Zmęczona minionymi tygodniami, szczęśliwa i rozlużniona niespodziewanym wolnym weekendem wcześnie zasnęłam. W krainę snu przeniosłam się koło dwudziestej pierwszej mając nadzieję, zyskać noc dla siebie. Zamierzałam się obudzić o drugiej w nocy. Nigdy nie używam budzików, zwykle sypiam krótko. By się zregenerować wystarcza mi pięć godzin, więc te gadżety nie są mi konieczne.

Wykładnią narastającego zmęczenia, wydaje się być czas snu. Nie jestem pewna, ale biorąc pod uwagę wykłady na uczelni, weekendowe szczepienia, moją codzienną pracę, dyżurów pod telefonem nie wliczam, pracowałam bez dnia wolnego (może na poczatku był jeden, niepamiętam) trzydzieści pięć dni. W ten weekend również chciałam pracować, lecz nieoczekiwanie dostałam wolny weekend. Nie chwalę się tym, też nie skarżę. Nikt mnie nie zmusza do pracy, nie traktuję też jako poświęcenie, żeby było jasne!

Ja psychologicznie nie odczuwam różnicy między pracą a wolnym. Czy wybiorę się do kina, na koncert, (obecnie wszystko zamknięte, więc nie mam gdzie chodzić), czy pójdę do pracy, chwile te odczuwam identycznie Jedyne czego mi brakuje, to chciałabym przebywać więcej z cudokotami.
Nie tylko nie odczuwam zmęczenia, dodatkowo się nakręcam, szybciej, więcej, dłużej. Gdy w zeszły czwartek dowiedziałam się, że z powodu opóźnienia w dostawie szczepionek, najbliższy weekend mam wolny, zaskoczona własną reakcją, czułam złość, pustkę. Nie chciałam tych dwóch dni, przecież wszyscy mamy zadanie do wykonania.

Rozia odpuść na trochę, obecnie mamy już tsunami obowiązków, nie zdołasz zrobić wszystkiego. Tworząc ten tekst z perspektywy wolnej niedzieli, o poranku, cieszę się w wolnego czasu. Nie odczuwam zmęczenia, ale nie oznacza to że się nie męczę, w przeszłości kilkakrotnie, z powodu przeciażenia miałam nagłe „odcięcia” musiałam się położyć, przerwać pracę.

Dwa dni ostatnie nie uczyłam się rano hiszpańskiego, to pierwszy dzwonek alarmowy zmęczenia, oraz tej nocy zamiast do godziny drugiej, w krainie marzeń sennych pozostałam do czwartej rano. Drugi dzwonek alarmowy, gdy śpię dłużej niż pięć, czy maksimum sześć godzin.

Spałabym może więcej, ale oba cudokociaki zapragnęły witaminki M. M jak miłość – oczywiście. Budziły mnie niemal równocześnie oba cudokocie szczęścia, ugniatając kluseczki, liżąc moją twarz. „Rozia nie masz wyboru, czas nas miauu głaskać” Przy mruczandzie na oba cudokocie mruki, miziałam je niemal do świtu. Uwielbiam takie poranki.

Wczoraj miałam trochę czasu dla siebie, nie musiałam gonić w tygodniu, mogłam zrobić to w sobotę. Adowozem się nie chwalę, nigdy tego nie robiłam, nie wypada, lecz pierwszy raz w życiu odbierałam adowóz, z ogromną czerwoną kokardą na masce. Dlatego o tym wspominam i umieszczę zdjęcie. Zażartowałam, mówiąc to serio, że muszę się nauczyć jeżdzic z kokardą na masce, lecz okazało się, że nie byłam oryginalna ani pierwsza. Dodatkowo w prezencie otrzymałam butelkę hiszpańskiego wina, o pięknej nazwie „Kocie oczy”.

Uwielbiam zapach nowych aut, ten pierwszy moment, gdy wsiadam do samochodu, zapalam silnik wyjeżdżam. Na drugi dzień już je traktują użytkowo, niestety bardzo użytkowo.

Dzień kobiet niedługo, ja obchodziłam go kilkanaście dni wcześniej, wczoraj. Nowym adowozem, słuchając ulubionej muzyki, pojechałam przed siebie, chciałabym tak dłużej, ku horyzontowi. Wracajac wpadłam na chwilę do centrum handlowego kupiłam czarny krążek „Pink Floyd”, tort czekoladowy oraz dwie pary szpilek. „Dzień kobiet” nie istotne że przed czasem, świętować należy. Przed czasem, i po czasie celebrujmy, cieszmy się bo to wielkie szczęście być kobietą.

Wieczorem po kąpieli, nim zasnęłam odsłuchałam kupioną płytę, sącząc lampkę czerwonego wina, głaszcząc cudokoty. No oczywiście przed snem był jeszcze mały grzech, naprawdę niewielki – słodki czekoladowy torcik. Mniam, mniam.

Autor: dr n. med. Ada Rozewicz
Lekarz rodzinny z Rudy Śląskiej