Zjazd, kongres, sabat, lich wie co, wróżek w Warszawie za pieniądze podatnika. W komentarzach pod postem fejsbukowym z linkowanym tekstem o wydarzeniu, Państwo śmiejecie się i traktujecie w kategoriach paranoi warszawskiej pani Płezydent. Tylko, że… nie ma w tym nic śmiesznego.

Poczytajcie tylko trzy poniższe przykłady. Pochodzą one zarówno z mojej pracy w kontrwywiadzie, nikt się nimi nie zainteresował, jak i „prywatnych” badań z lat ostatnich. Też nie mogłem zainteresować nimi żadnego dziennikarza. Musze ukryć nazwiska, ponieważ nie wiem w jakim zastrzeżonym zbiorze one nadal się znajdują. Jedną z postaci skojarzycie z marginalną postacią z „Weryfikacji”.

1. AD 2016. Jedną z największych, acz niepozornych sieci „salonów ezoterycznych, klubów Tarota, punktów, w których wróżki i inni magicy wróżą i leczą, prowadzi pan X. Pan X pracował na początku lat 80-tych w Departamencie V SB, a potem w Departamencie III SB, w którym zajmował się wewnętrznym archiwum tego Departamentu. Ojciec, Izaak, był funkcjonariuszem UB i SB. Teoretycznie obserwacji. Zniknął z Rakowieckiej w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ciotka natomiast, Sara, pracowała w wywiadzie. Też chyba jeszcze w czasach UB i też zniknęła z Rakowieckiej, ale trochę później niż Izaak. Matka Y, Estera, wybrała karierę w kulturze i do samego końca NRD zajmowała się tymi sprawami, jako pracownik, dyplomata, polskiej placówki. Słyszałem, że zniknęła gdzieś w Wiedniu z drugim lub trzecim mężem. Nasz X w roku 1989 wydał ciekawą książeczkę w wydawnictwie powiązanym z harcerstwem, ZSMP i TPPR. Ciekawy leksykon, w którym pomieszano dokładnie figurantów i TW. Książeczkę reklamował z emfazą i podnieceniem, wskazującym na całkowity zanik cenzury w ówczesnej Polsce, Teleexpress (ciekawa była prezenterka reklamująca, która zrezygnowała nagle z pierwszej części swojego nazwiska, tej rodowej, ale nie o to tu chodzi). Obecnie pan X poza taką rozbudowaną „ezoteryczną” siecią, był, lub jest nawet radnym w swojej dzielnicy z ramienia jakiegoś ekologicznego ugrupowania.

2. Tym samym, co pan X, połączonym z medycyną niekonwencjonalną, czyli nie tylko wróżki, ale i znachorzy, zajmuje się z dużym sukcesem jedna część małżeństwa Y. Byli to polscy nielegałowie w RFN, wycofani nagle w związku z podejrzeniami niemieckiego kontrwywiadu i policji o otrucie księdza Blachnickiego. Sprawa ta nigdy nie doczekała się zainteresowania polskich władz śledczych. Pani Y, bo o niej mowa, rozwiodła się z panem Y i założyła podobny do X biznes. Działa spokojnie i zbiera dość wymierne i duże zyski ze swojego interesiku.

3. W ostatnim roku istnienia ZSRS i jego ambasady w Warszawie, członek rezydentury KGB, Wasilij K. oferował i instalował w Polsce rosyjskich i ukraińskich uzdrowicieli, mistrzów Tarota i innych sztuk tajemnych. Był dyplomatą i miał niezłe dojścia. W tych czasach nie było nic i wielu rodziców dzieci niepełnosprawnych lub dorosłe osoby niepełnosprawne były bardzo tym zainteresowane. Wasilij K. posługiwał się terminem „bioenergoterapeuta”, podobnie, jak nazwała niektóre swoje usługi pani Y. Nasz rosyjski wywiadowca, po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, stał się nagle Wasylem K. i został jednym z szefów pierwszej rezydentury SBU w Warszawie. Dalej plasował swoich „cudotwórców”. Udało się go pozbyć z Polski, ale to już inna historia.

Nie chce mi się pisać, jakie możliwości wywiadowcze daje taka działalność. Wystarczy, że powiem, iż ciekawe osoby przewijają się przez takie „ezoteryczne” gabinety. Są też wspaniałe kontakty ze Wschodem, krajem mistyków i uzdrowicieli, z których największym jest oczywiście Putin.

Widzicie, też kpię, ale z bezsilności, bo gdy usiłowałem zainteresować tym problemem kogokolwiek, nawet ostatnio, odczułem, jak pukali się w czoło, kwestionując mój stan psychiczny. Sprawa jest jednak poważna, bo takie teoretycznie „nawiedzone błahostki” dla niezbyt normalnych ludzi nie zwracają uwagi żadnych kolumn, nawet V-tych, która mnie za agenta ruskiego uważa. Tymczasem, klientów różnych, w tym poważnych owe przybytki mają sporo. O inspiracjach w kierunku sekt i relatywizacji Chrześcijaństwa nawet nie wspomnę, chociaż kilka takich „salonów” strasznie lubili Scjentolodzy.

Śmiejmy się więc z kongresu wróżek, bo co nam innego zostało.