Pierwszy raz uciekł we wrześniu, drugi raz – w grudniu 1939. Ostatnia ucieczka w kwietniu 1945 była najważniejsza. Z 10.000 więźniów pędzonych do Dachau ocalało 500, on jest jednym z nich. 20 stycznia 2012 odszedł na Wieczną Wartę

Witold Kiedrowski urodził się jeszcze za panowania cesarza Wilhelma III, w Buku Pomorskim, (parafia Linowo), należącym wówczas do Cesarstwa Niemieckiego. Był rok 1912, mocno wrzało w bałkańskim „kotle”, a Niemcy, Austro-Węgry i Włochy, połączone w Trójporozumieniu, coraz natarczywiej domagały się nowego podziału wpływów na świecie. Wojna jednak wciąż wydawała się niemożliwa, podobnie jak niepodległość Polski.

Mały Wituś wczesne dzieciństwo miał beztroskie: wraz z jedenaściorgiem rodzeństwa – a tylko Łucyjka była młodsza – mieszkał w ojcowskim majątku, gdzie pełne tajemnic i niezwykłych zjawisk lasy, łąki i jezioro tworzyły niezapomniany świat. Beztroska jednak nie trwała długo. Wielka Wojna, choć toczona wiele setek kilometrów od Buku, zabiła trzech starszych braci Witolda. Czwarty zginął w nieszczęśliwym wypadku w czasie prac gospodarskich, gdy musiał zastępować starszych braci.

Polskę Witold nauczył się kochać od zarania swego świadomego życia. Jego ojciec, urodzony w 1845 roku syn powstańca styczniowego, prawnuk konfederaty barskiego, przekazywał najmłodszemu męskiemu potomkowi miłość do Polski i mowy ojczystej. Na dobranoc zamiast bajek opowiadał dzieje roku Kiedrowskich, których początki sięgały XIII wieku, pokazywał rodowe groby przy linowskim kościele, najstarsze z początku osiemnastego stulecia. Były one najbardziej namacalnym dowodem na polskość ziem pomorskich i kaszubskich, praw do nich Polski i Polaków.

Nic więc dziwnego, że pierwszy dzień Witolda w niemieckiej szkole – a był wrzesień 1917 roku – skończył się fatalnie. Dyrektor zabronił mu rozmawiać z siostrą Maryjką po polsku, uderzył w twarz, szarpał za ramiona. Pięcioletni Wituś ciężkimi trzewikami skopał Prusaka po nogach. Do dziś ksiądz Witold pamięta grymasy bólu na twarzy dyrektora, gdy kopniaki małego Polaka trafiały w kostki i golenie germańskiego gorliwca.

Niedługo później, po 123 latach niebytu, wróciła Polska niepodległa. Nie pojawiła się jednak sama, na mocy cudzych decyzji i postanowień. Ksiądz Witold doskonale pamięta ilu Polaków z Brodnicy, Grudziądza i okolic zaangażowanych było w konspirację, ilu zapłaciło krwią i zdrowiem. Tak jak jego ojciec, bracia, krewni i miejscowi księża.

Dzisiaj ksiądz Kiedrowski zastanawia się nad fenomenem odrodzenia Polski i entuzjazmem Polaków. Przyczyn powodzenia nierealnego zdawałoby się przedsięwzięcia upatruje w sposobie myślenia o Polsce. Ojczyzna była dla Polaków najważniejszą – obok Boga – miarą rzeczy. Jej dobro i pożytek określały wartość zachowań i czynów, praca dla Niej była dobrem nadrzędnym. Tylko w taki sposób, patrząc z dzisiejszej perspektywy, ksiądz potrafi wytłumaczyć to, co w ciągu niespełna dwudziestu lat pokojowego istnienia II Rzeczypospolitej udało się osiągnąć.

Po grubo ponad stu latach braku własnego państwa, po zniszczeniach z czasów Wielkiej Wojny i najazdu bolszewickiego, z nieprzystających do siebie trzech prowincji porozbiorowych Polacy tworzą własne państwo. Własne, bo będące projekcją – choć często niedoskonałą – ich marzeń i nadziei. Przeniknięci miłością do Ojczyzny Polacy budują w ciągu kilkunastu lat sprawny przemysł: nowoczesne zakłady zbrojeniowe, najlepsze w Europie lokomotywy, nie mającą równej sobie w Europie infrastrukturę radiową, COP, port w Gdyni. Tworzą od podstaw niemal szkolnictwo polskie, polską administrację. Ustanowiona reformą Grabskiego z 1924 roku waluta – złoty polski – pozostaje stabilna i wiarygodna do samego końca państwa.

