VIIPURI

DEDYKUJĘ:
Cyborgom Ukrainy

I

-…ich należy unicestwić! Jak wściekłe psy!

Porucznik Aavanen teraz w pełni utożsamiał się ze swoim nazwiskiem, które w języku fińskim znaczy „wściekły”. Okrągłe okulary zsunęły się na nos, twarz zwykle bladą, teraz zalał rumieniec barwy buraka, a chude zaciśnięte pięści aż zbielały w stawach. Słomiane, rzadkie kosmyki, kleiły się na spoconej głowie. Krótkowzroczne brązowe oczy, obracały się w orbitach, jak ziarnka w młynku do kawy.

– Dlaczego my mamy karmić te potwory ?! Czy to my ich tu zapraszaliśmy ?!
Może mamy zapomnieć jak zbombardowali Viipuri?! Ja to nie zapomniałem! Po atakach tych rosyjskich sępów, cudem ocaleliśmy! A siostra została na zawsze kaleką, straciła rękę, 16-letnia dziewczyna! Mordują, okaleczają, wtargnęli na naszą ziemię chcąc z nas uczynić niewolników. Kolejny raz! A my? Co nas zmusza do karmienia i utrzymywania tej zawszonej hordy?! Tylko dlatego, że trafili do niewoli? Czy na pewno?! Wszak oni nas w niewolę nie biorą, panie pułkowniku! dlaczego zatem my jesteśmy takimi pokornymi idiotami?!

– Właśnie dlatego, że my, to nie oni, Yuusi.

Rozmówca Yuusi Aavanena uniósł wygoloną na łyso głowę znad prowizorycznego, byle jak skleconego stołu.Na zbitym z pospiesznie wystruganych desek blacie leżała książeczka wojskowa czerwonoarmisty. Chwilę wcześniej pułkownik przypatrując się książeczce, nie mógł oderwać wzroku od zdjęcia, wklejonego pod ponurą siną pieczęcią z pięcioramienną gwiazdą.

– To znaczy, że oni mogą mordować, ranić, zniewalać, a nam odpłacać tym samym nie wolno! Bo my to nie oni ? Co za brednie !

Aavanen, jak większość fińskiej armii, był rezerwistą. Zwykły szkolny nauczyciel. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że nie rozmawia z dyrektorem, przedstawicielem fundatorskiego komitetu, bądź pastorem, a w armii, mimo iż na chybcika tworzonej, prawie amatorskiej, subordynacja jednak obowiązuje.

– Proszę wybaczyć, panie pułkowniku…

Pułkownik machnął ręką,w końcu czego można wymagać od 23-letniego chłopca rezerwisty…
W karelskiej izbie zaczęło się ściemniać. Półślepe okienka w grubych, domowej roboty ramach, znużone zapadały w sen.

Pułkownik znowu wziął do ręki książeczkę czerwonoarmisty, i gdy Yuusi powoli dochodził do siebie po wybuchu słusznego gniewu, on ponownie utkwił wzrok, w poplamioną czyjąś krwią fotografię.

Niech przyniosą lampę, Yuusi. Mam nadzieję, że nafta się jeszcze nie skończyła.

Aavanen poszedł po lampę, a pułkownik wciąż wpatrywał się w fotografię czerwonoarmisty w książeczce wojskowej. Wziął ją ze stołu, poprawił okrągłe srebrne okulary, bez których już od dawna nie był w stanie niczego dokładnie zobaczyć. Przypominał takiego samego szkolnego nauczyciela, lub księgowego. Drobna przygarbiona nad stołem postać, w niczym nieprzypominała kogoś o krok od rangi generała. Nawet pruskie wąsiki a la Mannerheim nie przydawały bojowości świeżo ogolonej, pomarszczonej twarzy. Brązowa garbowana kamizelka, podbita baranim kożuchem, okrywająca szary mundur, skrywała odznaki i dystynkcje, obnażając jednocześnie rzekomą prowincjonalność wieloletniego helsińskiego mieszkańca. Stamtąd przyjechał na front.

