To teraz coś z lat osiemdziesiątych. Moich początków. W moich aktach znajdziecie Państwo informację, iż praktykowałem po szkole w Departamencie II, czyli kontrwywiadzie, chociaż tą praktykę zorganizowano dla mnie trochę inaczej. Przypominam, że wtedy inny był przeciwnik, inne czasy, ale główne zasady kontroli placówek zawsze i wszędzie są takie same.

„Terminowałem” w Wydziale I Departamentu II – amerykańskim. Co robią szefowie z młodymi pracownikami, którzy nie dość, że nie są „ich”, to jeszcze mało kto wie, co właściwie robią. Wsadza się w miejsca, których ich „stali” pracownicy unikają. Ze mną tez tak było – interwencje i dyżury. Interwencje to całkiem fajny dział. Polegało na sprawdzaniu wszelkich dziwacznych sytuacji wokół ambasady.

Musicie też wiedzieć, że istniał telefon w MSW, nawet w tamtych czasach, na który pracownik każdej placówki mógł zadzwonić i oficjalnie zgłosić przypadki zagrożenia bezpieczeństwa misji oraz jej pracowników. Jest to wymóg konwencji międzynarodowych. Strona przyjmująca odpowiada za fizyczne bezpieczeństwo placówki. Niektóre interwencje były wręcz komiczne.

Raz rolnik wkurzony na to, że nie dostał wizy, zamknął główną bramę ambasady potężnym łańcuchem i kłódką, a klucz wyrzucił do ścieku. Innym razem zgłoszono homoseksualistę, który w konsulacie podrywał pracowników (takie to były czasy). Te sprawy były zgłaszane przez dyplomatów, ale na dyżurach odbierało się także informacje z podsłuchu telefonicznego i obserwacji.

Pewnego dnia, wieczorem przyszła informacja, iż jakaś Polka wydzwania do ambasady z hotelu „Forum” i awanturuje się, bo nikt nie chce powiedzieć, co z jej chłopakiem, który „rano poszedł do placówki i przepadł”. Oczywiście natychmiast pojechaliśmy do hotelu. Weszliśmy do jej pokoju i zadaliśmy spokojnie kilka pytań. Byłą to młoda dziewczyna z małej miejscowości nad morzem. Pracowała, jako bufetowa w jednostce PGWAR, a jej chłopak był traktorzystą, czy kombajnistą w pobliskim PGR. Postanowili uciec z Polski, ale potrzebowali pieniędzy na „przerzut do Szwecji i na życie na Zachodzie”.

Przez pół roku, aparatem „Smiena” (taki mały ruski „kompakt”, który nadawał się do zdjęć podwodnych, bo jak deszcz padał, to pełno wody było w środku) obfotografowali całą jednostkę. Dokładnie całą, bo chłopak dziewczyny okazał się być przysłowiową „złotą rączką” i naprawiał różne sprzęty oficerom PGWAR, nawet w ich domach. Wszyscy wiedzieli, że jest chłopakiem bufetowej i nikt go nie kontrolował, a on poruszał się swobodnie po terenie.

Dziewczyna oświadczyła, że „pewnie Amerykanie go uśpili i przemycą do Stanów”, a ona „nie ma na hotel”. Dała nam aparat z filmem naświetlonym do połowy oraz około 40 rolek negatywów∑. Powiedziała, że chłopak zabrał ze sobą około 50, a „chyba 100” schował w piwnicy „swojej ciotki na Ochocie”. Chcieli za wszystko 5000 dolarów. Chłopak poszedł rano i wśliznął się wraz z tłumem do konsulatu. Wtedy były ogromne kolejki i obserwacja nie zauważyła nic podejrzanego. Później znaleźli go na zdjęciach operacyjnych. Dziewczyna czekała w hotelu. Była bez pieniędzy i nic nie jadła od rana. Po kilku godzinach, około 17, zdenerwowała się i zaczęła wydzwaniać do ambasady na numer, o który zapytała recepcji. I wcale nie była blondynką (). Popłakała się, trzęsła się z nerwów. Zamówiliśmy jej kawę, cos do jedzenia i w końcu uspokoiła się. Potem pojawili się śledczy, złożyła zeznania. Stwierdziła, że chłopak namówił ją do wszystkiego, bo ona wcale nie chce nigdzie wyjeżdżać. Wróciłem do siebie i czekałem.

Amerykanie zrobili to, co zrobiłaby każda dobra służba na świecie. Po telefonach dziewczyny wiedzieli, że nie zrobią z chłopaka żadnego źródła, bo my już znamy tożsamość i powód jego wizyty w placówce. Odebrali od niego filmy, relacje o jednostce, kazali mu narysować plan, podać znane mu nazwiska Rosjan, dali 50 dolarów, poprosili, by przyniósł resztę filmów i wyrzucili go o piątej rano wyjściem na Ujazdowskie, prosto w nasze „objęcia”. Pozwoliliśmy mu odejść trochę, bo obawialiśmy się, że będą filmować naszych. Poszedł w stronę hotelu i po drodze został „zwinięty”. Co było dalej już nie wiem, gdyż sprawa się dla mnie skończyła. Słyszałem, że dostał wyrok więzienia.

Wtedy, po raz pierwszy zobaczyłem, że Rosjanie wcale nie są tak dobrzy i popełniają szkolne błędy, lecz szybko potrafią je naprawić (podobno wymienili cały personel bazy i zdyscyplinowali wszystkich potężnie) a Amerykanie nie mają skrupułów. I dlatego to dobre wywiady.