Właśnie złoty polski, sposób jego wprowadzenia i funkcjonowanie jest wręcz symbolicznym przykładem opartego na prawdziwej miłości poświęcenia dla Ojczyzny i państwa. Ksiądz Witold doskonale pamięta dumę ludzi noszących na palcach stalowe obrączki, pamięta szacunek, jakim ich otaczano. Te stalowe obrączki otrzymywali bowiem ci, którzy ofiarowali na skarb narodowy swoje złote, ślubne – a więc podwójnie cenne. To ofiarność Polaków stworzyła rezerwy złota skarbu narodowego, które nawet w czasach najgłębszego kryzysu stabilizowały polską walutę. Ze smutkiem kiwa głową ksiądz Kiedrowski, gdy wspomina dalsze, wojenne i powojenne losy złotego skarbu polskiego.

Matura w roku 1929: na pamiątkowym zdjęciu Witold Kiedrowski stoi wraz z pięcioma kolegami z brodnickiego gimnazjum. Wszyscy mają na szyjach różane wieńce – wyróżnienia przyznawane najlepszym uczniom. Potem długa, rowerowa pielgrzymka na Jasną Górę – z podziękowaniem dla Matki Bożej. I decyzja o wstąpieniu do seminarium, z zaskoczeniem przyjęta przez ojca i z radością przez matkę. Święcenia kapłańskie Witold Kiedrowski przyjmuje w roku 1935 w Pelplinie, mszę prymicyjną odprawia w rodzinnej parafii w Linowie. Rok później, już jako kapłan, czuwa przy łożu umierającego ojca.

Pierwsza parafia – Toruń. Twarz księdza Witolda rozjaśnia uśmiech, gdy ją wspomina. Trudno się dziwić: z 76 lat kapłaństwa tylko 4 dane było mu spędzić na normalnej, parafialnej pracy duszpasterskiej.

Wspomnień z Torunia ksiądz Kiedrowski ma wiele. Na przykład zachował w pamięci pewien obraz, może nie bardzo wzniosły, lecz niezwykle sugestywny i ciekawy.

Otóż w 1936 roku ksiądz Witold uzyskał prawo jazdy i teren rozległej, intensywnie rozbudowującej się parafii toruńskiej przemierzał na parafialnym motocyklu. Młody wikary, w krótkiej sutannie (tak zwanej rzymiance), w motocyklowych goglach, mknący na motorze z prędkością 60 kilometrów poboczem brukowanej drogi w chmurze kurzu. Czyż to nie wspaniale oddający ducha tamtych lat, wręcz symboliczny obraz kraju wychodzącego z kryzysu, pośpiesznie, wobec zagrożeń politycznych, unowocześniającego się i jednocześnie zachowującego wierność tradycyjnym wartościom?

Młody ksiądz chciał mieć kontakt z młodymi. Dlatego postarał się o posadę nauczyciela religii. Trafił do tego samego gimnazjum brodnickiego, które niedawno ukończył. Dawni mistrzowie i nauczyciele stali się kolegami. Decyzja o pracy nauczycielskiej okazała się niezwykle brzemienna w nieprzewidziane skutki i zaważyła na przyszłych losach księdza Witolda. Jako nauczyciel stał się bowiem urzędnikiem państwowym, to zaś spowodowało, że został ujęty w planach mobilizacyjnych armii polskiej jako kapelan. W roku 1938, choć pokój europejski był coraz bardziej zagrożony, wojna wydawała się niemożliwa. Przecież z oboma naszymi tradycyjnie nieprzyjaznymi Polsce sąsiadami łączyły nas traktaty o nieagresji. Ksiądz Kiedrowski, poświęcając się pracy duszpasterskiej i nauczycielskiej, znajduje też czas na sport i pracę społeczną. Wierny rodzinnej tradycji, mocno angażuje się w propagowanie polskości na Pomorzu. Ściąga to na niego nienawiść niemieckich sąsiadów.

Najczarniejszy scenariusz zaczyna się spełniać latem 1939: Polska odrzuca propozycje współpracy z III Rzeszą, propozycje sprowadzające ją do roli satelity Niemiec. W sierpniu Polska ogłasza mobilizację. Ksiądz kapitan Witold Kiedrowski również udaje się do swej jednostki. Opuszczając dom rodzinny 29 sierpnia, już na drodze odwraca się i widzi matkę błogosławiącą go znakiem krzyża. Nawet nie przypuszcza, że widzi ją po raz ostatni w życiu.

Ksiądz kapitan przechodzi chwalebny, lecz jakże gorzki szlak wrześniowych żołnierzy: zdradziecko zaatakowani przez Niemcy i Sowiety, oszukani przez sojuszników, opuszczeni przez najwyższe dowództwo, walczą z niesłabnącą determinacją.

Kampania wrześniowa kończy się dla księdza kapitana na pewnym kartoflisku niedaleko Kutna, po bitwie nad Bzurą. Opowieść księdza Kiedrowskiego tworzy w umyśle słuchacza obraz niezwykle sugestywny i przejmujący. Za sterami szturmowca Junkersa Ju-87 „Stuka” niemieccy „nadludzie””polują na polskich żołnierzy. Płaskie kartoflisko nie daje żadnej osłony. Sztukas krąży nad ziemią, serie z jego kaemów co chwila dosięgają któregoś z usiłujących się kryć piechurów. I napotkany sierżant (mimo starań, ksiądz nigdy nie poznał jego nazwiska) mówiący: „Ja go zdejmę, niech tylko ksieżulo przytrzyma”. Ksiądz kapitan własnym ciałem przytrzymuje i unieruchamia stos plecaków, na którym sierżant opiera nóżki „Ura”, doskonałej polskiej rusznicy przeciwpancernej. Kolejny nalot Junkersa, jazgot kaemów, coraz bliższe fontanny ziemi wzbijanej pociskami, nieruchoma długa lufa „Ura”, słowa sierżanta „niech ksiądz trzyma, niech ksiądz trzyma” i jeden, jedyny strzał. Sztukas, wyjąc i ciągnąc za sobą smugę czarnego dymu, rozbija się za rosnącym opodal zagajnikiem. Przez pole zbliżają się tyralierą Niemcy. Sierżant pospiesznie demontuje i zakopuje rusznicę, a ksiądz kapelan opatruje swe prawe udo, z którego odłamek lotniczego pocisku wyrwał kawałek ciała wielkości dziecięcej dłoni.

Prowizoryczny obóz jeniecki, w nim kilka setek żołnierzy z rozbitych w bitwie nad Bzurą 4. i 16. dywizji „Armii Pomorze”. Szybka decyzja księdza kapitana – trzeba uciekać, jak najszybciej, zanim Niemcy sporządzą ewidencję, „bitwa przegrana, wojna trwa dalej”. Ksiądz omija straże i ucieka z obozu. U pewnej kobiety zamienia mundur na cywilne ubranie – łatwo poszło. Lecz po kilku kilometrach nocnego marszu uderza go nagła myśl: „W obozie zostało trzystu, może więcej, rannych żołnierzy, Polaków. Nie ma tam żadnego oficera, żadnego sanitariusza, żadnego księdza”.

I kolejna, jeszcze odważniejsza decyzja: o powrocie. Znów we własnym oficerskim mundurze, z kapelańskim krzyżykiem w klapie, staje przed niemieckim majorem i domaga się lekarstw, materiałów opatrunkowych i środków transportu dla rannych. We wrześniu jeszcze nie wszystkie niemieckie sumienia zostały definitywnie uśpione. Od majora Wehrmachtu polski ksiądz kapitan otrzymuje zgodę na dowolne korzystanie ze zdobytych przez Niemców polskich wozów taborowych. Kolumna konnych wozów wyładowanych rannymi i lekarstwami rusza w stronę Kutna. Pod spodem ukryta broń, bo bitwa przegrana, ale wojna trwa.

W obozie-szpitalu w Kutnie ksiądz Kiedrowski pełni dwie funkcje podstawowe: sanitariusza i kapelana. Ma też trzecią, w tworzącym się spontanicznie ruchu oporu zajmuje się legalizacją – dochodzący do zdrowia ranni otrzymują nowe dokumenty i „wyciekają” z obozu zanim niemiecka biurokracja zdoła namierzyć, zlokalizować i wciągnąć do ewidencji wszystkich Polaków. Niemieckie spisy i ewidencje są śmiertelnie niebezpieczne: już bowiem od września realizowany jest niemiecki plan wyniszczenia narodu polskiego, pozbawienia go woli walki i oporu przez wymordowanie inteligencji, społeczników i patriotów.