Porucznik przyniósł lampę naftową, podkręcił do pełna, i w chacie zrobiło się jaśniej, a po drewnianych stropach i ścianach zaczęły tańczyć różne cienie. Pułkownik nie odrywał wzroku od fotografii.

– Posłuchajcie no, poruczniku…

Pułkownik podniósł wzrok. Pod ciężarem szarego, chłodnego spojrzenia, Aavanen odruchowo wyprostował plecy, przygarbione od ślęczenia nad zawiłymi równaniami, które na lekcjach matematyki wkładał do głów swoim uczniom.

-…wziąć trzech z najkrzepkich facetów z karabinami, niech nasadzą bagnety, i przyprowadźcie mi tu zaraz z trzeciego baraku czerwonoarmistę Izotowa. Tego tu…

Pułkownik podał Aawanenowi książeczkę wojskową czerwonoarmisty, a ten skwapliwie wziął ją do ręki, spojrzał na plamy krwi na zdjęciu, i zwrócił się do pułkownika:

– Taka eskorta dla jednego, zawszonego rosyjskiego knechta? Mego waltera nie wystarczy?

Pułkownik nie zwrócił uwagi na jego słowa.

– Przed wyprowadzeniem z baraku, zwiążcie mu ręce na plecach. Nie liną, a rzemieniem. I nie pan, poruczniku, ma to zrobić, lecz ci silni chłopcy. Powtórzyć rozkaz.

Zaskoczony Aaven dokładnie powtórzył rozkaz, i ruszył aby go wykonać.

Pułkownik ponownie usiadł na topornie wyheblowanej sosnowej ławie. Przed sobą położył otwartą książeczkę czerwonoarmisty. Zdjął okulary, odłożył je oprawkami do góry, i na parę sekund przykrył oczy dłońmi. Po czym odjął ręce i z jagnięcej kamizeli wyjął niklowany rewolwer, zakręcił bębenkiem i odbezpieczył magazynek.

Odłożył rewolwer na stół, lufę kierując w stronę drzwi.

Zaskrzypiały otwierane drzwi. Pochylając się, wszedł rudobrody, przysadzisty mężczyzna, trzymający w owłosionych rękach sfatygowany podczas pierwszej wojny światowej mannlicher, z zatkniętym bagnetem. Za nim wszedł Aavanen z walterem w ręku. Stojąc w białej kurtce obok rudobrodego, wyglądem przypominał wykałaczkę.

Pułkownik westchnął, i powiedział :

– Wejść.

Aavanen wsunął się do otworu z topornej ościeżnicy. Odmeldował się, i stanął z boku. Dwaj potężni strażnicy, trzymający takie same mannlichery z zatkniętymi bagnetami, wprowadzili człowieka w długim, porwanym szynelu.

Ten był niższego wzrostu od myśliwych z Suomussalmi, ale nie mniejszej siły fizycznej. Łopatki naprężone związanymi na plecach potężnymi ramionami rozpierały kiepsko pozszywany wełniany szynel. Stopy w niewyobrażalnym rozmiarze, i niespotykanej masywności, przywodziły na myśl goryla. Daszek zgniecionej w naleśnik budionówki bez gwiazdy, był naciągnięty na oczy, nad wielką czarną brodą, z której wypiętrzał się gruby, półokrągły nos. Spod budionówki wyłaziły zmierzwione szare włosy, układające się w gęsty pierścień.

Pułkownik, nie unosząc głowy znad stołu, powiedział :

– Lauri, rozwiąż mu ręce.

Ryży przewiesił mannlichera przez niedźwiedzie plecy, niezdarnie zbliżył się do związanego mężczyzny w porwanym szynelu, i jednym ruchem rozwiązał rzemień którym wcześniej sam spętał i unieruchomił ramiona na plecach czarnobrodego.

Jak łapy zabitego niedźwiedzia polarnego, zanim się go poniesie na drągach.

Mężczyzna w szynelu powoli uniósł nabiegłe krwią mięśnie ramion, i zaczął rozcierać spłaszczone pętami nadgarstki i przedramiona, spoglądając na niklowany rewolwer, leżący nieruchomo na chropawym blacie stołu i skierowany w jego stronę.

-…Lauri, na ulicę, pod okno. Pekka, pod drugie okno. Matti, na korytarz. Wy, poruczniku, razem z Matti na korytarz, Pistolety odbezpieczone w rękach. Dajcie mu na czymś usiąść.

Ryży chwycił jedną muskularną ręką chropowaty taboret, z metalowymi rdzewiejącymi klamrami. Yuusi Aavanien z trudem dwiema rękami dałby radę. Matti podstawił taboret pod tyłek człowieka w szynelu. Słoniowate kolana ugięły się, masywny zad zwalił się na taboret.

Wykonać.

Powiedział pułkownik nie podnosząc wzroku.

Chłopcy wyszli, schylając plecy pod niskim nadprożem, prócz porucznika Aawanena, który zamykał drzwi.

Pułkownik podniósł oczy na siedzącego. Pod strąkami kłaków, wystających spod budionówki, oczy były niemal niewidoczne. Pułkownik wzruszył ramionami i płynnie po rosyjsku,bez nacisku, niemal łagodnie, odezwał się:

– Witaj, Jefim.

II

Mężczyzna w szynelu spokojnie odpowiedział:

– Jestem Nikita.

Pułkownik uśmiechnął się z sarkazmem:

– Oczywiście, bardzo się zmieniłem, ale nie poznać mnie nie mogłeś.

Mężczyzna w szynelu westchnął. Zdjął brudną, niemal bezkształtną budionówkę, z bujnie nastroszonych, gęsto wijących się kudłów, i wytarł nią spoconą czerwoną twarz z czarno szarym zarostem. Nie zakryte już budionówką wypukłe, brązowe, niemal czarne żrenice, pełne przekrwionych żyłek, drwiąco spoglądały na pułkownika.

– To tak wygląda, na przygotowanie czuchońców do spotkania starych przyjaciół? Tak, Toivo?

Kudłaty łeb odwrócił się ku rewolwerowi, leżącemu na stole i lśniącemu niklem w przyćmionym świetle lampy naftowej. Pułkownik ze spokojem skinął głową.

Z byłymi starymi przyjaciółmi, w tym również ze znanymi terrorystami.

Czarno siwą brodę przeciął krzywy uśmiech, zabłysnął rząd nieskazitelnie białych zębów.

– Od znanego terrorysty słyszę.

Pułkownik wzruszył ramionami.

– Tak, ale to było przed rewolucją.

Jefim roześmiał się głośno.

– O, kurczę! Pan pułkownik fińskiego kontrwywiadu wspomina o rewolucji. I cóż jeszcze? Może, co lepsze, Jego Fińska Ekscelencja przypomni sobie, jak mu życie uratowałem pamiętnego 1909 roku? Rozwaliłem łby czterem policjantom, którzy nakryli Jego Ekscelencję z bombą i dwoma rewolwerami na Piątej linii Wasiliewskiej Wyspy? A to były czasy Stołypina, nałożyli by Ekscelencji krawat w imieniu Piotra Arkadiewicza na szyjkę. Na bank.

Pułkownik przytaknął.

– Oczywiście, Jefim. Nałożyliby. Zawdzięczam ci życie. I nigdy o tym nie zapomnę.

Drapieżny uśmiech ponownie przeciął twarz śnieżno-biało zębnego.

– Więc to dlatego przygnało ciebie tutaj z samych Helsinek? Pobłogosławić wybawiciela?

Pułkownik przymknął czerwone po nieprzespanych trzech nocach oczy, i odpowiedział na pytanie pytaniem, zgodnie ze zwyczajem narodu, do którego należał kiedyś tam Chaim Oszerowicz Zelmanowicz 51 lat, urodzony w miasteczku Szarogród, Winnickiej guberni, płk. Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR.

