Każde przedsięwzięcie w Polsce dotyczące gazu, ropy energii było, jest i będzie pod całkowitą kontrolą Rosjan. Wynika to nie tylko z profesjonalizmu i liczebności Rosyjskich agentów w Polsce i firmach usługi Polsce oferujących, ale przede wszystkim z pazerności i łapówkarstwa osób w naszym aparacie decyzyjnym.

Zawyżone koszty przetargu na badania lokalizacyjne i środowiskowe pierwszej polskiej elektrowni atomowej oraz tajemnicze powiązania jego zwycięzcy z „bułgarską mafią energetyczną“ i Rosjanami to niejedyne informacje miejące osłabiać wiarygodność rodzimego programu jądrowego.
Pierwotnie wartość badań lokalizacyjnych i środowiskowych dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej miała wynieść 120 mln zł, przy czym polskie niezależne instytucje zapewniały, że zadanie to można wykonać za kwotę poniżej 50 mln zł (według dokumentu „Uwagi w sprawie dwóch zamówień publicznych PGE“ podpisanego min. przez śp. Profesora Zbigniewa Jaworowskiego. Wymienia on katalog instytucji polskich, które mogłyby się podjąć opracowania badań środowiskowych dla PGE EJ1, mało tego przeprowadzały je dla projektu siłowni w Żarnowcu, a spora ich liczba jest nadal aktualna). Ostatecznie przetarg wygrało konsorcjum firm: WorleyParsons Nuclear Sendces JSC, WorleyParsons International Inc., WorleyParsons Group Inc., które wartość zamówienia wyceniło na 252 mln zł, czyli dwa razy więcej niż zakładano na początku. Nie miało ono zbyt dużej konkurencji- wnioski o dopuszczenie do udziału w przetargu złożyło 10 podmiotów, zakwalifikowano 3 z nich, wpłynęły zaledwie 2 oferty ostateczne.

W tej historii jest wszystko: puste obietnice polityków, lekceważenie ostrzeżeń ze strony służb specjalnych, a w finale próby ukrywania prawdy przed opinią publiczną.

To miał być jeden ze sztandarowych projektów rządów Platformy Obywatelskiej. Elektrownia atomowa w Żarnowcu lub Choczewie, wraz z tworzonym równolegle gazoportem w Świnoujściu oraz wydobyciem gazu łupkowego, wpłynęłaby na energetyczne uniezależnienie kraju od surowców ze Wschodu.
Do tego istotnego zadania został skierowany człowiek nieprzypadkowy: były minister skarbu Aleksander Grad, który z rządu zabrał ze sobą zaufanego wieloletniego współpracownika – wiceministra Zdzisława Gawlika.
r. obaj weszli do zarządów dwóch spółek córek PGE o nazwach PGE Energia Jądrowa oraz PGE EJ1, które miały poprowadzić inwestycję. Grad został podwójnym prezesem, Gawlik zaś jego podwójnym zastępcą. Sporo było przy tym kontrowersji, bo pobierali duże gaże, sięgające dziesiątków tysięcy złotych miesięcznie.
W połowie 2013 r. jedna ze spółek atomowych – PGE Energia Jądrowa – została zlikwidowana, a całość operacji wzięła na siebie PGE EJ1, której jedynym właścicielem stał się koncern PGE, czyli de facto państwo.

Kilka miesięcy później Kilian podał się do dymisji ze stanowiska szefa PGE (wziął kilka milionów zł odprawy), a Grada z PGE EJ 1 przerzucono do zarządu innej spółki Skarbu Państwa. Nie minął kolejny rok, a okazało się, że wspomniany kontrakt za ćwierć miliarda złotych trzeba było zerwać. Powód? – PGE twierdzi, że WorleyParsons nie wypełniała warunków umowy, wstrzymując tym samym pracę nad elektrownią. Z kolei przedstawiciele WorleyParsons twierdzą, że to oni zerwali umowę, bowiem kontrolowana przez rząd PGE nie przelewała im od roku pieniędzy. Stąd też musieli wstrzymać prace nad opracowaniem badań lokalizacyjnych i środowiskowych. Pewne jest jedno – projekt pierwszej polskie elektrowni atomowej kończy się fiaskiem i totalną kompromitacją. I chyba o to w tym wszystkich chodziło. Media zza Odry nie tak dawno donosiły, że niemiecki operator systemu przesyłowego spółka „50Hertz GmbH” planuję wybudowanie połączeń energetycznych z Polską. Cel? – Gdy w Polsce zabraknie prądu (między innymi przez opisywaną powyżej „atomową aferę”) Niemcy będą gotowi, aby sprzedawać nam nadwyżki swojej ultra-drogiej, zielonej energii. Innymi słowy wiedzą jak biznesowo wykorzystać nieudolność polskich władz…

Polscy podatnicy stracą kilkadziesiąt milionów złotych – takie są skutki zerwania kontraktu z australijska firmą, która prowadziła badania środowiskowe. Służby specjalne już wcześniej ostrzegały o jej związkach z rosyjskimi firmami.

Budowa polskiej elektrowni atomowej zdaje się być obciążona klątwą. I nie chodzi tylko o niesławne cmentarzysko w Żarnowcu, ale o ostatnie lata. Bo dzisiaj kłopoty są jeszcze przed rozpoczęciem budowy – pod koniec 2014 roku zerwano kontrakt z australijską firmą WorleyParsons, która za ponad ćwierć miliarda złotych miała przeprowadzić badania środowiskowe, będące podstawą wyboru lokalizacji największej polskiej inwestycji w sektorze energetyki. Jej koszt szacuje się na ok. 70 mld zł.

Fakty są takie, na budowę elektrowni atomowej wydano juz 182.5 mln złotych.
Za te pieniądze przez 6 lat nie ustalono nawet dokładnej lokalizacji.