W 1999 roku jako student ostatniego roku politologii na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (późniejszy Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie) zostałem zauważony i wyróżniony przez ks. prof. Helmuta Jurosa, mojego mentora i patrona, któremu wiele w życiu zawdzięczam. Zaprosił mnie do udziału w wyprawie naukowej do Republiki Federalnej Niemiec.
To był mój drugi w życiu wyjazd do Niemiec.
Pierwszy miał miejsce bodaj w 1991, do Bad Marienbergu w Westfalii-Nadrenii, w którym mieścił się jeden z Europa-Hausów i gdzie nasi zachodni sąsiedzi na swój sposób, na nowo budowali swoją Mitteleuropę, tylko inteligentniej niż pół wieku wcześniej. Inwestowali w młodzież z Europy Wschodniej licząc na późniejsze owoce. Zawsze podziwiałem Niemców za to ich dalekosiężne myślenie i umiejętność wypracowania konsensusu ponad podziałami ideologicznymi. Z tego wyjazdu pamiętam głównie trzy rzeczy: głośne przekleństwa robotników pracujących na pobliskiej budowie (swojsko brzmiące, bo po polsku i czesku) oraz małżeństwo, które gościło mnie (z przydziału) w swoim domu. Starszy pan dużo czasu poświęcił na objaśnianiu mi do czego służy ubikacja (tak jakby miał do czynienia z dzikim), ale najbardziej zastanowiło mnie jedno. Mianowicie już wtedy starszy pan miał wybitną wyobraźnie ekologiczną i tłumaczył mi, ze po sikaniu nie trzeba spuszczać wody w kiblu, tylko po grubszych sprawach. Ten tego, wiadomo. Pamiętam też, jak swoim wyuczonym w Technikum Hotelarskim w Wiśle niemieckim, którego uczyła mnie zupełnie odleciana kobieta (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu), w miejscowej aptece chciałem kupić reklamowany wówczas u nas Corega Tabs, środek do mocowania sztucznych szczęk. Po latach uświadomiłem sobie, że to, co dla nas pachniało Zachodem, wcale nie musiało być obecne w świadomości ludzi Zachodu. Poza tym ja wcele nie potrzebowałem tego środka, ale dałem się otumanić reklamie…
Wracając do niemieckiej wyprawy z ks. prof. Helmutem Jurosem. Odbyła się ona w sposób całkowicie zaplanowany. Wielu moich znajomych z roku mówiło, że ks. Helmut myśli tylko po niemiecku i stara się to wypowiedzieć po polsku i wtedy większość z nas go nie rozumie. Ks. Juros był uczniem Karola Wojtyły, tam ukształtował się intelektualnie i duchowo. Był i jest znakomitym znawcą metodologii nauk i filozofii życia społecznego. Plan był taki, ze ruszamy do RFN, ale z przystaniem na Opolszczyźnie, w rodzinnym Osieczku. Tam ksiądz profesor przewidział obóz przystosowawczy do wjazdu do Niemiec. Jechaliśmy autem profesora, chyba Golfem 2. Było nas poza profesorem trzech, jeden to obecnie prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, drugi – często występujący w mediach ogólnokrajowych głównie opozycyjnych komentator życia politycznego, no i ja, kapibara. Z Osieczka mieliśmy wyruszyć o 7 nad ranem, żeby dojechać na wieczór do Kolonii. Profesor zarządził ogolenie się. Ogolenie się było w perspektywie profesora warunkiem jakiejkolwiek rozmowy. Moi koledzy karnie poddali się poleceniom szefa, ale ja akurat miałem zarost 3-dniowy, a goliłem się dopiero 4. dnia gdyż tak miałem wyliczone i to pasowało do mojego stylu życia. Pozwoliłem sobie na opór, i widząc mnie nieogolonego w golfie Ksiądz Profesor wielokrotnie utyskiwał dając do zrozumienia, że na granicy możemy mieć przez to problemy. Pamiętam jak dziś, że jednym zdaniem wspomniał o mnie jako o „nieogolonym Cyganie” i zabronił mi wtedy kłaść jakiekolwiek rzeczy na półce za tylnym siedzeniem. Potem dowiedziałem się, że niekładzenie rzeczy w tym miejscu odróżnia ludzi cywilizowanych od niecywilizowanych, czyli ode mnie.
Dojechaliśmy jednak do Kolonii i wówczas ks. Helmut dał każdemu z nas po 50 marek niemieckich. W banknotach. W kopercie, kulturalnie. O mało nie odleciałem. Przez chwilę siedziałem i dotykałem te banknoty. Po zwiedzeniu katedry w Kolonii, poszedłem rozejrzeć się po mieście. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem wówczas tureckie sklepy w sercu Niemiec. Nie pojmowałem tego. Ale najbardziej zszokowała mnie jednak rzecz, że tak piękne albumy ukazujące europejski gotyk, ciężkie na 3 kilogramy mogłem kupić tam dużo taniej niż w Polsce. Było w tym coś apokaliptycznego, zapowiedź upadającej cywilizacji.
Zostało mi kilka marek, wstąpiłem do jednego z kościołów, a ponieważ pół roku wcześniej Cyganie ukradli mi dwa rowery na Węgrzech i resztę podróżnego dobytku, odnalawszy figurę św. Antoniego postanowiłem poprosić go o pomoc w ich odnalezieniu. Co ciekawe, na skarbonie widniała opłata: 2 marki. Poskąpiłem i wrzuciłem jedną. Po kilku miesiącach znalazł się… jeden rower, po który na wiosnę 2000 roku pojechaliśmy na Węgry. A mogłem wrzucić dwie marki! Antoni jest jednak na usługach Niemców!
W powrotnej drodze Ksiądz Profesor polecił obecnemu prominentnemu politykowi Platformy, żeby dał mi poprowadzić Golfa po niemieckiej autostradzie. Ależ miałem wówczas ubaw i radochę, ale po przejechaniu jakichś 600 km zacząłem przysypieć i Profesor kazał mnie zastąpić przyszłym prominentnym politykiem Platformy. On sam później żartował, że byłem tak już zmęczony, że aby się dowiedzieć o swoim istnieniu dotykałem opuszkami palców swoich powiek. Może miał rację.
Jakże to miły były czasy!
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz