1 kwietnia 2015 roku… godzina 23.30… zasiadam przed telewizorem, by obejrzeć zapowiadany reportaż w komercyjnej telewizji. Sprawa drażliwa, natury bardzo delikatnej- bezczeszczenie zwłok, ludzie kremowani zbiorowo. Oglądam z niedowierzaniem, nie tylko dlatego, że jest to bulwersujący temat, ale głównie dlatego, że widzę w telewizorze znane mi miejsca… Tak, to bytomskie krematorium. Nie wymienione z nazwy, w materiale brak również konkretnej lokalizacji. W trakcie reportażu kilkukrotnie szczypię się w ręce i przecieram oczy ze zdumienia. Jednoznacznie wszystko wskazuje na bytomskie krematorium, z charakterystyczną architekturą domu żałoby. W pierwszej chwili myślę, że to jakiś koszmarny żart- prima aprilis. Genialnie, redaktorzy i komercyjne media mają specyficzne poczucie humoru. Nie informuję reszty rodziny o tym, co właśnie widziałam. Zaglądam na facebook’ a, a tam już wrze. Bytomscy działacze, politycy, społecznicy, zwykli ludzie na forach tematycznych i swoich ,,wall’ach” opisują wrażenia po emisji. Kładę się spać, jeszcze ze spokojem pod powiekami. Ogromny żal w sercu i smutek jest spowodowany kolejną wypadającą w prima aprilis rocznicą śmierci ukochanego dziadka. ,,Dobranoc Dziadku- Ciebie to na pewno nie dotyczy, pozdrów ukochaną Babcię”, zaraz później zasypiam.

OSTATNIA SPOKOJNA NOC

Kolejny dzień zaczynam od przeglądu prasy. Zaglądam na bytomskie fora internetowe i tam dyskusja trwa już na dobre. Jedni nie dowierzają , inni hejtują, jeszcze inni przyznają rację. Do tych rewelacji podchodzę z dystansem, bo nie jestem w stanie przyswoić odpowiednio wszystkich informacji. Nadal za bardzo boli to co przyniósł nam los w prima aprilis dwa lata wcześniej. Popołudniu jadę do rodziców. Ku mojemu zdziwieniu w komercyjnej telewizji ukazuje się reportaż o krematorium. Oglądam z mamą i po 2 minutach siadam na podłodze… NIE UMIEM OPANOWAĆ EMOCJI, NIE UMIEM ZROZUMIEĆ.

10 MINUT TRAUMY

2 kwietnia 2015 roku zapamiętam pewnie do końca życia (o zgrozo – kolejna bolesna data w kalendarzu wspomnień). Podczas dziesięciominutowego reportażu zostały przedstawione materiały dziennikarskiego śledztwa, które trwało blisko dekadę. Skala przedstawionych w reportażu informacji była nie do pojęcia, dla mnie, dla kogoś, kto właśnie w tym zakładzie pogrzebowym skremował ukochanych bliskich. Te dziesięć minut traktuje jako jedno z najbardziej szokujących przeżyć w moim życiu. W tym czasie powróciło wszystko: ból , łzy, rozdarcie serca, duszy. To było dziesięć minut ponownej traumy śmierci dziadków. Ocierając łzy szukamy z mamą świadectwa kremacji dziadka. Nadal nie umiem uwierzyć…
MOGŁA PANI WYBRAĆ INNY ZAKŁAD POGRZEBOWY
3 kwietnia (dwa dni po emisji), o 9 rano pojawiam się pod zakładem pogrzebowym. Są już kamery komercyjnych stacji telewizyjnych. Są redaktorzy, są ludzie zaintrygowani i szukający jakiejkolwiek odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Wypowiedz do kamery jest bardzo emocjonująca, nie wytrzymałam- łzy same płyną do oczu. Nie jestem profesjonalistką- nie w tej sytuacji, mimo że z wykształcenia jestem dziennikarzem. Rozdzwaniają się telefony. Jedni uspokajają, inni współczują. Ja stoję w mroźny dzień pod bramą zakładu pogrzebowego i czekam, oczekuję na jakiekolwiek wyjaśnienie kogokolwiek. Razem ze mną czekają zmarznięci i przestraszeni ludzie, ludzie w których tli się jeszcze nadzieja, ze zaraz z krematorium wyjdzie ktoś, kto zaprosi nas na kawę, uspokoi i doda otuchy. Czekam zdenerwowana i miotam się z emocjami. Nie dopuszczam do siebie myśli, ze to co widziałam w reportażu jest prawda. Nie mogę.
Za chwile pod bramę wychodzi córka właściciela zakładu pogrzebowego, która wydaje se być sympatyczną osoba. Na pierwszy rzut oka wydaje się, ze ktoś chce nas potraktować godnie. Oczekujemy na jakiekolwiek wyjaśnienia. Córka właściciela zabiera głos jedynie przed kamerą. Nie chce z nami (rodzinami) rozmawiać. Lakonicznie odpowiada na nasze pytania, choć właściwie to wzajemna przepychanka słowna. Rozemocjonowana zadaje jej pytanie : ,,co jest warte to świadectwo kremacji, które trzymam w ręku? Kto mi odpowie na pytanie czy w grobie leży urna z prochami dziadka?”. Pani ubrana bardziej w stylu dystyngowanej zakonnicy , w pełnym gracji i wyrozumiałości tonie odpowiada mi ,,przecież mogła pani wybrać inny zakład pogrzebowy i skremować bliskiego gdzie indziej”.