Ksiądz Kiedrowski dbał o innych, nie zadbał o siebie. Wprawdzie dotarła do niego wiadomość z domu rodzinnego „Nie wracaj, szukają cię”, ale znanego na Pomorzu działacza polskiego Niemcy poszukiwali skrupulatnie i w końcu znaleźli. W wigilię Bożego Narodzenia 1939 roku ksiądz Witold został aresztowany przez gestapo jako „szczególnie niebezpieczny dla Rzeszy”.

I kolejna ucieczka, jeszcze bardziej brawurowa. Wykonany przez zaprzyjaźnionego lekarza podskórny zastrzyk z mleka wywołuje czterdziestostopniową gorączkę, wypity napar z cygara gwałtowne torsje. Diagnoza lekarska: skręt kiszek. Potwierdzają ją wezwani specjalnie z Niemiec konsultanci. Ksiądz Witold zostaje przeniesiony do słabiej strzeżonego szpitala, ucieka przez okno, z fałszywymi dokumentami, jako Witold Kołodko, jedzie do Warszawy, gdzie oczekują już członkowie ruchu oporu.

Polska podbita i okupowana, lecz wojna trwa. Witold Kołodko rozgrywa kolejne bitwy: naucza na tajnych kompletach, opiekuje się sierotami, także żydowskimi. Od żydowskiej dziewczynki znalezionej pod kościołem Świętego Krzyża i ulokowanej w żeńskim zakonie otrzymuje swój ulubiony pseudonim okupacyjny: „Ksiądz Słoneczko”. To z racji wiecznie obecnego na jego twarzy uśmiechu. Najważniejszym zajęciem księdza są jednak nasłuchy prowadzone na nowoczesnym radionadajniku, który ukradł z włoskiej ambasady. Wiadomości ukazują się w podziemnym Biuletynie Informacyjnym, wydawanym przez Delegaturę Rządu Na Kraj. Przez radio wpada w ręce Niemców po raz trzeci.

Niemcy odkrywają radionadajnik w mieszkaniu dość przypadkowo, natychmiast zakładają w nim „kocioł”. Wpadają wszyscy: m.in. właściciel mieszkania wraz z żoną, gospodyni, mleczarz, chłopiec od szewca, wreszcie ksiądz Witold. Cios kolbą pistoletu w twarz rzuca go na podłogę. Przez krew zalewającą oczy widzi aresztowanych, razem piętnaście osób. Natychmiast przyznaje się do wszystkiego, bierze całą winę na siebie. Działo się to 70 lat temu, lecz rozpacz w oczach księdza Witolda jest wciąż tak głęboka, jak przed laty.

Chciałem ich ratować – mówi – wziąłem więc winę na siebie. Nie udało się, rozstrzelali wszystkich.

Prowadzony przez gestapowców do samochodu ksiądz Witold podejmuje jeszcze desperacką próbę ucieczki. Trzymaną w dłoni walizeczką wybija Niemcowi pistolet i biegnie Złotą w stronę Marszałkowskiej. Nawet nie wie, że jego płaszcz przeszywają kule goniących go Niemców. Nie daje rady: przewrócony na chodnik, skopany, wrzucony do samochodu, trafia w najstraszniejsze miejsce okupowanej Warszawy – do siedziby gestapo na Szucha.

Na Szucha Witold Kołodko (Niemcy nigdy nie dowiedzieli się, że mają w rękach poszukiwanego od września 1939 r. księdza Kiedrowskiego) jako ten, który „wie wszystko”, bo przecież przyznał się do winy, przechodzi gehennę dwumiesięcznych przesłuchań.

Gestapowcy biją go niemal nieustannie. Ksiądz Witold najbardziej ubolewa nad połamanymi wszystkimi palcami lewej dłoni: już nigdy nie mógł zagrać na fortepianie. Połamane i źle zrośnięte żebra do dziś deformują ciało księdza. Przez głowę biegnie długa blizna, to ślad po jednym z przesłuchań, gdy od ciosu gestapowca pękła mu czaszka.

Siedziałem na pryczy, ściskałem głowę dłońmi, organizm miałem jeszcze młody i silny. Zrosło się – dziś ksiądz Witold, to niemal nieprawdopodobne, potrafi o swych katuszach mówić z uśmiechem.

Codziennie zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie żył. I nie chodziło tylko o to, jak długo oprze się okrucieństwu niemieckich śledczych. Przecież wiedział tak dużo, zbyt dużo o Delegaturze Rządu, o Armii Krajowej. Towarzysze walki nie mogli być pewni, że wytrzyma bestialskie przesłuchania: cyjanek przemycony w zupie czy kawie likwidowałby niebezpieczeństwo wsypy. Jednak ufali jego sile i determinacji, sięgnęli nie po truciznę, lecz po pieniądze.

Witold Kołodko został wprawdzie skazany na śmierć, lecz przekupiony przez AK prowadzący sprawę gestapowiec dodał do akt notkę: „Wyszły nowe okoliczności, zatrzymać do dalszego badania”. Następnych prawie dziewięć miesięcy na Pawiaku. Najgorsze te pierwsze, w celi śmierci. Skazanego na śmierć nie warto karmić, a więc ksiądz otrzymywał tylko połowę nędznej więziennej racji. Straszne, szarpiące ciało bóle głodowe nasuwały najgorsze myśli. Gdy we wrześniu wychodził z celi śmierci, ten postawny mężczyzna ważył 36 kilogramów. Współwięźniowie dokarmiali go, a potem koledzy z AK dostarczali paczki. Przeżył.

W styczniu 1943 roku wraz z pozostałymi więźniami ksiądz Witold trafił do Lublina, do obozu na Majdanku. I znów zadziałała Boża Opatrzność: jednym z pierwszych spotkanych więźniów był doktor Jan Klonowski, kolega z brodnickiego gimnazjum. Dzięki niemu ksiądz Witold został obozowym aptekarzem. Z aptekarzem i sanitariuszem – choć Polakiem i więźniem – liczyli się nawet Niemcy. Lecz ksiądz Kiedrowski nie byłby sobą, gdyby poprzestał na zapewnieniu sobie w miarę bezpiecznej pozycji. Natychmiast przystąpił do obozowego ruchu oporu.

Właściwie wszystkim współczesnym Polakom lata okupacji kojarzą się z biedą, głodem, bezlitosną eksploatacją przez Niemców ziem polskich. Tak oczywiście było, lecz energia, pomysłowość i wola oporu Polaków czyniły cuda, polska wieś produkowała dość żywności, by żywić polskie miasta. Dość też, by przekupywać niemieckich strażników żywnością. Czterech wachmanów z Majdanka otrzymało gwarancję, że dopóki będą wspierać polski ruch oporu, pomagać więźniom przepuszczając do obozu paczki z lekarstwami, dopóty ich rodziny żyjące w głodującej już wówczas III Rzeszy będą otrzymywać od AK wsparcie żywnościowe. „Starali się esesmani bardzo” – śmieje się ksiądz Witold – „Jeden ze strażników współpracował tak lojalnie, że po wojnie dostał nawet jakieś odznaczenie od władz polskich”.

Na początku kwietnia 1944 roku, z powodu zbliżania się wojsk sowieckich, Niemcy ewakuują Majdanek. Aptekarz Kołodko decyduje się jechać do Oświęcimia-Brzezinki. Tam los – czy raczej Opatrzność – styka go z doktorem Zenktelerem. To specjalista od naparu z cygara z Kutna. I znów codziennością stają się straszne obrazy eksterminacji tysięcy więźniów, głównie Żydów, walka o ratowanie każdego ludzkiego istnienia, niesienie pociechy duchowej.

Kolejna ewakuacja: przez Buchenwald ksiądz Witold trafia do obozu w Ohrdruf. To jeden z podobozów owianego straszliwą sławą Arbeitslager-Dora, zarządzanego bezpośrednio przez SS, gdzie produkowano m.in. wyczekiwane przez Hitlera Wunderwaffe – latające bomby V-1 i rakiety V-2. Więźniowie tych obozów, pracujący w straszliwych warunkach, żyli przeciętnie 3 tygodnie. Ksiądz Witold buduje na siarczystym mrozie linię kolejową. Życie zapewne ratuje mu brak w obozie wykwalifikowanego aptekarza. Dostaje zatrudnienie przy inwentaryzacji niemal dwóch wagonów lekarstw zarekwirowanych przez SS Wehrmachtowi.

