Przepraszam.

+++

Wstęp

Ta książka powstaje od ponad 20 lat. Ze wszystkimi tego negatyw-nymi i pozytywnymi konsekwencjami. W tym czasie opublikowałem sam lub we współautorstwie 20 monografii naukowych, 19 książek pod moją redakcją oraz dziesiątki artykułów naukowych. Nie piszę tego, aby się chwalić, bo ilość nie musi oznaczać z automatu jakości i czasem przeradzać się w zawracanie głowy czytelnikom. Piszę to po to, by samemu sobie i Czytelnikowi uzmysłowić, że jest to na swój sposób książka wyjątkowa. Książka, której mogłoby nie być, gdyby nie obiecywanki rozpylane w FB. Poza tym to nie moja książka. Ona się do mnie tylko przykleiła.

Po pierwsze, zawiera ona zapis moich osobistych obserwacji ludzi żyjących na Bałkanach i sytuacji w jakich się znalazłem od 1995 roku, gdy po raz pierwszy tam się pojawiłem, a potem przynajmniej raz w roku odwiedzałem. Moje obserwacje nie były zawsze zgodne z me-todologią nauk społecznych, często ją wręcz negowały lub drwiąco kontestowały. Miałem zwyczaj dosiadania się do starych ludzi na dworcach kolejowych, autobusowych lub w parkach i zadawania jednego lub dwóch pytań i pogrążania się w słuchaniu ich opowieści zżyci. Wydaje mi się, że opanowałem do perfekcji sztukę rozwiązy-wania języków ludzi starych, chcących i umiejących opowiedzieć mi historię XX wieku. Bałkany „zwiedzałem” zawsze według znanego schematu, którego istotą było niekorzystanie z jakichkolwiek, nawet najtańszych usług noclegowych. Spałem zatem: na dworcach kole-jowych, autobusowych, opuszczonych domostwach, rozpoczętych budowach, lasach, cmentarzach, przydrożach, pastwiskach, a nawet na polach minowych (czego świadomość mieliśmy na szczęście post factum). Spało się byle jak, byle gdzie, ale zawsze w znakomitej at-mosferze, która rekompensowała pewne niedogodności lokalowe. To pozwalało lepiej zrozumieć miejsce, które nas gościło i ludzi, któ-rzy dzięki temu stawali się wobec nas bardziej otwarci. Przede wszystkim jednak pozwalało to na poznanie smaku i zapachu ziemi, którą odwiedzaliśmy.

Po drugie, książka ta stanowi zapis mojej samoświadomości, mojego zmagania się z obrazami Innych, ich kultur, przyzwyczajeń, uzależ-nień. Porównując się z ludźmi innych kultur odkrywałem te aspekty mojej tożsamości, które pozostawały ukryte przed samym sobą. Coraz częściej odnosiłem wówczas wrażenie, że tak naprawdę to jestem człowiekiem Bałkanów i bardziej pasuję do tamtej części świata niż do pępka Europy Środkowej czyli „książęcego” Cieszyna. Kilka razy czytałem fenomenalny esej „Ten Inny” Kapuścińskiego i rozumiałem, że tylko poprzez odniesienie się do innych, możemy lepiej zrozumieć swoje „ja” (kulturowe). Ci bałkańscy inni, mimo, że się ich wypieram, są cząstką mnie. Czy mi się to podoba czy nie.

Po trzecie, dopiero po ok. 20 latach odkryłem, że moje podróże na Bałkany od samego początku były próbą autoterapii i zrozumienia, a może raczej zagłuszenia tego, co mnie psychicznie przerasta, za-trważa i zniewala. Moje wyprawy bałkańskie były mniej lub bardziej udaną próbą mierzenia się z demonami, które towarzyszyły i nękały mnie od dzieciństwa. Ta ucieczka, zazwyczaj 2-3-tygodniowa, do świata pełnego obskurnych i podupadających dworców kolejowych, Cyganów w kolorowych strojach, uśmiechniętych dzieci bez zębów, bazarów, na których sprzedaje się mięso w temperaturze 40 stopni Celsjusza w towarzystwie much wielkości wróbli, starych ludzi żyją-cych mentalnie w byłej Jugosławii – wytrącała mnie choć na kilkana-ście dni ze środowiska, które było mi może nie tyle nieprzyjazne, co nierozumiejące moich rozterek duchowo-intelektualnych. Bałkany stały się dla mnie swego rodzaju katalizatorem czegoś, co nie do końca potrafiłem wyrazić. Przyciągały mnie przez kilka pierwszych lat, później przyciągały i odpychały jednocześnie. Uczyły mnie poko-ry i buntu jednocześnie. Bałkany stały się moim wielkim ośrodkiem psychoterapeutycznym z rzeszą niezliczonych samozwańczych psy-chiatrów i psychologów. Jako pacjent odczuwałem z jednej strony uległość i chęć skorzystania z terapii, z drugiej robiłem wszystko, by wreszcie znormalnieć i nie musieć już tam więcej jeździć. Bo Bałkany to okropne miejsce. To miejsce, w którym wszyscy są pacjentami, a tylko ci, którzy to zrozumieli, udają lekarzy. I ludzie tam umierają z otwartymi oczami.

