Gdy rządowi brakuje poparcia, może jeszcze szafować pieniędzmi — przynajmniej dopóki sądzi, że je posiada. Kiedy jednak w budżecie zieje dziura, przy której czarna dziura wygląda jak przydomowa studnia, kończy się hojność, a zaczyna nerwowość. Szczególnie wobec obywatela, który bezczelnie pamięta obietnice.

Miały być złote góry. Mieli je przynieść „silni panowie”, po uprzednim odebraniu znienawidzonym przeciwnikom. Tymczasem wyborca rozgląda się za dostawą i słyszy, że najpierw musi jeszcze raz porządnie się oburzyć.

Najwyraźniej nie zrozumiał swojej roli. Miał rozliczać poprzedników, a nie obecnych.

Na głowy premiera i ministrów spadają więc kolejne polityczne meteoryty. Perspektywa utraty władzy przybliża się szybciej, niż przewidywał wyborczy jadłospis sprzed trzech lat. Próbuje się zatem odganiać meteoryty niczym rój much, machając pokrywką od kolejnego medialnego garnka. Dużo ruchu, sporo hałasu, skuteczność umiarkowana. Ale kamera przynajmniej ma co pokazywać.

Bo was, drodzy Czytelnicy, trzeba przede wszystkim odciągnąć od okna. Za nim zamiast obiecanej złotej polskiej jesieni coraz wyraźniej widać szarugę i mżawkę. W medialnym kranie musi więc płynąć ciepła woda, a na talerzu regularnie lądować kotlet rozliczeń, odgrzewany na zjełczałym tłuszczu propagandy. Kiedy przestaje smakować, wystarczy polać go świeżym oskarżeniem i ogłosić daniem dnia.

Macie patrzeć w talerz, nie przez okno. I broń Boże nie pytać o rachunek.

Ten bowiem może się okazać znacznie wyższy, niż wynikało z menu. Nadchodząca zima może zamrozić resztę obietnic, zanim ktokolwiek zdąży przyznać, że na ich spełnienie zabrakło pieniędzy. Ciepła pozostanie tylko woda w medialnym kranie. Dopóki i za nią nie przyjdzie dopłata.

A może właśnie dlatego tak przydatny okazuje się znów Trybunał Konstytucyjny? W politycznym teatrze instytucja może być jednego dnia widmem, a następnego sceną najważniejszego przedstawienia. Wszystko zależy od tego, czy akurat da się na nią skierować gniew publiczności.

Wczoraj nie warto było uznawać jej znaczenia. Dzisiaj trzeba o nią walczyć tak żarliwie, jakby od tego zależała cena prądu, kondycja szpitali i zawartość portfela. Spór o państwo zostaje podany w miejsce odpowiedzi o stan państwowej kasy. A obywatel ma jeszcze przeprosić, że zadał niewłaściwe pytanie.

Najwięcej gniewu należy oczywiście skierować na prezydenta, który nie chce podpisywać wszystkiego, co przyniosą budżetowi cyrulicy. Pacjent słabnie? Winny ten, kto nie pozwolił wykonać kolejnego cięcia. Operacja nie daje obiecanych rezultatów? Należy zwiększyć dawkę oskarżeń.

Przy okazji trzeba umniejszyć znaczenie milionów obywateli, którzy prezydenta wybrali. W tej osobliwej wersji demokracji wyborca jest suwerenem do chwili, w której zagłosuje niezgodnie z oczekiwaniem. Potem staje się problemem wymagającym objaśnienia przez dyżurnych ekspertów.

Coraz trudniej jednak utrzymać cały ten spektakl. Jeśli lojalność ekipy wisi na hakach, każdy trzask mocowania wywołuje panikę. A kiedy haki zaczynają spadać na głowy monterów, nawet najbardziej oddana telewizja nie wmówi wszystkim, że to deszcz.

To już nie meteoryty. To własny sufit.

Wtedy pozostaje jeszcze taranować tych, którzy ostrzegali przed katastrofą. Wczoraj ich wyśmiewano. Dziś przeszkadzają, bo wciąż widzą, słyszą i przypominają. Najchętniej odebrano by im prawo do pamięci, skoro tak nieodpowiedzialnie z niego korzystają.

Tyle że grawitacja nie ogląda konferencji prasowych. Nie da się jej przekonać, że spadanie jest winą opozycji. Kłamstwa również nie pomogą: nogi mają za krótkie, żeby uciec przed zderzeniem z rzeczywistością. Zostaną przy swoich autorach. Wiernie, do końca.

Można oczywiście zwołać jeszcze jedną konferencję i ogłosić, że nadlatujący meteoryt jest kamieniem rzuconym przez prezydenta. Ale nawet najgorliwsza publiczność zaczyna czasem spoglądać w górę.

A finał może się okazać znacznie mniej kosmiczny. Ten Titanic zatonie po zderzeniu z zamarzniętą pizzą, której nie dojedli przejezdni wyborcy. Już wtedy była nieświeża. Przez trzy lata tylko ją odgrzewano.

Orkiestra będzie grała do końca. Oczywiście na złość prezydentowi.