Czytam książkę i okazuje się, że to, co my intuicyjnie uważamy za szkodliwe – zostało potwierdzone eksperymentalnie, że jest szkodliwe. Więc proszę mi wyjaśnić, bo ja tego nie rozumiem, dlaczego nasze władze to realizują i jeszcze nazywają to postępem.
Na przykład jest oczywiste, że na dzieciach nie należy eksperymentować, bo nie ma żadnej pewności, co z tego wyjdzie. Nie można bowiem doświadczalnie potwierdzić, że nowatorskie pomysły wychowawcze czy dydaktyczne są dla dzieci korzystne.
Takie doświadczenie byłoby zwyczajnie niemoralne. Bo musielibyśmy jakąś grupę badawczą obserwować od przedszkola do pełnej dorosłości, na przykład do wieku 40 lat. A przecież nie możemy ludzkiego życia zamienić w naukowego Big Brothera.
Aby z takiego eksperymentu wyciągnąć jakieś wnioski, grupa badawcza musiałaby zostać podzielona na część eksperymentalną i część porównawczą. Czyli część dzieci należałoby wychowywać nowoczesnymi metodami, a drugą część tradycyjnymi. I po 40 latach można byłoby się pokusić o jakieś wnioski. Oczywiście nikt nie może tego zrobić.
Dlaczego więc nasze władze, korzystając z absurdalnie scentralizowanego państwa, narzucają szkołom obowiązek stosowania nowoczesnych metod nauczania i wychowania, których skutki przewidziano wyłącznie teoretycznie? To jest tak absurdalne, że powinno zostać poddane badaniom.
Ale to jeszcze nic. Bo wycinkowo nowe metody były sprawdzane eksperymentalnie. Nie można tego zrobić całościowo, ale fragmentarycznie można. I te naukowe eksperymenty jednoznacznie potwierdziły, że niektóre z nowoczesnych metod są szkodliwe dla rozwoju dziecka. Na przykład nauka przez monitor.
Człowiek nie tylko mniej informacji przyswaja przez monitor, ale monitor zniekształca jego rozwój. Im człowiek jest młodszy – tym skutki są gorsze. I nie wynika to z psychologii, ale z budowy ludzkiego mózgu. Jeżeli więc ta wiedza jest znana, to dlaczego dzieci w szkole zarzucane są monitorami? Laptopy, tablety, telefony, a jeżeli oderwą na chwilę od tego wzrok – na ścianie przed sobą zobaczą tablicę interaktywną.
I ja nie mówię o takim dziwactwie jak „szkoła w chmurze”. Ja mówię o normalnej szkole, w której przejawem postępu ma być nurzanie dzieci od najmłodszych lat w gadżetach elektronicznych.
Zawsze zadziwiały mnie programy finansowane z budżetu państwa w stylu „laptop dla każdego ucznia czwartej klasy szkoły podstawowej”. Nigdy nie były realizowane w liceum, ale zawsze „od najmłodszych klas”. A przecież intuicyjnie wyczuwałem, że taki laptop bardziej przydałby się starszym uczniom niż młodszym. Teraz oceniam to jeszcze gorzej, jeżeli badania naukowe potwierdzały, że monitory są najbardziej destrukcyjne dla umysłów młodszych dzieci. Bo teraz to wygląda na świadomy sabotaż mający zniekształcić rozwój całego pokolenia polskiej młodzieży.
Ja wiem, że rządzą nami ludzie o takich możliwościach intelektualnych, że oni mogli tego nie wiedzieć, ale przecież musieli im doradzać jacyś eksperci, którzy znali wyniki naukowych eksperymentów. Dlaczego więc nie zatrzymali tego sabotażu na szkodę naszej młodzieży? I jeżeli jest to prawda (bo ja mam tę wiedzę z jednej książki), to sprawą powinna się zająć prokuratura, a ofiary rządowych eksperymentów edukacyjnych powinny domagać się odszkodowania.
W każdym razie, zastanawiając się nad tym, dlaczego – przychodzą mi do głowy cztery wyjaśnienia.
- Po pierwsze – walka o głosy.
Bo politycy nie kierują się zasadą: „po pierwsze nie szkodzić”. Ich obowiązuje zasada: „walcz o głosy wyborców za wszelką cenę”. W praktyce przybiera ona formę: „rób wszystko, co media uznają za słuszne i moralne, bez zastanawiania się nad sensem”. Wynika to z przekonania, że drogą do zdobycia głosów wyborców jest dobra prasa. A problem polega na tym, że w naszym kraju dziennikarze zazwyczaj są jeszcze głupsi od polityków. Ale wypowiadają się o wszystkim, nie mając o niczym pojęcia. Wychodzi z tego, że ślepy prowadzi kulawego. Programy w stylu „laptopy dla czwartoklasisty” realizowane są więc dla dziennikarzy i wszyscy mają gdzieś ich skutki społeczne. W ogóle wiele durnych rzeczy robi się u nas dla dziennikarzy.
- Po drugie – dla zysku.
No właśnie, bo przecież programy „laptop dla każdego ucznia” nie są realizowane za darmo. Ktoś na tym zarabia. Czyści magazyny z zalegającego tam sprzętu za cenę przewyższającą cenę rynkową sprzętu wysokiej jakości. Nie mówię tego z teorii, ale z doświadczenia. I nikt nie narzeka, gdyż darowanemu koniowi nie zagląda w zęby. A jednak są organy, które powinny to robić, bo od tego są. Ale tego nie robią, bo mają inne priorytety.
- Po trzecie – presja rodziców.
Bo rodzice uwierzyli, że są takie cudowne sposoby, aby szkoła wychowała ich dzieci na geniuszy. Człowieku – najpierw stań przed lustrem i popatrz, wtedy będziesz wiedział, ile szkoła może. A jednak oni wierzą w cudowną moc gadżetów elektronicznych, bo uwierzyli reklamom, że dziecko, które od dziecka patrzy się w monitor będzie się rozwijało szybciej i nowocześniej. Wymagają więc tego od szkół i polityków. A jeżeli ich dziecko nie zmieni się przez to w geniusza – nie mają pretensji do siebie, ale do szkoły.
- Po czwarte – bo głupim społeczeństwem łatwiej rządzić.
Tak, tak – wiem, że to teoria spiskowa. A jednak chodzi mi po głowie, że poprzez szkołę starano się ogłupić naszą młodzież, gdyż głupim społeczeństwem łatwiej rządzić. Gdy widzę teraz na ulicy naszą młodzież w stylu młodzieży z filmów o brazylijskich fawelach, wiem dobrze, że to nie zrobiło się samo, ale zostało zrobione. Być może nie robiono tego z premedytacją dla osiągnięcia jakiegoś celu, ale po prostu z głupoty. Ale zrobiono. Więc jednak może robiono to z premedytacją. Bo przecież, gdy włączę telewizor, natychmiast atakuje mnie agresywna reklama programu wiodącej stacji telewizyjnej „Kto stoi za Konfederacjami?”. Więc bądźmy konsekwentni. Albo wierzymy w teorie spiskowe, albo nie.
Zostaw komentarz