– Dlaczego odpuściłeś IM Larysę ?

Oczy Jefima zrobiły się całkiem czarne. Uśmieszek ustąpił miejsca drapieżnej bieli zębów, dobrze znanej strażnikom i więzniom , w niejednym zakładzie karnym centralnej rosyjskiej guberni.

– Nie twój cholerny interes, czuchońcu. Co to ma być?! Przesłuchanie? A przesłuchuj! Chuja ci powiem. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.

W lodowato – szarych oczach pułkownika pojawiło się coś, co przyćmiło wilczy uśmiech Jefima.

– Mylisz się. To jest moja sprawa.

Rozsunięta broda Jefima ukazała grube, mięsiste usta.

– Co? Aa, do tej pory nie nie daje ci spokoju, że ona wybrała nie ciebie ?

Lodowate spojrzenie oczu pułkownika przybrało kolor jasnoniebieski, jak zamarzające jezioro karelskie.

– Nie daje mi spokoju to, że ona żyłaby, gdyby nie wybrała ciebie.

Na mięsistej twarzy Jefima pojawił się mściwy triumfalny wyraz.

– Akurat! Wygrała mnie nie ciebie, bo jestem mężczyzną, a nie ślimakiem z małpią twarzą wyrastającą z dupy. Lepiej było być rozstrzelaną, niż spędzić gówniane życie z taką zimnokrwistą żabą.

Wąsy pułkownika zjeżyły się nad drgającą górną wargą.

– Ty ? Ty – mężczyzna ?!

Prawa ręka drgnęła konwulsyjnie, chwytając karbowany uchwyt pistoletu. Ból przygryzionych warg przywrócił przytomne myślenie. Krzywy uśmieszek Jefima ukazał dziurę w brodzie, która mogła być siedliskiem wiernych towarzyszy z tiurmy, wszy.

– Śmieć z ciebie, Jefim. Choć i mój wybawca. Mężczyzna… Twoją żonę wywlekli w środku nocy twoi kolesie, wyciągając wprost z małżeńskiego łoża, w twojej obecności! – torturowana i gwałcona tygodniami, po stracie wrzucona do bezimiennego dołu. A ten…

Pogarda zawładnęła pułkownikiem. Zacisnął jednak i tym razem zęby.

Jefim zagulgotał jak hodowlany gęś.

– No, no, powiesz coś jeszcze, mięczaku? Pederasta, tak? Szumowina, tak? No, dalej, ulżyj sobie. Kim jeszcze jestem?

Wąskie usta pułkownika wykrzywiły się z obrzydzenia.

– Ślimak, żałosny ślimak udający byka.

Jefim nagle poczuł taboret pod sobą. Pułkownik pokręcił głową.

– Nie, to nie orłowskie więzienie. Wiesz dobrze jak strzelam. Nie zdążysz, Jefim. Nie jestem żandarmem, któremu roztrzaskałeś głowę odkręconym stołkiem.

Ponura mina pojawiła się na twarzy Jefima.

-…tak więc… ze mną w zawody stajesz. Co, jeszcze kopiejkę w locie potrafisz przestrzelić ?

Mrugnięciem półprzymkniętych powiek potwierdził, odpowiadając w ten sposób na pytanie.

Tylko teraz nie kopiejkę, a koronę.

Krótka pauza była początkiem czegoś znacznie trudniejszego, niż przestrzelenie w locie korony, czy choćby kopiejki.

– Zle wyglądają twe sprawy, Jefim, znacznie gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Cztery dni temu aresztowano w Helsinkach Tahvo Koivisto, bezpośrednio w biurze ministerialnym. Nie dałem mu szansy, nie popełnił samobój. Marszałek się wściekł. No, nie na mnie i moich chłopców. Teraz rozumiesz, dlaczego tu jestem.

Jefim utkwił beznamiętne spojrzenie gdzieś obok pułkownika. Dziwny był widok takiej obojętności, malującej się na twarzy właściciela ogromnego nosa i grubych lubieżnych ust, kto zawsze był pod władzą burzliwych namiętności.