MILIARD CIOSÓW W TWARZ I KOPNIAK W SERCE

Po tej wypowiedzi nie miałam już wątpliwości. Nikt nie będzie z nami rozmawiać, nie napijemy się ciepłej kawy, nie podadzą nam chusteczek na otarcie oczu. Pan właściciel jest nieobecny. W stanie agonii po emisji kompromitującego go materiału, który jak donosi córka obłożnie chorego potentata branży pogrzebowej, jest jedynie pomówieniem żony, z która właśnie się rozwodzi, a która zażądała siedmiu milionów złotych majątku i pasierbicy, która pragnie ojczyma wygryźć z rynku. Pani córka właściciela odpowiada tylko na pytania dziennikarza, wypowiada się do kamery w potoku słów, z których jasno wynika, ze nie poczuwają się jako zakład pogrzebowy do odpowiedzialności za wyjaśnienie sytuacji. To oni padli ofiarami spisku wścieklej, prawie byłej zony i krnąbrnej pasierbicy, która zasadziła się na majątek ojczyma. W całej sprawie najbardziej dostało się autorom reportażu. Kłamstwo, pomówienie, oskarżenia bezpodstawne. Wszystko, co mówiła ta pani było monologiem oskarżeń kierowanych tych, którzy mieli cokolwiek wspólnego z reportażem. Oczywiście dowiedzieliśmy się też, że wytaczają wobec tych osób akty oskarżenia, a jeśli ktoś będzie podważał dobre imię zakładu i powielał informacje o skandalu w krematorium, również narazi się na gniew właścicieli i zostanie podany do sądu.

ŻONA ZŁA, REDAKTOR DO DUPY

Wróciłam do domu. Jeszcze z pięć razy obejrzałam wyemitowane reportaże i nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Widziałam na własne oczy wiele niedorzeczności, moje miasto jest charakterystyczne, ale takiego skandalu nie było nigdy. Nie mogę dopuścić do siebie myśli, że wyemitowany materiał jest całkowicie prawdziwy , bo pękło by mi serce i wiem o tym doskonale. Najbardziej boli mnie to jak potraktowani zostaliśmy przez właścicieli. Nikt nie powiedział ani słowa, które jakkolwiek uspakajałyby nasze emocje. Nikt nie podał ręki. Nikt nie wyszedł z inicjatywą wsparcia i współpracy w imię dochodzenia do prawdy. Nie było chusteczek, nie było wsparcia, nic nie było. W całej sprawie skazano już winnych i są to wszyscy oprócz zakładu pogrzebowego. Opowieści o złej żonie, która za wyjście ze spółki zażądała astronomicznej sumy pieniędzy. Historia wrednej pasierbicy, która jeździ dobrym samochodem i podkłada ojczulkowi świnie, wypowiadając się do kamery o tym, co wiedziała o krematorium z przekazu swego męża, zatrudnionego tam swego czasu. Redaktor Pe to katalizator całej nagonki medialnej. Zdegradowano go do poziomu marnego, szukającego sensacji redaktorzyny. Zapewne to dało mi do myślenia, bo doskonale wiem jakie zasługi ma na swoim dziennikarskim koncie redaktor, autor obrazu. Wiem, że dziennikarzem śledczym jest od wielu lat, a dzięki swej pracy światło dzienne ujrzały wielkie afery m. in. afera ,,łowców skór” z Łodzi.

MIJAJĄ DNI, WIEŚCI BRAK. WSZYSTKO WRZE.

Ruszają pierwsze strony na facebook’u skupiające ludzi ,,poszkodowanych” w ewentualnym procederze. Od początku na forach internetowych wrze. Ludzie dzielą się na dwie grupy- zwolennicy i przeciwnicy Pana Wu. To, co od razu przykuwa moja uwagę to skala hejtów, jakie wylewają się wobec osób, które wystąpiły w mediach komentując sprawę. Nie ważne kto się wypowiada i jak, wszyscy dostajemy ,,po uszach” za to żeśmy śmiali pokazać swój pysk w telewizji.
Jestem w moim mieście kojarzona z dużej akcji obrony kopalni . W styczniu tego roku w marszu przeciwko likwidacji kopalni wzięło udział piętnaście tysięcy osób. Na czele pochodu jechał karawan z firmy Wu , który wiózł białą trumnę z napisem ,,BYTOM A.D.2015”.

Jako organizator tego wydarzenia spadają na mnie hejty: ,,najpierw wzięła sobie karawan do marszu, a teraz się burzy- jak śmie?!” . Dziwi mnie to, że w ,,internetach” wylewa się na mnie kubeł pomyi, mimo że w żadnej ze swoich wypowiedzi nigdy nie powiedziałam że oskarżam zakład pogrzebowy, czy wskazuje ich jako winnych. Jako dziennikarz muszę być obiektywna. Nie mogę narazić się na ewentualne zarzuty. Nie mogę oczernić niewinnych ludzi. Niestety inni nie mają skrupułów i ,,jadą” z koksem wysmażając takie ananasy, że niektóre powodują autentyczne rozbawienie. O litości- jak dobrze, że jest się z czego pośmiać w tych fatalnych okolicznościach. Na facebook’u rusza grupa ,,poirytowani przez zakład pogrzebowy”. Czekamy w nadziei na cud. Może ktoś w końcu odpowie na nasze pytania, których z dnia na dzień jest coraz więcej.

TEJ PANI NIE WPUSCIMY

Szybko w moim mieście stałam się ,,persona non grata”. Dziwi mnie to, bo wydawało mi się, że więcej wrogów mogła mi przynieść akcja obrony kopalni. Nie każdy w mieście popierał akcje protestacyjną w kopalni. Niejednym nie podobało się to, że górnicy znów wojują, a mają przecież tak dobrze (,,Barbórki”, ,,14-stki”). Kalkulując na chłodny rozum, po styczniowej akcji musiałabym mieć więcej wrogów. Niestety spadła na mnie fala nienawiści, z która oczywiście sobie poradziłam, ale tylko dlatego że determinowało mnie dojście do prawdy. Jakakolwiek by ona nie była, obiecałam sobie wtedy, że zrobię wszystko, by obiektywnie ocenić sytuacje.
W połowie maja odbyła się konferencja prasowa w zakładzie pogrzebowym.


Obiecano nam, ze ktoś z rodzin zostanie na nią zaproszony, niestety zaproszenie nigdy nie przyszło, a ja pocztą pantoflową dowiedziałam się o niej od znajomych dziennikarzy. Czym prędzej pognałam pod zakład pogrzebowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy pan w dyżurce informuje mnie , ze nie wejdę na konferencję. Wykonuje telefon do szefowej, która nie zezwala na moje wejście do budynku. Siedzę i czekam na zbawienie. Myślę sobie, że jestem w ,,Matrixie”, a to co się dzieje odbywa się poza mną. Kompletnie nieracjonalne. Niezrozumiałe. Niedorzeczne. Co było w mojej obecności podczas konferencji takiego niewygodnego dla właścicieli? Czym mogłam im zaszkodzić?… Przecież ja nie chce siać zamętu, chce tylko znać prawdę.

WYPACyKOWANA AFERZYSTKA W KOLOROWEJ KIECCE

Konferencja prasowa trwała dwie godziny. Na pytania kierowane przez rodziny za pośrednictwem dziennikarzy nie udzielono odpowiedzi. Właściwie nie była to konferencja prasowa, ale znów monolog córki właściciela zakładu pogrzebowego, która po raz kolejny wymieniła wszystkich występujących w reportażu i mających związek ze sprawa jako głównych sprawców zamieszania. Ze swej strony w kierunku rodzin nie zostało skierowane żadne słowa wsparcia i otuchy. Szefostwo największego na śląsku krematorium postawiło się w roli poszkodowanych, bo to oni najbardziej ucierpieli wskutek medialnej nagonki. Kiedy część dziennikarzy zaczęła wychodzić z budynku biura, ja rozmawiałam jeszcze z dziennikarzami próbując dopytać o szczegóły konferencji. Wykorzystując chwile, w szale emocji weszłam do środka i zastałam panią córkę oprowadzająca dziennikarzy po włościach imperium Pana Wu. Wszystko we mnie wrzało i pierwszy raz w życiu w miejscu publicznym puściły mi nerwy, niestety pod bacznym okiem kamer.
Ostrą wymianę słów między mną a córką pana szefa zarejestrowały wszystkie stacje telewizyjne w kraju. Pani córka szefa skutecznie wykorzystała sytuację by wypowiedzieć wobec mnie kilka kąśliwych uwag w stylu ,,jest pani znaną w Bytomiu aferzystką”, ,,najpierw protestuje pani z górnikami, a później wpada do krematorium, kala miejsce pamięci i żałoby by sobie pokrzyczeć”, a poza tym czego ja tak naprawdę mogę chcieć, przecież wszystko zostało mi wyjaśnione
3 kwietnia pod zakładem pogrzebowym. Myślałam, że śnię, ze jest to jakiś koszmar. Groteska. Dziennikarze machali mikrofonami – ja, ona. Wiedziałam, że chcieli zrobić ze mnie wariatkę, która nie ma nic do powiedzenia, a jedynie wojuje, bo to ma w swej naturze. Wieczorem zostałam okrzyknięta naczelną wariatką bytomskich portali internetowych. Czemu nie byłam zdziwiona?…

ZAPRASZAMY DO…PIECÓW

Dwa dni po konferencji odbieram korespondencje. Nadawca pani córka Wu. Zapraszają mnie i trzy inne osoby do zakładu pogrzebowego. Pokażą mi wszystko. Krok po kroku wyjaśniając, ze wszystko, co było pokazane w reportażu pana Pe było zmyślone. Oddzwaniam do pani córki z podziękowaniami za korespondencje, przyjmuje zaproszenie. Gratuluje jej postawy syna , który jako jedyny zamienił ze mną kilka słów po konferencji i rozmowa odbyła się w kulturalny sposób. Informuje, że nie mam zamiaru występować z żadnymi oskarżeniami, ciesze się ze wszystko zobaczę na własne oczy, bo w końcu poznam obiektywny obraz przebiegu kremacji i całego pogrzebowego procesu. Wyjaśniam, ze skonsultuje kto pojedzie ze mną i podamy wcześniej do wiadomości, kiedy pojawimy się w zakładzie. Wydaje mi się, że wszystko nareszcie kieruje się na dobre tory. Teraz mam 75% pewności, że krematorium nie ma nic do ukrycia, ze są czyści. Zasypiam spokojnie. Niepamiętnie od dłuższego czasu.

ZNANA WARIATKA

15 maja wieczorem otrzymuje wiadomość o publikacji kompromitujących materiałów prasowych, w których piszą o mnie. Co prawda nie wymieniają mnie z imienia i nazwiska, ale po tym co zostało opublikowane łatwo się domyślić o kogo chodzi. W publikacji śląskiego portalu informacyjnego czytamy : ,, Mieszkanka z Bytomia, która pojawiła się w okolicy Zakładu podczas konferencji to osoba znana w lokalnym środowisku z tego, że podburza mieszkańców, uczestniczy we wszystkich protestach różnych grup zawodowych, nawet rolników czy górników. Nachodzi firmę i podważa jej wizerunek i uczciwość – w związku z czym również zostaje przeciwko niej wytoczony prywatny akt oskarżenia”.
Jest godzina 22.20 a ja dostaje szału. Skandal sytuacji polega na tym, że opublikowano oświadczenie, które wysłała pani córka Wu do dziennika internetowego. Perfidia sytuacji polega na tym, ze z jednej strony zapraszają mnie do rozmów, a z drugiej szkalują w ,,internetach”. Pospiesznie wykonuje telefon do zakładu pogrzebowego . Pani córka nagrywa rozmowę (słyszę pikanie w słuchawce). To ja muszę się bronic i wyjaśniać. Ja, jako ktoś, kto próbuje poznać prawdę, kto ani razu nie wypowiedział się źle na temat zakładu pogrzebowego, który ani razu nie uchybił właścicielom ani nie podważył ich dobrego imienia . Chyba najbardziej zdenerwowało mnie to, że przedstawiając mnie jako desperatkę , wariatkę z destrukcyjnymi aspiracjami bojówkarskimi, posunęli się stanowczo za daleko. Uczestniczę w protestach górników, rolników ale tylko w tych które sama organizuje, a dzięki m. in. temu, że organizowałam protest w obronie kopalni, zakład pogrzebowy miał darmową reklamę we wszystkich ogólnopolskich stacjach telewizyjnych (marsz transmitowano na żywo, wszystkie najważniejsze media filmowały karawan i pięciokilometrowy sznur ludzi za nim idących).

HALO, NAGRYWAMY.

W całym tym tumulcie najbardziej oczywistym jest nieprzewidywalność strony zakładu pogrzebowego. Zostałam oskarżona o sianie burzy, publicznie zarzucono mi że podważam wizerunek i uczciwość firmy pogrzebowej. Jednak to zaledwie zalążek dziwnych zbiegów okoliczności i ataków na mnie. Największym zdziwieniem było przyznanie się pani córki do nagrywania moich rozmów na terenie zakładu pogrzebowego. Pani córka w rozmowie telefonicznej zasugerowała, że upubliczni nagrania mojej prywatnej rozmowy z panem redaktorem regionalnej telewizji, bowiem jak powiedziała, redaktor namawiał mnie do tego, bym zrobiła w zakładzie awanturę podczas konferencji. Wszystko zostało powiedziane w sposób bezpośredni, bez cienia zwątpienia, czy aby na pewno zostałam podsłuchana. Przygryzając wargi, przyjęłam ten fakt do wiadomości . Moja strata. Kolejne doświadczenie w kontaktach między rodzinami zmarłych a zakładem pogrzebowym. Pamiętam jak rozmawiałam z koleżanką na tematy zupełnie prywatne. Osoby, których dotyczyła rozmowa jeszcze tego samego dnia odebrały dziwne telefony, w których dopytywano o łączące mnie z nimi relacje.

