkoda mi tych ludzi, których nikt nie wzywa po imieniu, którymi nikt tak naprawdę się nie interesuje. Którzy nie mają szansy usłyszeć trudnych słów na swój temat, a jedynie zadawalają się standardowym „co tam u ciebie słychać kochana?” / „jak się miewasz?” wiedząc, że odpowiedź i tak nie będzie wysłuchana.
Myślę sobie, że największą wartością są teraz trudne słowa na swój temat, bo tylko one mają moc ciosania charakteru i zmieniania na lepsze. Najlepiej jeśli wypowiadają je przyjaciele, ale i ludzie nieprzyjaźni „niechcący” mogą się do tego dobra przyczynić.
Dobrze jest być zawołanym po imieniu.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz