Kilka tygodni temu proponowano mi podpisanie listu otwartego w obronie przywódców Związku Polaków na Białorusi. Odmówiłem podpisania go uznając go za akt całkowicie pozbawiony znaczenia, który niczego nie da i nie przyczyni się do uwolnienia polskich działaczy. Dziś zwrócono się do mnie z propozycją napisania listu do Aleksandra Łukaszenki. Już prawie się zainteresowałem, ale okazało się, że ma być to list otwarty i ma zawierać groźby. Innymi słowy tym razem miałbym podpisać list, który nie tylko niczego nie da, ale jeszcze zwiększy wyroki przywódców naszej mniejszości.

Dlaczego nie podpisałem ani pierwszego, ani też nie podpiszę drugiego listu (który mam nadzieję, że wręcz w ogóle nie powstanie)? Ano po pierwsze dlatego, że listy takie uważam, za pusty gest. Jest też jednak i druga przyczyna. Uważam otóż, że jako człowiek, który wielokrotnie na piśmie przestrzegał przed obraniem kursu politycznego, którego konsekwencją jest to, że przywódcy ZPB są pozbawieni wolności, swoje niejako zrobiłem. Uprzedzałem. Niech się teraz zwolennicy tej szkoły myślenia, która wygrała głowią jak tu wyciągnąć ludzi z więzienia. Ufam głęboko, że mają poza pisaniem listów otwartych jeszcze jakieś pomysły (i że nie będzie to akcja bilboardowa np. w Warszawie) Ba – jestem przekonany, że pomysły takie mieli gdy proponowali taką, a nie inną politykę.

To, że Białoruś jest dyktaturą było i jest dla mnie oczywiste. Były okresy, gdy dialog z Mińskiem był możliwy i uważałem wówczas, że należało z Mińskiem rozmawiać. Od lata ubiegłego roku dialog z Mińskiem jest nieomalże nierealny. Nie zmienia to faktu, że przez ponad pół roku, gdy na Białorusi panował już nie autorytaryzm, ale wprost dyktatura i każda, najmniejsza nawet niezależna organizacja poddawana była represjom Związek Polaków na Białorusi nie był obiektem ataków.

Uważałem, że biorąc pod uwagę to, iż Mińsk ma zakładników i może w dowolnej w zasadzie chwili uderzyć w naszą mniejszość, a równocześnie nie robiąc tego wysyła sygnał do Warszawy, Polska powinna robić wszystko, by zachować takie status quo i w związku z tym nie powinna być krajem najsilniej publicznie atakującym reżim, ale ukryć się za innymi. Nie tylko zresztą dlatego, że Białoruś może w dowolnej chwili uderzyć w naszą mniejszość.

Skądinąd pamiętam jak, jeszcze pracując w MSZ, musiałem kiedyś tłumaczyć się z zarzutu braku konsekwencji gdy w jednym tygodniu napisałem równocześnie jeden materiał o tym co zrobić by reanimować dialog z Mińskiem, a drugi postulujący lobbowanie w Brukseli sankcji dużo silniejszych niż te wówczas wprowadzone. Uznano to za sprzeczność. Ja twierdziłem, że to tyle co dyplomacja i nie widziałem żadnej sprzeczności pomiędzy optowaniem za dialogiem i równoczesnym szykowaniem twardego (a nie miękkiego) uderzenia. Musiałem być w tym, co pisałem irytujący, bo mi podziękowano za dalszą współpracę. Wybrano udawanie dialogu (co oczywiście niczego nie dało) i sankcje, które nie miały żadnego wpływu na reżim (co rzecz jasna też niczego nie dało).

Skoro już o sankcjach zaś mowa. Ich projekty omawialiśmy w Mińsku na spotkaniach szefów misji UE (tzw. HoM’s – Heads of Missions). Spotkania odbywały się w jednej z placówek, która dysponowała dostatecznie dużym „bezpiecznym pomieszczeniem”. Wiedząc, że nie ma tam podsłuchu ambasadorowie UE występowali tam mówiąc wprost co sądzą o Łukaszence, przy czym nazywali go nieraz słowami niezbyt cenzuralnymi. Milczał, albo mówił rzeczy co najmniej kontrowersyjne zawsze tylko gospodarz i ambasador jeszcze jednego dużego kraju UE. Tak się składa, że gospodarz miał do mnie kiedyś pewną ważną dlań, prywatną, dyskretną prośbę. Zdołałem mu pomóc – ten zaś w ramach wdzięczności powiedział mi, bym uważał co mówię w „bezpiecznym pomieszczeniu”, bo nie jest ono wcale bezpieczne („it has been compromised” – czyli KGB zdołało zainstalować tam podsłuch). Wówczas zrozumiałem, czemu on i jego kolega z innego dużego kraju zawsze milczeli, a nawet wyrażali głęboki szacunek dla Aleksandra Łukaszenki. Zadałem pytanie czy to „fair” wobec innych kolegów z UE, na co mój miły rozmówca jedynie uśmiechnął się.

Zapytałem przy okazji wspólnej wycieczki do Wilna trzeciego z wtajemniczonych czemu mnie nie uprzedził wcześniej, na co ten odparł, że po pierwsze nie był gospodarzem informacji, po drugie wypowiadałem się i tak raczej umiarkowanie, a poza tym zawsze dobrze, by być tym dobrym i by inni robili za „skur…synów”, po czym dodał, że w dyplomacji bolesne ciosy wyprowadza zawsze ten, który mało mówi.

Czyli tak jakby raczej nie Polska, nieprawdaż?

P.S. sprawa bezpieczeństwa „bezpiecznego pomieszczenia” kilka lat później się wydała, więc mogę o niej napisać.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)