– Znaczy się, ja i moje zeznania na chuj wam teraz. No tak, sypie się ten zasrany czuchoniec, powiedział że idę z wojskiem, w przebraniu czerwonoarmisty. Tak, ukatrupiłem jeszcze jednego barana, żebym zmienił dokumenty. Naszej sieci więcej u was nie ma. Wszystkich wzięli za dupy i w Helsinkach, i w Turku, i w Tampere. I co dalej? mnie złapaliście, wszystko wiecie, to cóż tak daleko się przywlekłeś, ekscenencjo? Przecież jam już nieboszczyk. Nad mogiłką popłakać ? To pasuje rosjaninowi, nie wam, żabkom czuchońskim.

Niespodziewanie pułkownik wybuchnął śmiechem.

– Tyle ofiar pochłonęła rewolucja, a chyba że po to, żeby nadal czuchońcy pozostali czuchońcami, parchy parchami, pszeki pszekami, a basmacze basmaczami. Ach, prawda, ruscy stali się jeszcze większymi świniami, a terroryści – jeszcze większymi terrorystami. Ty, Jefim, oczywiście bardzo zręcznie uciekłeś z wojennych komórek eserowskich do bolszewików. Odnaleźliście się w Czeka, GPU, NKWD. Was nawet w łagrach nie wszystkich starli w więzienny kurz, nie licząc żon…

Zaciśnięte pięści pułkownika zachrzęściły w stawach.

– …tak, nam niepotrzebne twoje zeznania. Ja tu znalazłem się po prostu po to, żeby cię zneutralizować.

Jefim zabulgotał swoim zwykłym basem, ale bardziej ochrypłym.

Więc nie zwlekaj, załatw mnie, twojego wybawiciela. Fatyguje się osobiście jego ekscelencja czuchoński baron von Virolaynen! To teraz nieuzbrojonych jeńców się likwiduje ? A gdzież diabli podziali rycerskość?..

I nagle zamilkł przez to co zobaczył w oczach pułkownika.

– Rycerskość…Ty o niej mówisz ?! A gdy wykoleił się pociąg pasażerski w Viipuri? Gdzie była twoja rycerskość? On wiózł 48 dzieci, dwie ciężarne. Nikt z nich nie przeżył, prócz jednej kobiety w ciąży. Ale płód umarł. A ona nigdy już nie zmoże mieć dzieci. A w Polsce? Ktoś ubrany w polskie mundury wycina w pień całe wsie na Wołyniu? Kto wysadza autobusy pasażerskie w Grodnie? To jest twoja rycerskość? Czy we Lwowie? Kto zamordował nocą zwykłych, przypadkowych ludzi, żeby idący rano do pracy zobaczyli trupy w kałużach krwi leżące na chodniku ? Tuż przed waszą inwazją ? Zastraszyć chcieliście? A kto wziął cię do niewoli? Kto stoi tam, w korytarzu, pod oknami? I boję się ciebie, jak …

Odpowiedzią był urągliwy śmiech.

– A nagan u ciebie na stole po co ? Ot, widać jaka odwaga.

Pułkownik westchnął znużony.

– To nie nagan, a Smith Wesson. A na stole on dlatego, że wy anulowaliście rycerstwo. Czego można oczekiwać od kogoś, kto zdradził i wydał własną żonę….

Błyskawiczny skok wyprzedził refleks pułkownika. Potwornie ciężki stołek leciał prosto na głowę. Pułkownik w mgnieniu chwili uchylił się i wystrzelił, nie celując, prosto ze stołu. Taboret i Jefim gruchnęli na podłogę jednocześnie. W tejże chwili z trzaskiem otworzyły się drzwi, i w izbie pojawił się Aavanen z walterem w wyciągniętej ręce, za nim z głuchym tupotem wpadł potężny Matti, waląc głową w niską futrynę. Zadźwięczały szyby okienne, do pokoju wlazły jeszcze dwie lufy z bagnetami od manlicherów.