BYTOMSKI KURWIDOŁEK

Mijały kolejne dni odkąd w naszym mieście wybuchła afera z kremacjami. Wydawało mi się, że wszyscy powoli oswoili się ze sprawą. Chwilowa nagonka w mediach, skandal, konferencja- wielkie mi WOW, było-minęło. Na szczęście sprawę dalej drążyli dziennikarze śledczy z ekipy Pe. W swym dochodzeniu doszli do wierzchołka góry lodowej, którym są powiązania pana Wu z bytomską prokuraturą, policją i innymi instytucjami państwowymi. Pan Wu od lat w Bytomiu miał opinię człowieka, którego należy się bać, ale głównie ze względu na kasę. Na światło dzienne dzięki kolejnemu reportażowi, wyszła sprawa powiązań pana kremacyjnego barona i osób z bytomskiego ratusza.
Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu dla głupoty osób zajmujących wysokie stołki w bytomskiej prokuraturze. Na wspólnych biesiadach u pana Wu przesiadywali nie tylko radni wywodzący się z policji, ale również wiceprezydent, naczelnicy urzędu skarbowego, dyrektorzy sanepidu. Grupa wzajemnej adoracji jaśnie wszechmogącego bytomskiego burżuja rosła w siłę, a pan Wu wiedział jak dostać się w struktury władzy i wiedział jak umiejętnie wykorzystywać te znajomości. Choć nikt oficjalnie nie powie tego głośno, jasną sprawą jest, że dzięki wzajemnemu ochlaństwu pana wiceprezydenta Be i pana Wu, ten pierwszy przedłużył mu dzierżawę nieruchomości o kolejnych dziesięć lat. Dziwne? Nie , skądże. W krematorium był zatrudniony syn pana wiceprezydenta, który był najlepiej opłacanym swego czasu pracownikiem zakładu pogrzebowego. Tak właśnie w Bytomiu ugruntowana została pozycja pana Wu , jako niezniszczalnego, bogatego i wpływowego człowieka. Zapewne tak jest do dzisiaj, a wszyscy dobrze wiedzą że lepiej żyć z nim dobrze, albo wcale, bo skala jego złośliwości (i nie tylko) może zjeżyć włos na głowie (i nie tylko).

ŁAPÓWKA BEZ ŁAPÓWKI
Gdy na jaw wyszła sprawa wręczonej przez pana Wu łapówki w wysokości 50 000 złotych, za której przyjęcie prezydent Świętochłowic został skazany na dwa lata pozbawienia wolności , w Bytomiu ponownie zawrzało. Materiał śledczych komercyjnej telewizji znów wywołał burzę i odsłonił kulisy wzajemnych powiązań i kolesiowskich relacji między Wu, a osobami ze świecznika władzy. Wracając jednak do sprawy wręczonej prezydentowi Świętochłowic łapówki, w śledztwie trwającym prawie trzy lata Wu został praktycznie pominięty, mimo faktu wręczenia łapówki, jaki Sąd Rejonowy w Mikołowie przytacza uzasadniając wyrok. Bytomska prokuratura postawiła przed sądem tylko prezydenta Świętochłowic, a oskarżenia przeciwko Wu zostały oddalone. Jednak z odczytywanego przez Sędziego aktu oskarżenia jasno wynika, że Wu wręczał łapówkę i wiadomo w jakim celu ją wręczył, a mianowicie w celu przejęcia nieruchomości przyszpitalnej w Świętochłowicach, oraz w celu rozpatrzenia na korzyść przedsiębiorcy pogrzebowego zmian w planach zagospodarowania przestrzennego. Trudno logicznie wyjaśnić dlaczego wszystko, co dotyczy pana Wu uchodzi mu płazem i staje się być wyjęte spod prawa, albo ocenianie według innych, niż tych które obowiązują nas wszystkich praw? Nie trzeba być detektywem, żeby zauważyć ,że za dużo okoliczności składa się na jeden wspólny mianownik. Jednak imperium pogrzebowe pana Wu i córeczki dalej się rozrasta, a kasa trzepana na kremacjach spływa do przepastnych portfeli pana Wu i spółki.

