W 1981 r. pracowałem wtedy na podrzędnym, jednak dosyć samodzielnym stanowisku, szefa działu rekreacyjnego dla pacjentów dużego szpitala psychiatrycznego. Jednocześnie kierowałem pracownią szumnie nazwaną … ekspresji sztuki psychopatycznej, o czym pisałem obszerniej w „Plugawym życiorysie lubieżnika z Branic „ który można znaleźć na Pressmania. pl
W atmosferze solidarnościowego karnawału wpadłem na pomysł, żeby nie tyle wolnością, ile większą swobodą, którą wtedy oddychaliśmy — podzielić się z tymi, którzy jej absolutnie nie mieli, to jest — z pacjentami od dziesięcioleci zalegającymi na tak zwanych oddziałach chronicznych z rozpoznaniami ciężkich defektów schizofrenicznych. Praktycznie bez kontaktu ze światem zewnętrznym. W ich obrazach klinicznych dominował … autyzm, mutyzm, katatonia i Bóg wie co jeszcze. Postanowiłem zorganizować im wakacje, które — miałem taką nadzieję, będą również eksperymentem psychologicznym, jeśli oczywiście ktoś zada sobie trudu naukowej obserwacji ludzi, dotąd z głębokimi zespołami błędnej adaptacji do warunków szpitalnych przeniesionych w miejsce, jakże odmienne od co tu kręcić — więzienia, w którym bez wyroków sądowych byli do końca życia osadzeni.
Udało się mi do tego pomysłu zjednać dyrekcję szpitala i skompletować ekipę śmiałków, którzy mieli się przez dwa, a może nawet trzy tygodnie — opiekować ciężkimi przypadkami chorych psychicznie w warunkach obozu skautowskiego. Lekarzem tego obozu został ojciec chrzestny naszych córek, postać i zagadkowa i tajemnicza. Przybyły po długoletnim pobycie w Szwajcarii doktor, który wtedy załatwiał sobie nostryfikację dyplomu. Mimo słusznego już wieku miał wtedy koło chyba 50 – tki i był tylko asystentem, więc bez specjalnego zamieszania — mógł z nami się na ten obóz wybrać. Wszystkim zawiadywała pielęgniarka oddziałowa, która skwapliwie skorzystała z okazji dodatkowego, jak na początku myślała urlopu, a nie ciężkiej harówki, przede wszystkim obciążającej psychicznie z nieustanną odpowiedzialnością i towarzystwem chorych psychicznie za dnia i w nocy. W jej namiocie była też apteka. Już nie pamiętam dokładnie, ilu było psychologów, ale na pewno dwóch terapeutów. Mnie przypadła rola kwatermistrza, byłem odpowiedzialny za rozłożenie obozowiska złożonego z dwóch namiotów wojskowych, wypożyczonej z WOP kuchni polowej, zaplecza magazynowego w postaci odrębnego namiotu, w którym były zapasy pościeli, ubrań i bielizny na zmianę w przypadku zabrudzenia. Materace i łóżka do spania były szpitalne. Kadra spała w prywatnych namiotach, przeważnie dwójkach. Posiłki w postaci śniadań, podwieczorków i kolacji przygotowywaliśmy sami. Nad kuchnią zbudowaliśmy szałas, a obok ustawiliśmy dwa długie, zrobione z desek stoły z ławkami. Były też, oczywiście w stosownym oddaleniu od obozowiska dwie latryny. Dyskutowanym zawzięcie przed wyjazdem był problem zapewnienia bezpieczeństwa w nocy, przecież pacjenci pochodzili z oddziałów zamkniętych, do których wejście było możliwe tylko przy posiadaniu odpowiedniego klucza. Tak samo zamykane były za dnia szpitalne sypialnie. Zaproponowałem rozwiązanie, które najzupełniej się sprawdziło. Wokół obozowiska rozwiesiliśmy zapalane na noc lampy naftowe, takie, jakich używano do oświetlania pojazdów konnych. One wytyczały pacjentowi granice nie do przekroczenia. Poza nimi był mrok.
Na miejsce dla tych niezwykłych wakacji wyznaczyłem okoloną ze wszystkich stron wikliną polanę u podnóża Góry Jaroszowickiej w magicznej miejscowości Czartak, ale po drugiej stronie rzeki mojego dzieciństwa, prawie nad samym jej brzegiem — Skawą.
Suchy prowiant zabrany ze szpitala uzupełniałem codziennie przywożonym przeze mnie motorowerem w plecaku pieczywem, zdobywanymi z największym w tamtych czasach trudem wędlinami, warzywami i owocami. Obiady obstalowałem w restauracji po drugiej stronie rzeki, przenosiliśmy go z pacjentami w szpitalnych termosach. Trzeba było pokonać bardzo chybotliwą kładkę, która łączyła dwa brzegi. Był oczywiście dojazd wiodącą poprzez gąszcz wiklin drogą, ale coś o 6 km dłuższy. Tak więc codzienna przeprawa nad wartkim w tym miejscu nurtem rzeki była najtrudniejszym logistycznym zadaniem do pokonania. Na ten osobliwy turnus zakwalifikowano 20 osób pacjentki i pacjentów z przynajmniej 10-letnim stażem pobytu w szpitalu, u których rozpoznano schizofrenię.
Nie mam specjalnie miejsca, żeby obszerniej podsumować ten eksperyment, pewnie nikt o nim już nie pamięta. W psychiatrii dokonano rewolucji, spychając obowiązek opieki nad chorym — tak zwanemu środowisku to jest rodzinie, sąsiadom, pomocy społecznej. Zaprzestano ich izolacji, bez specjalnego zezwolenia sądu nie można pacjenta w szpitalu przetrzymywać na leczeniu, bez jego zgody dłużej niż 10 dni. Odeszły w zapomnienie 100 i ponad osobowe oddziały, w których ludzie przebywali po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, więc nikt specjalnie się nie interesuje moimi zwariowanymi wakacjami w krzakach.
Zostaw komentarz