Dane mi było zagrać w alfę Star Wars Battlefront 2… i w tym miejscu najchętniej skończyłbym całą recenzję. Dlaczego? Dlatego, że nie lubią pisać i mówić negatywnie o kimkolwiek lub czymkolwiek. Zwłaszcza jeżeli piszę o czymś, na co bardzo czekałem i co jest mi bliskie. Uważam, że jest świętokradztwem umieszczanie w świecie Star Wars tak dziwnej mechanicznie gry oraz robienie najzwyklejszego skoku na kasę. O czym napiszę później.

Zapowiedź Star Wars Battlefront 2 ze stajni szwedzkiego studia DICE podobnie jak zapowiedź poprzednika wywołała w świecie graczy FPS oraz fanów Gwiezdnych Wojen gigantyczną euforię, wzbudzając nadzieje na doskonałą zabawę – „W końcu to Star Wars! Nie ma szans, abyśmy się źle bawili”. Niestety, jedynka po początkowej euforii i masowym obleganiu serwerów podczas beta testów powoli zaczęła tracić graczy. Głośna zapowiedź dwójki niosła ze sobą obietnicę dobrego gameplayu, bogatego contentu, immersyjnego wejścia w uniwersum Star Wars. Przecież jest to marzenie każdego fana. Obiecywali dać po prostu to, na co gracze zasługują. Niestety, najnowszy Battlefront powtarza błędy poprzednika, a nawet stwarza kolejne.

Dobrą innowacją najnowszej produkcji są o wiele ładniejsze i kolorowe mapy. Udostępniona w alfie mapa na planecie Naboo zachwyca kolorami, skryptami i wodotryskami oraz jest stworzona do walk ulicznych. Doskonałym pomysłem jest nowy system respawnu polegający na grupowym pojawianiu się żołnierzy na polu bitwy, co uniemożliwia irytujące spawn kille oraz zmniejsza prawdopodobieństwo zostania samotnym wilkiem. Za trzymanie się blisko swojej grupy otrzymuje się bonusowe punkty doświadczenia. Tyle z plusów.

Minusem tej gry jest, niestety, również grafika. Zbyt kolorowa, uniemożliwiająca sprawne dostrzeganie przeciwników, przepełniona zbędnymi bajerami. W skrócie „efektowna, ale nie efektywna”. Bajery w postaci przepięknie animowanych fruwających liści są zupełnie niepotrzebne, odwracają uwagę od celu w grze i powodują spadki fpsów. Celowanie na broniach jest umowne. Przybliżenia w innych broniach niż karabinach snajperskich praktycznie nie istnieją. Być może spowodowane jest to faktem, że mamy do czynienia z dosyć niecelnymi broniami o dużym rozrzucie. Mam wrażenie, że wystrzał ze średniowiecznego garłacza cechował się o wiele większą precyzją.

Tyle z moich uwag z około godziny grania, ponieważ mniej więcej po tym czasie serwery zaczęły cierpieć na gigantyczne lagi, aby ostatecznie wylecieć w powietrze. Strach pomyśleć co stanie się po premierze gry. Czy ze względu na jeszcze większe obciążenie serwerów gra będzie w ogóle grywalna. Pod znakiem zapytania stoi także optymalizacja. Mój komputer na Battlefield 1 trzyma sztywno ponad 60 klatek w maksymalnych ustawieniach i dwukrotnym skalowaniu rozdzielczości. Tutaj na nieco mniejszych ustawieniach utrzymywał okolice 30 klatek z wyraźnymi spadkami do kilkunastu i częstymi zamrożeniami obrazu. Osobiście wydaje mi się, że z tych wszystkich powodów gra skończy podobnie jak pierwsza odsłona i zaledwie paru miesiącach zabraknie graczy.

Napisałem na samym początku o tzw. skoku na kasę. Uważam, że ta gra jest doskonałym przykładem takiego manewru. Otrzymaliśmy Battlefront 1 z mocno podkręconą grafiką, kilkoma drobnymi usprawnieniami (jakie dla przykładu Battlefield 1 dostaje zupełnie bezpłatnie co miesiąc, co dwa) oraz nowymi postaciami i mapami. Twórcy zapowiedzieli też, że w przeciwieństwie do jedynki dostaniemy bardzo ciekawą i grywalną kampanię dla jednego gracza. Przekładając to na język supermarketów – jeżeli jakaś potrawa się nie sprzedaje, cofa się ją do producenta. Ten dodaje do niej więcej niezdrowych przypraw pokroju soli, glutaminian sodu, emulgatorów oraz barwników, a na opakowanie przykleja krzykliwie kolorową etykietę. Na końcu wszystko kładzie na regał z napisem „PROMOCJA”.

Producenci mają w tej chwili dwie możliwości – albo cofnąć całą produkcję do fazy projektowania i rozpocząć od nowa budowę całej gry, albo zainwestować gigantyczne pieniądze w kampanię reklamową.