WU & IMPRERIUM, CZYLI O TYM JAK ZADYMILI KSIĘŻYC I ZAROBILI MILIONY

O czarnym dymie wydobywającym się z kominów krematorium wiedzieli wszyscy mieszkańcy w okolicy. Przez lata ten właśnie gęsty dym był powodem interwencji i donosów pisanych przeciwko Wu do ratusza i inspektoratu ochrony środowiska. Jak to możliwe, żeby nikt nie zauważył, że coś jest nie tak kiedy w środku bezchmurnego dnia, z komina wydobywają się kłęby dymu, który spowija całą okolicę? Po kontroli Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Katowicach panu Wu nie wlepiono kary, mimo że zaiste dopatrzono się wielu nieścisłości. Nakazano mu jednak wykonać niezbędne prace serwisowe, budowlane kominów i pieca, tak by sąsiedzi już nie protestowali. W krematorium od 2003-2010 roku działały dwa piece kremacyjne, w 2010 roku zakupiono dwa dodatkowe piece. Odtąd palenie zwłok szło hurtowo, jeden za drugim.
W 2007 roku w zakładzie spopielono 3735 ciał, co przeliczając na dni robocze (przy pięciodniowym systemie pracy,na który wielokrotnie powoływał się właściciel) daje sumę 96 kremacji dziennie (na dwóch piecach). Trzeba przyznać, że skala działalności bytomskiego krematorium była dużo wyższa niż innych krematoriów w dużych miastach Polski. Pod zakład Wu podjeżdżały karawany z tablicami rejestracyjnymi z różnych regionów Polski. Wiedzieliśmy o tym wszyscy, mieszkając w Bytomiu. Dla mnie był to powód do dumy, gdy jeszcze nie znałam kulis sławy bytomskiej spopielarni.
Rzeczywiście Bytom przodował w statystykach, krematorium Wu jako pierwsze w Polsce zdobywało certyfikaty i inwestowało w nowoczesne technologie.
W krótkim czasie mimo czarnych dymów, które kiedyś wydobywały się z komina, imperium kremacyjne rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów.
Trzeba przyznać, że właściciele umieli zadbać o klienta i wiedzieli co w najbliższej przyszłości będzie kremacyjnym ,,must-have” w tym biznesie. To właśnie jeden z najważniejszych powodów podjętej przez moją rodzinę decyzji o tym, że dziadków będziemy kremować właśnie tam. Nie dość, że najbliżej to jeszcze tak profesjonalnie, swoista awangarda wśród zakładów pogrzebowych.
Wiadomo, że Wu nie osiągnął tego sam, za jego sukcesem stali ludzie, a właściwie znajomości, choć nie tylko. Dziwi mnie podejście córki pana Wu do tematu macochy. W końcu to w czasach, gdy macocha władała kremacyjnym biznesem, krematorium śrubowało statystyki. Dzisiaj córka pana Wu przedstawia doskonałą wiedzę na temat wszystkiego, co się działo na przestrzeni 20 lat historii zakładu pogrzebowego. W końcu nie jest tajemnicą, że pani córki nie było przy boku ojca, gdy zaczynał w branży pogrzebowej, bo w latach 1995 do 2004 w ogóle nie mieszkała na Śląsku. Dzisiaj zachowuje się jakby pozjadała wszystkie rozumy i zabiera głos we wszystkich sprawach dotyczących krematorium, tak jak podczas sławetnej konferencji prasowej.

ZDĄŻYC PRZED PANEM BOGIEM, ZANIM WYJMĄ CI OCZY

Ostatnie dwa miesiące to był ciężki okres dla mnie, oczywiście za sprawą tego, co przeżyliśmy. Zawsze powtarzałam, że nie wierze w to, że materiał Pe jest prawdziwy, póki nie zapadnie wyrok w toczącej się przed sądem sprawie przeciwko bezczeszczeniu zwłok przez Wu i dopuszczania się oszustw pogrzebowych. Nie mogę dzisiaj do siebie dopuścić myśli,że moja ukochana babcia została skremowana hurtowo z innymi. Nie mogę zastanawiać się nad tym jak niegodny był to proceder, bo wiem że kiedy dopuszczę do siebie takie myśli, rozkleję się całkowicie. Nastąpi załamanie. Przyznaje ,że nawet teraz zmęczenie materiału jest ogromne. Żyje sprawą z dnia na dzień. Jak mrówka staram się docierać, pytać, dociekać, pisać, prosić. Odwalam robotę za śledczych z chorzowskiego komisariatu, po czym przychodzę na zeznania i okazuje się, ze tak naprawdę nic nie mogę, bo moja wiedza mimo, że ogromna nie jest dopuszczalna w sprawie. Podejście książkowe, matematyczne, obliczone na kalkulacje, byleby wyjść z pracy o założonej porze i nie przesłuchać zbyt wielu świadków, bo zrobi nam się bigos nieziemski, niesmaczny. Niestety prawda jest taka, że ten bigos już mamy. Wszyscy wszystko wiedzą, każdy gada pod nosem, dzisiaj nie ma już krzty wątpliwości, że materiały i dowody przedstawione przez Pe nie są sfabrykowane. Niestety brak tej ostatecznej kropki nad ,,i”, co powoduje, że człowiek musi skopić się jeszcze bardziej, dać z siebie jeszcze więcej, mimo braku sił i nadziei.
Gdy myślałam , że nie może się przydarzyć już nic bardziej okrutnego, niż to co prawdopodobnie działo się w krematorium na Piekarskiej, przyszedł cios o potrójnej sile rażenia. Dzięki uprzejmości dobrych ludzi dostałam do rąk publikacje tygodnika ,,NIE” (ukochany tygodnik mojego dziadka- o ironio losu, czytywał namiętnie, tydzień w tydzień, choćby nie wiem jak był chory musiał iść do kiosku po ,,Urbana”). Obszerny artykuł o krematorium zatytułowany ,,Zdążyć przed Panem Bogiem. Zanim umrzesz, stracisz oczy i serce”. Redaktor zajmował się sprawą bytomskiej spopielarni już 4 lata temu. Gdy usiadłam w fotelu, by przeczytać tą publikację nie spodziewałam się żadnych rewelacji. Wydawało mi się, że wiem wszystko. 3 minuty później dostałam w pysk i spadłam z fotela. Teraz już wiem,że to nie dzieje się przypadkowo na skutek zemsty rozpieszczonej żonki, czy pasierbicy, ani nawet na skutek złości zwolnionych pracowników, co zbyt często raczyli się alkoholem, ani nawet na skutek złośliwości redaktorzyny pana Pe. Przeczytałam i znów popłynęły łzy. Ile to już w tych dwóch miesiącach ich było? … ile będzie jeszcze?

