Pod Satu Mare gdy wracaliśmy z podróży służbowej dosiadł się do nas stary Rumun. Wsiadł do auta jakby do taksówki, którą zamówił. Pachnął stadem owiec, bryndzą u alkoholem rodzimej produkcji.
– Trzy tygodnie na was czekałem – powiedział z delikatną nutą pretensji stary Rumun. – ten za kierownicą to naprawdę dyrektor biblioteki? – zapytał z niedowierzaniem nas pasażer. – Dziwne, u nas tacy jak on noszą zawsze takie majestatyczne czapki z sierści piżmowoła.
– Tak, to dyrektor, prawdziwy, najprawdziwszy i normalnie też nosi czapki, tylko na czas podróży zdejmuje. – starałem się bronić reputacji swojego zwierzchnika. A jak jest bardzo zimno to ubiera nawet dwie – dodałem. Poza tym on już od wielu lat nie czyta książek, za to nakazuje innym ich czytanie i wyrywkowo przepytuje z ich treści, której nie zna, ale tak mocno marszczy czoło słuchając odpowiedzi, jakby je znał na pamięć. Wzbudzając tym sposobem respekt.
– Albo nawet trzy czapki ubiera – zakrzyknął chudy mężczyzna w czerwonej kurtce prawie nie zajmujący miejsca w aucie.
Dyrektor biblioteki był z naszej konwersacji wyraźnie niezadowolony i w pewnym momencie włączył na cały regulator pieśni religijne z odtwarzacza. W tym czasie miniaturka samochodzika na gogle maps zbliżała się do Miszkolca, gdzie zamierzaliśmy zakupić duże ilości białego wina. Atmosfera w aucie gęstniała z minuty na minutę. Nikt nic nie mówił. Wszyscy patrzyli w szyby ociekające kwietniowym deszczem.
– Uwaga! – krzyknął głośno stary Rumun – mangalica. – jesteśmy zgubieni, rozjechałeś pan oryginalną mangalicę, świnię
wielkomadziarską, waleczną jak lew i kudłatą jak owca. Węgrzy nam tego nie wybaczą.
Przed samochodem zaległa rozjechana mangalica. Jej wzrok skierowany był w kierunku stepów mongolskich, skąd pochodzi ten gatunek niezwykle agresywnej świni, na pół hodowlanej, na pół dzikiej.
Chudy mężczyzna w czerwonej kurtce prawie nie zajmujący miejsca w aucie zaproponował niespodziewanie modlitwę w intencji potrąconej mangalicy. – W niebie będzie jej lepiej niż na tym pustkowiu między Miszkolcem a miejscowością, której nazwy nikt z nas nie potrafił nawet przeczytać, bo język węgierski powstał na złość ludziom używających normalnych języków.
– Całe szczęście, że to się nie stało w Rumunii – powiedział stary Rumun. Wtedy by nas w mediach obsmarowali. Madziarom takie sytuacje wychodzą na sucho. Węgrzy nie mają sumień – powiedział – tylko serca z kamienia, kilogram flaków i te ich cholerne papryczane oczy. Oni w zasadzie do wszystkiego dodają paprykę. Węgierskie matki jak karmią z cyca dzieci, to co trzecie ssanie odstawiają pierś i dają niemowlętom do ssania paprykę. Oni wszyscy są nieodwołalnie popapryczeni.
– Koniec gadania – powiedziałem. Zawińmy mangalicę w folię malarską i sprawdźmy ile dostaniemy za nią w Polsce. Przecież muszą istnieć jakieś nielegalne punkty skupu mangalic, prawda? – zapytałem nieśmiało dyrektora biblioteki i człowieka w czerwonej kurtce, którego prawie nie było w aucie.
– Napiłbym się czegoś mocniejszego – powiedział dyrektor biblioteki trzaskając głośno drzwiami, wyraźnie wzburzony. – Dlaczego akurat mi ona wylazła pod koła – pytał sam siebie. Mojemu koledze, dyrektorowi filharmonii też ostatnio dzik wpadł pod koła, ale dlaczego mi akurat i to w drodze do kraju ze starym Rumunem?
Stary Rumun wykorzystał zamieszanie i zapalił papierosa bez filtra.
Człowiek w czerwonej kurtce, którego prawie nie było w aucie podbiegł natychmiast do dyrektora biblioteki i zaoferował mu „małpkę” na rozluźnienie sam wypijając dwa łyki kefiru kaukaskiego kupionego w Tesco pod Budapesztem. W tym czasie razem ze starym Rumunem zawinęli mangalicę do bagażnika, obłożywszy ją uprzednio jodłą syberyjską dla zabicia zapachu truchła.
– I co? Mamy ją tak wozić do Polski? Po co?
– Ano po to, bym ja miał co jeść wiosną i latem w Parku Pokoju – odezwał się wyraźnie szczęśliwy stary Rumun nachylając się nad siedzeniem kierowcy, dyrektora biblioteki, oddychając ciężko czosnkowym powietrzem.
Stary Rumun zatem znów powrócił do Parku Pokoju i tylko ludzie i małym sercu i znikomej wyobraźni go tak nie dostrzegają mimo jego manifestacyjnej obecności.

Zostaw komentarz