„Napiętnowani” w polskim kościele katolickim (przynajmniej dla niektórych) są to ludzie kochający swoją Ojczyznę, którzy nie boją się otwarcie manifestować swojego przywiązania do narodowych tradycji, manifestować swój patriotyzm…

Muszę powiedzieć szczerze, że coraz mniej zaczynam rozumieć z tego co dzieje się (w niektórych przypadkach) w naszym Kościele. Tyle się mówi o miłosierdziu, nawróceniu, potrzebie przygarnięcia każdego grzesznika, tego który błądzi itd. Papież Franciszek spotyka się z prostytutkami, transseksualistami, gejami itp. Miłosiernie patrzy się na cudzołożników i rozwodników (niektórzy nawet – wbrew nauczania Chrystusa w Ewangelii – chcieliby ich dopuścić do Komunii św.). Mówi się, że w Kościele jest miejsce dla każdego, że Kościół jest otwarty, że jest Matką…

I to wszystko jest prawda!!! Taki jest Kościół Chrystusa! Ale czy aby na pewno? Tak do końca? Zaczynam szczerze w to wątpić. Czy naprawdę w tym Kościele jest miejsce dla wszystkich? Oczywiście jest to pytanie retoryczne.

Oto bowiem ostatnio, jak się okazuje, beee w kościele (przynajmniej dla niektórych) są ludzie kochający swoją Ojczyznę, którzy nie boją się otwarcie manifestować swojego przywiązania do narodowych tradycji, manifestować swój patriotyzm… czyli tzw. narodowcy. Posądza się ich o wszelkie zło jakie tylko może istnieć. Nazywa się ich faszystami, rasistami, szowinistami i kim tam jeszcze… I wcale się nie dziwię temu jeśli robią to polskojęzyczne i antypolskie gazety z GW na czele (prawdziwa liderka w tej dziedzinie). Dziwiłbym się gdyby było inaczej. Jeśli jednak pod muzykę skomponowaną z antypolskich nut zaczynają tańczyć nawet niektórzy hierarchowie to stawiam sobie pytanie: o co tu chodzi?

Jeśli nawet tzw. narodowcy w czymś błądzą, przesadzają… to czy tym bardziej nie trzeba ich otoczyć duszpasterską opieką, aby sprowadzić ich na właściwą drogę, ukazać im sens prawdziwego patriotyzmu? Przygarnąć ich, zaprosić do kościoła… A tym czasem odbiera się im duszpasterz, zakazuje się mu publicznych wypowiedzi itd. Oczywiście nam na myśli swojego imiennika ks. Jacka Międlara.

Nie raz słuchałem jego kazań umieszczonych w Internecie. Dwa razy, i to bardzo uważnie, wysłuchałem owego słynnego kazania wygłoszonego w Białostockiej Katedrze, za które to kazanie tak się niektórzy kajali, niemalże w prochu ziemi. Jako teolog i moralista nie jestem w stanie dopatrzeć w kazaniach ks. Jacka czegoś sprzecznego z Ewangelią czy Magisterium Kościoła. Widzę młodego, gorliwego kapłana, który chce sprowadzić do Owczarni owieczki hasające gdzieś poza Owczarnią. Widzę patriotę zatroskanego o swoją Ojczyznę i wiarę w niej. Czy to jest grzech!? Przestępstwo?!

Kara się gorliwego kapłana i patriotę, ale nic się nie robi jak po zebraniach partyjnych, telewizjach i gazetach lata niejaki ks. Kazimierz Sowa opowiadający swoje farmazony, ba wspierający finansowo, wiadomo jaką, partię. Tu wszystko jest OK! Nie zakazuje się mu publicznych wystąpień. Czyżby jakiś dualizm?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że gdyby dzisiaj żył Sługa Boży ks. Piotr Skarga, ks. Piotr Warzyniak, ks. Piotr Ściegienny, św. o. Maksymilian Maria Kolbe czy bł. ks. Jerzy Popiełuszko, to dopiero mieliby przechlapane na całego. Przechlapane nie tylko u lewackich, antypolskich mediów, ale… u swoich.

Autor: dk. Jacek Jan Pawłowicz/portal areopag21.pl
Fot. youtube.com/irydion.pl