Najbardziej przyjaznym dla Polaków ambasadorem rosyjskim w Warszawie, oczywiście o ile można Rosjanina nazwać „przyjacielem”, był Jurij Kaszlew. Stary „sowiet”, „czestnyj komiunist”, pijak niesamowity, który dzień zaczynał od „herbatki”, czyli od dużego kubka „koniaczku” i tak trwał do późnego wieczora, a z nim dyplomaci, a przede wszystkim był serdecznym przyjacielem Borysa Jelcyna. Kaszlew był niebezpieczny, ponieważ rozumiał Polaków, dobrze znał naszą historię i wiedział, jak rozmawiać z nami. Nie widać u niego było tej wielkoruskiej wyższości. Dziwne jest też to, że bał się powrotu Sojuza i objęcia władzy przez „nowych Ruskich”. Do tej kategorii zaliczał całe środowisko, z którego pochodzi Putin. Kaszlew zmarł w 1996 roku, ale mógł obserwować otaczanie Jelcyna przez ludzi typu Putin, który był wtedy doradcą prezydenta Rosji. W Ambasadzie FR mówiło się, że odwołanie Kaszlewa, to właśnie wynik rosnących wpływów Putina. To mogły być oczywiście plotki, ale coś w tym jest.

Przywołałem postać Kaszlewa w kontekście informacji o Łukaszence, który obawia się, że zostanie w Rosji zamordowany i odwołał wizytę w tym kraju, bo podobno miał być przeprowadzony w czasie jego nieobecności pucz z inicjatywy Putina. Zapytano mnie czy może to być prawdą. Odpowiem tak: nie wiem, ale to jest prawdopodobne.

Mało kto wie, że Białoruś od dłuższego czasu wysyła sygnały, iż zależy jej na polepszeniu stosunków z Polską i chce być „niezależna” od Rosji. Przed ważnymi ćwiczeniami wojskowymi wraz z AR, Mińsk wystąpił z propozycją podpisania umowy wojskowej o określonej ilości żołnierzy w określonej odległości od granicy. Gdybyśmy ją podpisali, byłoby niemożliwe przeprowadzenie wspólnych z Rosjanami ćwiczeń. W okresie tragedii smoleńskiej decyzje i postawa Łukaszenki też była zaskakująco propolska. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko może być grą, ale nie rozumiem nastawienia poprzedniego kierownictwa MSZ, które a priori skreślało Białoruś. W słynnej sprawie Monicza wolano rozmawiać z Moskwą niż z Mińskiem, chociaż Łukaszenka chciał dorwać go przed Rosjanami, gdyż uznał, że Monicz pracował dla Rosjan w strukturach służb białoruskich.

Łukaszenka jest kierownikiem kołchozu i taką ma mentalność. Typowy sowiecki komunista, jak Kaszlew. To jest kołchoz, ale to mój kołchoz i żaden z Moskwy nie będzie mi się wpierdzielał. Jest też w pułapce. Nie chce podzielić losu Janukowicza, a wie, że Putin traktuje jego „kołchoz” jak prowincję Moskwy. Z drugiej strony Europa go odrzuca całkowicie. Być może uznał, że poprzez Polskę zabezpieczy siebie i swój dwór? Nie wiem. Wiem jednak, że warto wykorzystać słabszego przeciwnika przeciwko silniejszemu. Nie ode mnie zależy ta decyzja. Polityka powinna być pragmatyczna i pozbawiona emocji. Nawet w stosunku do byłych szefów kołchozów.

Więcej tutaj.