Toivo Virolaynen odłożył na stół rewolwer, z dymiącą jeszcze lufą. Dziwne, że lampa naftowa stała nienaruszona, jedynie trochę mocniej smoliła.

Porucznik Aavanen rzucił się do leżącego twarzą w dół Jefima. Wycelował w głowę Jefima, i krzyknął mierząc z waltera łamanym rosyjskim dopiero co wyuczoną komendę :

– Rukka wercha!! Strelać!!

– …nie trudz się, on nie żyje.

Cicho wypowiedziane słowa nie od razu zostały usłyszane. Matti opuścił manlichera, i jednym szarpnięciem za ramię w szynelu odwrócił Jefima na plecy. Jefim leżał z wykrzywionymi wściekłością ustami, w szeroko wybałuszonych, czarnych oczach zastygło pragnienie śmierci.
Dokładnie po środku między nimi widoczna była czerniejąca dziura, z której sączyła się krew. Z tyłu głowy tworzyła się ciemnoczerwona kałuża z białymi odpryskami mózgu. Niedoświadczony Aavanen nie patrzył na straszny wylotowy otwór, spowodowany kalibrem dziewięć, a i sam Jefim wyglądał też strasznie. Matti zaś zauważył otwór. Lecz on był prostym myśliwym, z arktycznej Suomussalmi, a jako żołnierz, przyzwyczajony był do wypełniania poleceń i instrukcji, trzymając notorycznie na muszce hipotetycznego trupa.

– Każecie wynieść, panie pułkowniku ?

Głos Aavanena był nieco nienaturalny. on po raz pierwszy widział zwłoki dopiero co zabitego człowieka. W dodatku wroga. Dziwne, ale wcześniejsza żądza krwi ustąpiła miejsca… tak, litości. Jakby to dziwnym się nie wydawało.

Toivo skinął głową. Aavanen krzyknął przez rozbite okno na ulicę.

Weszli Pekka i rudy Lauri, nie opuszczający stanowiska bez rozkazu, jak na wzorowego żołnierza przystało. Bez jednego słowa, trzej polarni ochotnicy podnieśli ciało Jefima, i wynieśli na zewnątrz, zostawiając za sobą na podłodze z nieheblowanych desek ciemną kałużę z białymi kawałkami mózgu, po tym, który odpowiadał za nie jeden akt śmierci i trwogi. Teraz budził jedynie niesmak i obrzydzenie.

Aavanen zamyślił się, i powiedział , ni to do siebie, ni to do pułkownika

– …Jednak zabił pan więźnia….

Pułkownik uniósł głowę znad stołu, na którym leżał już wystygły rewolwer.

– Wroga, Yuusi. Wiesz co, zawdzięczałem mu kiedyś życie…

Yuusi uniósł wysoko białawe, rzadkie brwi, lecz pułkownik dokończył:

-….ale znacznie więcej ludzi – śmierć.

———————————————————————————————————————————————————–

Jefim nigdy nie dowiedział się o czymś, co mogło go doprowadzić do szaleńczej furii. Niedługo przed aresztowaniem i śmiercią Larysy, w sierpniu 1938 r, ona potajemnie przybyła do Viipuri. Aby spotkać się z Toivo. Ona uprosiła brata, wysoko postawionego w strukturach NKWD, którego było stracono na drugi dzień po siostrze.

Spędzili ze sobą dwa dni, Toivo płakał, błagając na klęczkach, aby nie wracała. Larysa pochyliła się nad płaczącym na klęczkach, odrzuconym kiedyś przez nią Toivo, i delikatną cienką dłonią ocierała łzy z pomarszczonej twarzy, kilkakrotnie ucałowała mokre policzki, i bardzo cicho, prawie szeptem, powiedziała w zapłakane oczy:

– Lepsze są wspomnienia, niż zdrada. Prawda, kochany ?..

Redakcja: Romana Grabowska