KODeraści wrócili z wakacji, wyciągnęli swoje trąbki i pomaszerowali ulicami Warszawy. Normalnemu człowiekowi trudno jest pojąć, o co tak naprawdę im chodzi, ale można zaryzykować hipotezę, że nadal są niezadowoleni z wyników wyborów, czyli z tego, że rządzą nie ci co powinni i nie jest tak jak było.

Warto jednak zauważyć, że w potężnych umysłach koderastów zrodziło się kilka nowych idei, w tym hasło o Polsce bez podziałów. Dokładnie nie wiadomo, co się za tym kryje, ale warto przypomnieć, że Polska bez podziałów już była za komuny, kiedy 99,9% ludności głosowało na jedyną słuszną partię.

Z dzisiejszej manifestacji mogliśmy też wysnuć wniosek, że w kraju mamy dwie grupy ludzi: tych, którzy mają pełnię praw i tych, którzy je utracili. Osobiście nie zauważyłem, żeby ktoś mi odebrał jakieś prawa, więc chyba należę do tej grupy uprzywilejowanej. To miło. Koderaści nie sprecyzowali, jakie prawa konkretnie im ograniczono, więc można domniemywać, że być może chodzi o prawo do grabieży majątku narodowego. W tym punkcie wypada się z nimi zgodzić.

Nowym akcentem była także zatrważająca wiadomość, że rządzący chcą wyciąć Puszczę Białowieską. To jest, kurwa, skandal: gdzie teraz producenci piwa „Żubr” będą kręcić reklamy?!
Miłym akcentem marszu było to, że byli ubecy i zomowcy skandowali „Solidarność!”, co jest dowodem na to, że dożyliśmy pięknych czasów, w których grzesznicy nawrócili się i w końcu ogarnęli, że to jednak my, ludzie Solidarności, mieliśmy rację.

Szkoda tylko, że potrzebowali na to aż kilkudziesięciu lat, bo gdyby wtedy przyłączyli się do nas, zamiast nas pałować i zamykać w więzieniach, to dziś nie musieliby maszerować.

Zbigniew KozłowAutor: Zbigniew Kozłow