I znów otwiera się przed niezłomnym księdzem pole bitwy: sfałszować kartotekę, przejąć jak najwięcej lekarstw, ratować życie chorych więźniów. Zaczyna od wyciągnięcia z komand roboczych polskich lekarzy, starych znajomych z konspiracji z poprzednich obozów. Następnie fałszuje wykazy leków. „A z pół wagonu Niemcom ukradłem!” – śmieje się dzisiaj ksiądz Witold. Następnie organizuje sieć dystrybucji medykamentów dla chorych więźniów w czterech podobozach Dora.

Stare przyzwyczajenia konspiracyjne nakazują księdzu zbieranie wszelkich informacji. Gdy obozowy lekarz SS słucha radia, ksiądz w sąsiednim pomieszczeniu, ze stetoskopem przytkniętym do ściany, nasłuchuje komunikatów. Udaje mu się również podejrzeć mapę z zaznaczonymi pozycjami niemieckich i alianckich wojsk. Wkrótce uratuje mu to życie.

Jest kwiecień 1945 roku, Amerykanie posuwają się szybko, Armia Czerwona również. Niemcy zaczynają zacierać ślady swoich zbrodni. Robią to na swój sposób: mordują więźniów, potencjalnych świadków. Z Buchenwaldu więźniowie wywożeni są do Dachau. Najpierw jadą koleją, a po zniszczeniu przez lotnictwo amerykańskie linii, idą piechotą. Zapada decyzja o ucieczce, ksiądz wraz z dwoma innymi Polakami czeka tylko na odpowiedni moment. Wreszcie nadchodzi. Wioska Hartmansdorf – tę nazwę ksiądz usłyszał w radiowych komunikatach, z mapy wynikało, że oddziały amerykańskie są tuż-tuż.

Uciekają nocą we dwóch, z niejakim majorem Piwko. Podobnie czynią inni więźniowie. W pościg za uciekinierami ruszają niemieckie patrole, zbiedzy są bezlitośnie zabijani. Ksiądz wraz z towarzyszem kryją się pod namiotem zwisających do samej ziemi gałęzi potężnej jodły. Lecz pies tropiący naprowadza pościg wprost na nich. I znów „do akcji wkracza” Boża Opatrzność. Przed węszącym psim nosem pojawia się spłoszona strzelaniną sarna. Owczarek rzuca się za nią w pogoń, spomiędzy drzew wybiegają atakujący Amerykanie. Czwarta i ostatnia ucieczka księdza kończy się sukcesem. Jest jednym z pięciuset ocalałych więźniów Buchenwaldu. Resztę zamordowali Niemcy w Dachau.

Ksiądz Witold po niemal pięciu i pół roku nieprzerwanej walki z Niemcami uznał jednak, że to jeszcze nie koniec jego wojennych wysiłków. Już po kilku dniach stawia się w dowództwie XIV korpusu amerykańskiego, zostaje oficerem łącznikowym, współpracuje z biskupem polowym Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie Józefem Gawliną, zbiera Polaków rozproszonych (tzw. dipisi, z ang. displaced persons, DPs – osoby wysiedlone) po południowych Niemczech, organizuje dla nich ośrodki przejściowe, szkoły, ochronki dla polskich sierot, roztacza nad nimi opiekę duchową i materialną. Dla niego wojna wciąż trwa: chyba jeden z ostatnich latających niemieckich samolotów ostrzeliwuje biskupa Gawlinę i księdza kapitana Kiedrowskiego, którzy zatrzymali na poboczu drogi samochód, by zjeść śniadanie. Na szczęście ucierpiał tylko prowiant. Dopiero później ksiądz Witold zobaczył, że jeden z niemieckich pocisków przeszył rękaw jego płaszcza.

Ostatnią bitwę swojej długiej wojny przyszło księdzu Witoldowi stoczyć nie z Niemcami, a zAmerykanami. Jest koniec kwietnia, w Coburgu, wielkim obozie dla Polaków, ksiądz organizuje ochronkę dla polskich dzieci. Trafiają do niej głodne, brudne, chore, odziane w łachmany. Niedaleko od Coburga znajdują się olbrzymie magazyny armii niemieckiej wypełnione wszelkim dobrem. Magazyny te były pod przejściowym zarządem Amerykanów. Przejściowym, bo położone były w miejscu, które na mocy umów alianckich miało trafić pod okupację sowiecką. Lada dzień wszystko to, czego brakowało polskim dipisom, polskim dzieciom miało trafić w ręce czerwonoarmistów.