Struktura tej książki opiera się na analfabecie. Uznałem, że współ-czesny odbiorca trudniej tym sposobem przyswoi sobie jej treść. Każde hasło ma kilka zdań i dotyczy wybranego przeze mnie aspektu rzeczywistości bałkańskiej. Teksty powstawały przez ponad 20 lat, dopiero w ostatnim czasie starałem się je ujednolicić pod względem „dynamiki” i stylistyki. W pewnym momencie uznałem jednak, że warto z tego zrezygnować, by tym sposobem nie koloryzować wspomnień sprzed 20-15-10 lat. Dobór tematów haseł jest czysto autorski i nie wynika z jakiejś metodologii badań bałkanistycznych. Podróżując po Bałkanach zwracałem uwagę na jedne rzeczy, ludzi i zjawiska, a inne z pewnością mi umykały. O tych umykających być może powstanie kiedyś druga książka.

Pisząc tę książkę posłużyłem się następującymi metodami badaw-czymi: komparatystyczną (gdyż porównywałem idiotów z ludźmi mądrymi), behawioralną (gdyż śledziłem z uwagą powtarzalne za-chowania starych ludzi przesiadujących na ławeczkach przed domo-stwami z tymi, którzy siedzieli do nich odwróceni plecami), syste-mową (gdyż Bałkany stanowią system zamknięty, a jak się tylko roz-szczelnia, to cała Europa ma wtedy problem); instytucjonalną, gdyż podróżowałem koleją żelazną, która jest instytucją par excellance.
Ta książka w zasadzie miała nie powstać. Notatki poczynione w pa-mięci, rzadziej w formie pisemnej, miały co najwyżej stać się asump-tem do efemerycznych reminiscencji czynionych w gronie znajo-mych, w większości współuczestników wycieczek, po kilku głęb-szych. Ostatecznie powstała w efekcie zachęty ze strony znajomych i przyjaciół, którzy na FB uznawali moje posty podróżnicze za godne uwagi. Dziękując im za dobre słowo i życzliwość, z pewną nieśmiało-ścią poddaję pod osąd szerszej publiczności efekty moich obserwacji poczynionych w trakcie wypraw bałkańskich.

Im częściej czytam ten maszynopis, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o swoim grafomaństwie i o tym, że ta książka nie po-winna była w ogóle powstać. Te słabe literacko majaczenia na temat sytuacji i ludzi, ta toporna narracja aspirująca do rangi literatury, te nieśmieszne żarty – to wszystko skłania mnie ku temu, aby przy-szłego czytelnika z góry przeprosić za doznane urazy i rozczarowania. Bronię się jedynie tym, że zasadniczo to nie ja jestem autorem tej książki, ale ten on. To do tego onego trzeba zgłaszać pretensje.

Raz jeszcze serdecznie przepraszam za napisanie tej książki.

Trzy razy się w życiu na serio zakochałem. Pierwszy raz po szczeniacku w szkole podstawowej. W Gabrysi. Drugi na serio, trzeci raz z desperacji, ale na swój sposób też prawdziwie. Do dziś pamiętam to drżenie myśli i gotowość oddania całego siebie. Potem pogodziłem się z tym, że mogę już jedynie godnie się zestarzeć. Nikt nie może być bogiem dla siebie. Nie może też, jeśli wciąż patrzy w gwiazdy, zrozumieć i zrobić wielu rzeczy. Tylko prawdziwa miłość jest w stanie przełamać ten algorytm.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.