Sam brałem udział w takich poszukiwaniach i miałem swoje skromne zasługi w odnalezieniu kilku Niezłomnych (w tym „Wilczura”, którego nieskutecznie szukał IPN po drugiej stronie drogi, a my po łuskach od pepeszy z 1946 r. namierzyliśmy miejsce egzekucji i za chwilę masową mogiłę).

Państwo jednak robi co może, by show odkrywania mogił było zmonopolizowane. I nawet jeśli masz doskonałych poszukiwaczy i archeologów, ale nie masz błogosławieństwa IPN, zrobią wszystko, byś nie szukał. Mało tego, wiele odkryć i namiarów od poszukiwaczy, np. żołnierze „Bartka”, to także akcja niesmacznego przypisywania sobie nieswoich sukcesów.

Zlokalizowani przez ludzi ze środowiska pisma „Odkrywcy” (na początku IPNowcy bagatelizowali te koncepcje lokalizacyjne), namierzani przez detektorystów, potem stali się od początku do końca sukcesem IPN, a poszukiwacze dostali po głowie jako podejrzani prawnie amatorzy.

Nie jestem przeciwnikiem mody na Wyklętych. Rozumiem, że często połączenie dresa i bluzy olśniewającej orężem i bogoojczyźnianymi hasłami może konfundować, ale myślę, że to i tak lepsze niż moda na Che Guevarę. Za to wybieranie co smaczniejszych kąsków z lokalizacji mogił, show medialne i blokowanie poszukiwań tych mniej medialnych, to rzeczy niebywale obrzydliwe, a nie mam wątpliwości, że od lat tak to właśnie wygląda.

Na zdjęciu obok mojej skromnej osoby, archeolog Joanna Jarzęcka-Stąporek i ekshumacja Żołnierzy Wyklętych pod Ostrołęką, których historie z trudem, ale odnalazłem później jako pierwszy po kwerendzie tysięcy stron archiwaliów znajdujących się w IPN.