Tu już nie chodziło o kremacje, o to że można ludzi na siłę upychać jak szmaty w jednej trumnie i zbiorowo palić, zyskując czas i pieniądze, ale chodzi o znacznie ważniejszą i bardziej drażliwą kwestię pobierania narządów od zmarłych. Nie wierzyłam, że w Polsce prywatna firma może zbudować sobie na terenie swojego zakładu swoje prosektoria i sale do pobierania narządów, jeszcze bardziej nie wierzyłam temu, że w takiej firmie zostaną pobrane jakiekolwiek narządy od zmarłych. Prawda była taka, że wszyscy wiedzieli, że coś jest na rzeczy i pamiętam jak znajoma mówiła mi o starym pracowniku prosektorium jednego z bytomskich szpitali. Mówiła co tam się dzieje, bo on jak się upił, a pic musiał bo robota była straszna, wszystko ze szczegółami jej opowiadał , sadzając ją na kolanach jako kilkuletnią dziewczynkę. Nikt głośno w Bytomiu nie powie o powiązaniach Wu i ministra zdrowia, a takową zażyłość w kontaktach biznesowych mieli, bo to właśnie firma FRK ,,Homograft” pobiera narządy do transplantacji w salach sekcyjnych zakładu pogrzebowego firmy Wu. Prywatne firmy dzielą się zyskami z wyjmowanych od ciał zmarłych tkanek, rogówek, zastawek. Oczywiście jak to bywa w przypadku wielce szanownego pana Wu i tu nie obyło się bez afer. Wówczas sprawa zajęła się pani Jaworowicz, a publikacja redaktora z ,,NIE” już na wstępie traktowała o sprawie zwiezionego z wypadku do prosektorium ciała NN, który nie był NN, a któremu pobrano zastawki i rogówki. Jak zwykle w przypadku pana Wu, któremu świeci promień Boskiej Opatrzności i tym razem sprawa została umorzona, bo przecież NN, który był mieszkańcem Sosnowca i miał przy sobie komplet dokumentów nie miał podpisanego sprzeciwu w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów. Sam sobie zawinił można by rzec, a rodzina nie miała pojęcia że chowa bliskiego, któremu zabrano narządy bez jakiejkolwiek informacji na ten temat. Ilu jest takich zmarłych, którym coś zostaje zabrane, a rodzina nawet nie pomyśli , że taki proceder może mieć miejsce. Wszystko dzieje się w majestacie prawa. Niemożliwe? A jednak… Polska głupcze…

NIGDY NIE RÓB TEGO SAM, BO ZWARIUJESZ.

