Ryszard Jan Czarnowski, urodzony gawędziarz, autor książki m.in. Lwów, opowiada o Zbigniewie Herbercie, jego chrzcie w kościele św. Antoniego, bazarze nieopodal kościoła, słynnej szkole złodziejskiej i o wierności idei: jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden, on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania, on będzie Miasto.

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, to dzień poświęcony św. Szczepanowi. Apostoł ów stał się patronem wielu na Łyczakowie, tuż po Antonim. Najpopularniejszymi nosicielami tych imion stali się radiowi Szczepcio i Tońko – batiarzy oczywiście. Stało tak w miejscowym zwyczaju, że dzieci urodzone jesienią należało chrzcić na Szczepana. Zanim powstała daleka łyczakowska świątynia Matki Boskiej Ostrobramskiej, najważniejszymi dla tej dzielnicy i ulicy były św. Piotra i Pawła i druga franciszkańska św. Antoniego. Patron od zgub musiał być obecny (i jest nadal) przy największym okolicznym bazarze. (Trzeba, bowiem wiedzieć, że Lwów słynął z drugiej po Paryżu szkoły złodziejskiej. Nie narodził się, niestety, w mieście żaden Eugeniusz Sue, który jak autor Tajemnic Paryża, przybliżyłby hermetyczne dla obcych tutejsze zwyczaje; z kart pitawali najlepiej. Tak więc targowiska i bazary były najwdzięczniejszymi miejscami pracy tego cechu, zaś ich klientów musiał chronić jak umiał – Antoni.)

Barokowa świątynka na podwyższeniu, uderzająca jasnością swego lica i schodów doń prowadzących, flankowana charakterystycznym umocowaniem dzwonnym, którego nijak campanellą nazwać nie można, była zatem centralnym punktem tego miejsca. Obok zaś przycupnęła należąca do Ormian lwowskich kamienica, w której zamieszkała rodzina Herbertów. Gdzież, zatem chłopak, co pojawił się na tym łez padole 29 października 1924 roku, miał być chrzczony. Pani Maria, widocznie zakochana była dziewczęco w młodym i dzielnym rycerzu z Krzyżaków imć Sienkiewicza, skoro dała synowi na imię Zbigniew. Jak dano temu z Bogdańca. Bo nic nie jest w naszych dziejach proste, ale za to logiczne. W centralnym Lwowie królowało imię Władysław, nadawane najczęściej z racji wdzięcznej pamięci o królu Jagielle, co tyle dobrego dlań uczynił. A skoro zwycięzca spod Grunwaldu, to wiadoma opowieść naszego narodowego pisarza. Pierwsze spojrzenia na matkę zanotuje Zbigniew Herbert po latach w swym wierszu jej poświęconym:

Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki.

Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na oślep.

Trzymała początek życia.

Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić.

Toczył się po ostrych pochyłościach, czasem piął się pod górę.

Przychodził splątany i milczał.

Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.

Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

 I drugiego dnia świąt Państwo Maria i Bolesław (legionista i Obrońca Lwowa) ponieśli swe najcenniejsze zawiniątko do nieodległej świątyni. Potem już wszyscy wiemy. Było liceum Kazimierza Wielkiego., karmienie wszy w Instytucie u Weigla. I tułaczka i niedoczekane czekania na zasłużoną bardziej niż te przyznane, literacką Nagrodę Nobla. I nie sprzeniewierzenie się nigdy wartościom wyniesionym z mieszkania na pięterku kamienicy przy Łyczakowskiej. Bo Lwów słusznie nazywany był tyglem narodów. I przez to był wielki. Jak wielka była Rzeczpospolita, gdy przytulała przez wieki i Tatarów, i Ormian i Karaimów, i Rusinów, Żydów i inne nacje. (A o marnotrawności niektórych napiszemy już wkrótce. By pamięć pozostała. Bo bez pamięci obcy narzucą nam swe racje. Swój film i obraz. Nieważne czy piszą grażdanką czy innymi fontami. Zawsze będą w swej propagandzie obcy.) Czuwajmy, zatem przy poezji Herberta, by jej ze świadomości nie wyprzeć. Pan Cogito narodził się we Lwowie, może właśnie w chwili dziecięcego protestu, gdy zimne krople wody święconej zmoczyły mu buzię.

(…) jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto
patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady
i tylko sny nasze nie zostały upokorzone

autor tekstu i grafiki: Ryszard Jan Czarnowski