Nie mogłem się z tym pogodzić, obmyśliłem plan. Kazałem sobie przynieść wszystkie odznaczenia i medale, jakie znajdą się w obozie. Obwiesiłem nimi cały mundur, a na honorowym miejscu miałem wielki, brązowy medal z przedwojennej wystawy rolniczej z głową wspaniałego byka – wspomina ksiądz.

Polacy zajechali trzema ciężarówkami pod bramę magazynu pilnowaną przez amerykańskiego wartownika. Z okna pierwszego samochodu wychylił się kapitan Kiedrowski.

Wartownik był pewnie z Teksasu – śmieje się ksiądz Witold – bo wpatrywał się w medal z bykiem jak zahipnotyzowany i bramę otworzył.

Na pakach samochodów wylądowały przede wszystkim bele tkanin, żywność i lekarstwa. Po powrocie do obozu ksiądz Witold zarządził pospolite ruszenie: kto umiał kroił i szył, inni zajmowali się dystrybucją zdobycznych dóbr.

Przeczucie nakazujące pośpiech nie omyliło księdza Kiedrowskiego. Niespełna dwa tygodnie po udanej akcji w polskim obozie zjawiła się amerykańska żandarmeria (MP – Military Police) z nakazem aresztowania księdza, przywódcy zuchwałej napaści na magazyn. Dowodzący patrolem kapitan zażądał jednak najpierw zwrotu zagrabionego majątku.

I znów, jak wiele razy wcześniej, ksiądz Witold zagrał va banque. Zwołał dzieci do świetlicy i kazał zdejmować ubranka. Te nowiutkie, poszyte przez siostry zakonne i polskie kobiety z „kradzionych materiałów. Mała, może trzyletnia Halinka chwyciła księdza za rękę – „Cemu mam dać sukieneckę” – zapytała wznosząc oczęta w górę. – Nic się nie martw, pan kapitan da ci lepszą i jeszcze lalkę doda” – odpowiedział ksiądz po polsku i angielsku, patrząc w oczy żandarmowi. Dziewczynka zdjęła sukienkę, starannie złożyła ją w kostkę i podała Amerykaninowi. Ten poczerwieniał straszliwie, chwilę się wahał, po czym ryknął do swoich ludzi: „Odmaszerować!”.

Nie minęło wiele dni i pod bramę obozu zajechały wielkie półgąsienicowe transportery amerykańskie wypełnione wszelkimi towarami, zarówno pierwszej potrzeby, jak i luksusowymi. Kapitan żandarmerii zeskoczył z wozu, odnalazł w tłumie widzów Halinkę i wręczył jej wielką lalkę oraz piękną sukienkę. Ściskając zaś dłoń księdza Witolda, rzekł: -Dziękuję, że przypomniał mi ksiądz, że na świecie istnieją nie tylko rozkazy, ale i ludzkie uczucia.- Kapitan amerykańskiej żandarmerii John i polski ksiądz zostali przyjaciółmi.

Rozpoczęta w sierpniu 1939 roku służba księdza Witolda nie zakończyła się do dziś. Ścigany po wojnie przez UB, nie mógł wrócić do Polski. Osiadł w Paryżu. Tworzył małe seminarium polskie, pomagał żołnierzom Brygady Świętokrzyskiej w emigracji do USA, organizował środowisko polskich kombatantów (do dziś jest przewodniczącym Stowarzyszenia Polskich Kombatantów i ich Rodzin we Francji), przez 35 lat pracował dla Sekcji Polskiej Radia France International. W latach stanu wojennego organizował pomoc dla Polski, był prezesem Skarbu Narodowego we Francji, wciąż jest kapelanem sióstr nazaretanek w Paryżu. W kwietniu 2012 roku będzie obchodził setne urodziny. Dla Polonii francuskiej jest żywą legendą, dla Polaków w kraju?No właśnie, ilu ludzi w kraju słyszało o księdzu Witoldzie Kiedrowskim? Na pewno znał jego dzieje Prezydent Lech Kaczyński, który 11 listopada 2009 roku awansował Witolda Kiedrowskiego do stopnia generała brygady.

W Ameryce już dawno powstałby film fabularny na motywach Jego biografii…

Źródła:

Kiedrowski W., Na drogach życia. Pelplin 2009

Rozmowy z księdzem Witoldem Kiedrowskim, Paryż, styczeń-marzec 2011, nagrania w posiadaniu autora

Prof. Tomasz PanfilProf. Tomasz Panfil
Polski historyk, nauczyciel akademicki, doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor KUL, samorządowiec.