Gdyby nie codzienne obowiązki, dom, rodzina, przyjaciółka, grupa poszkodowanych rodzin, pewnie nie dałabym rady tego pociągnąć. Za dużo jest w sprawie wątków, ale najgorsza jest bezsilność w majestacie prawa. Bezsilni jesteśmy my, ja, prokuratura… bo dotychczas umorzono wszystkie toczące się przeciw panu Wu sprawy karne, nawet sprawę pobicia swej jeszcze obecnej małżonki, w której świadkami Wu byli wszyscy jego milicyjni kumple (to tak apropos tego, kto tu jest ofiarą). Jak się okazuje w sprawie bezsilna jest również pasierbica Wu. To ona była przedstawiana przez córkę Wu jako sprawczyni zamieszania i autorka pomówień, a na dodatek dłużniczka swego ojczyma, której największym pragnieniem jest wygryzienie byłego kochasia swej mamy z rynku. Celem wyjaśnienia podam tyko , że firma zwyrodniałej pasierbicy działa na rynku od 10 lat (czyli prawie tyle samo ile działa krematorium w firmie Wu), to również dla zobrazowania sytuacji. Pasierbica Wu również usiłuje dowieść prawy w sądzie, mimo że jak na razie wszystko uchodziło ojczymowi płazem.
Wu zamknął się w cieniu swoich krematoryjnych ,,pałaców” i oddał córce we władanie zakład pogrzebowy. Jak na razie nie ma doniesień o kremowanych na kanapkę ciałach, ale zapytajcie panią córkę gdzie są chowane prochy płodów zwożonych ze szpitali przez Wu, albo czemu pracownicy firmy Wu zakopują wielkie czarne worki na terenie komunalnego cmentarza?… Pani córka z pewnością powie, że to wymysł dzikiej wyobraźni redaktorów, aferzystki lub śliniącej się na pokaźną sumkę pieniędzy żony, wspieranej przez zadłużoną u Wu pasierbice.
,,Internety” nadal buchają informacjami z pierwszej ręki o tym ile to pani żona dostaje alimentów, albo o rozpaczy skruszonej pasierbicy. Nie mogę uwierzyć, że ktoś zadaje sobie tyle trudu, by stworzyć takie badziewie i puścić to w siec, za każdym razem dodając pikanterii nowym szczegółem. Nie interesuje mnie majątek pana Wu ani podział jego pieniędzy, tak jak nie interesuje mnie prywatna woja rodzinki Wu z całym światem. Szkoda, że nic z tych rewelacji nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości.
Ja nie zajmuje się tylko aferami, ale jestem żoną, matką, działaczem społecznym, dziennikarzem i stale przebywam na bezrobociu. Rodziny poszkodowane nie dybią na kaskę Wu, nie skierowały przeciwko niemu wniosku o odszkodowania. Byli pracownicy wygrali procesy o zapłaty należnych im wypłat (główny kremator otrzymał 40 tysięcy zaległej, należnej mu pensji). Redaktor Pe doniósł do prokuratury na Wu, a redaktor Że (ten podsłuchany we wspólnej rozmowie ze mną) do dzisiaj wygląda na pozew w skrzynce pocztowej. Żona Wu nie otrzymała żadnych pieniędzy z potężnego majątku swego kata (ups, pana) i władcy. Pasierbica biega po sądach z wnioskami o wypłatę przez Wu należnych jej pieniędzy za wykonywane dla niego usługi i spowiada się z pomówień o kradzież umywalek z krematorium. GENERALNIE CYRK NA KÓŁKACH – a PROKURATURA ŚLEPA JAK KRET I GŁUCHA JAK PIEŃ. Bo po co widzieć?
Po co słyszeć? Po co w ogóle babrać się w gównie?…

WSZYSTKICH ROZLICZY CZAS I SAMOTNOŚĆ SPRAWIEDLIWIE

Ktoś mnie zapytał niedawno na co liczę?… zdziwiło mnie to pytanie, bo ja liczyć to mogę do 100, 1000, 10000000, ale w tym przypadku to nie kalkulacja ma jakiekolwiek znaczenie, a po prostu łut szczęścia i odrobina dobrej woli śledczych, którym będzie się chciało poszukać, przesłuchać jedną osobę więcej. Jeśli zrobią to jak nakazuje prawo to wiadomo, że Wu nie ucieknie od zasłużonej kary. Inni mówią, że życzą mu jak najgorzej, żeby zgnił w samotności, w biedzie i chorobie. Ja chyba nie mam w sobie takich pokładów złych emocji, ale powiem tylko to, co leży mi na sercu od początku sprawy- mam nadzieje, ze sprawiedliwości stanie się zadość.
Nie szukam zemsty nie chce jego majątku, auta czy nawet 5 złotych, ale chce mieć pewność ze ukochani dziadkowie w ostatnią drogę zostali odprowadzeni z godnością i należytym poszanowaniem. Za bardzo kochałam swoja babcie i dziadka, żeby pozwolić, by cokolwiek było nie tak, nawet po śmierci. Dla mnie dzień w którym zmarła babcia (24.grudnia 2007) i dzień, w którym zmarł dziadek( 1 kwietnia 2013) był początkiem największego bólu i największej tragedii. To, co przeżyliśmy 1 kwietnia 2015 roku i dzień po emisji reportażu o bytomskim krematorium powoduje jeszcze większy ból, niż wtedy w tych dniach śmierci bliskich. Wówczas się z nimi żegnaliśmy bo wiedzieliśmy, że zostaną w naszej pamięci i będzie nam dane zapalać światełka na ich mogiłach. Tą nadzieją żyliśmy. Ta nadzieja trzymała nas przy życiu. Dzisiaj nie mamy już tej nadziei, została nam zabrana. Wyrwana, wyjęta z naszych serc, bo ktoś ponad godność cenił sobie luksusy mieszkania w wielkiej willi i jazdy dobrym lexusem.

Pokrzywdzona