Dziadka Franka, ze strony Taty, pamiętam jak przez mgłę. Był twardym góralem z Podhala, który osiadł w osadzie Kompania, niedaleko Bzowa, w obecnym powiecie świeckim gdzie gospodarował na kilkudziesięciu hektarach, żyznej, czarnej, tłustej ziemi.
Upłynęło już tyle lat od Jego śmierci, że wspomnienia o Nim są jak okruchy kolorowych szkiełek w zabawce dla dzieci.
Okruch żółty, oscypkowy
Gdy mieszkaliśmy w Wyrzysku, przy ulicy Kościuszki cztery, odwiedził nas kilka razy.
Częściej nie mógł bo nie miał komu oddać pod opiekę żywiny w jego gospodarstwie. Konia, krów, świnek.
Jego pobyty z tego też powodu były krótkie.
W prezencie przywoził nam kopę jaj i całą walizkę oscypków. Oczywiście tych prawdziwych, „puconych”, z Podhala.
Wyrabianych przez jego liczną rodzinę od pokoleń. W sumie, od XVIII wieku, gdy ród Styrczulów osiadł pod Tatrami.
W Rogoźniku, Czarnym Dunajcu, Bystrem, Czerwiennem itd. Zwali go „Doruś”, bo na Podhalu rozpoznawano członków rodu po przezwisku.
Osycpki przez długie miesiące mogły leżeć w spiżarni lub na starej szafie, w mojej i siostry sypialni.
Pachniały halami, świeżą trawą, ziołami i słońcem oraz trochę owcami. Od ich intensywnego zapachu mogło zakręcić się w głowie.
Nie jedliśmy ich z chlebem, ale kroiło się cienkie plasterki i podgryzało w ciągu dnia.
Niekiedy, babcia podawała je z patelni, przyrumienione na złocisty kolor i lekko ciągnące kiedy się jej jadło.
Z reguły, gdy przejeżdżał na Boże Narodzenie, starczały nam do Wielkiej Nocy. Wrzecionowate, złociste wspomnienie redyków na halach.
Okruch niebieski
Niebieski bo chałupa dziadków kryta strzechą i zbudowana w stylu „pruskiego muru”, stała nad rzeczką Mątawą.
Zarośniętą tatarakiem i latem pokrytą rzeżuchą, którą babcia Anna podawała kaczkom i gęsiom.
Dom pamiętał prawdopodobnie jeszcze „olędrów” ściągniętych onegdaj na te tereny by osuszyli bagna i łąki pod uprawę.
Solidny, wielokrotnie przebudowywany, na solidnej, kamiennej podmurówce. Wysokiej na ok. dwóch metrów by wiosenne powodzie mu nie zagroziły. Ale i tak – jak opowiadał dziadek- kilka razy się tak zdarzyło, że woda z niewielkiej w sumie rzeczki, podniosła się o kilka metrów i zalała pola i łąki.
Przez domem, od strony podwórca, rosła wiekowa lipa. Podobno miała ze dwieście lat. Od czerwca do lipca w jej koronach roiło się od tysięcy pszczół a zapach lipowych kwiatów czuć było na kilkaset metrów.
W tej to rzeczce, latem, pływaliśmy w świńskim korycie, które dziadek przerobił na żaglówkę. Z masztem i kawałkiem prześcieradła zamiast żagla.
Bawiliśmy się w piratów, ale zamiast na bogate statki kupieckie polowaliśmy na stada kaczek, gęsi pływających po Mątawie.
To dziadek Franek nauczył mnie dojenia krów, czyszczenia Gniadego, jedynego konia. Delikatnie, czule specjalnym zgrzebłem i szczotką.
A latem, gdy przyjeżdżaliśmy do pomocy przy żniwach, zaganiał mnie i siostrę do wiązania snopków pszenicy.
Do dziś słyszę w wyobraźni Jego lekko zachrypnięty głos, donośny jak grzmot w górach –
„Jantoś, nie leń się”.
Zostaw komentarz